POLECAMY

Janusz Palikot - Jaśnie panicz

Jaki jest, gdy gasną kamery, w rodzinnym gronie w leśnych ostępach? I kim był Janusz Palikot, zanim stał się „tym” Palikotem?
Janusz Palikot - Jaśnie panicz fot. Radek Polak
Początek trzeciego tysiąclecia. Święta góra Athos. Wśród skał stary monastyr. Pierwsza w nocy. Do dusznej, ciemnej sali wchodzi brodaty mnich z drewnianą kołatką. Palikot zwleka się z posłania. Od wielu dni wędruje od jednego prawosławnego klasztoru do drugiego. Kiepsko je, sypia pośród spoconych, chrapiących pielgrzymów. Duchowa podróż. Pogubił się w życiu, próbuje odnaleźć szczęście. Wyrwany ze snu, podąża za mnichem. Na ścianach świątyni średniowieczne freski migocą w blasku świec. Dymią kadzidła, słychać chóralne śpiewy. Zakapturzeni zakonnicy padają na ziemię, wołając: „Kyrie eleison”. Palikot klęka, opiera łokcie na drewnianej podpórce. Wytrwa tak do świtu. Słuchając, patrząc, modląc się. Ciężka od snu głowa opada mu na piersi. Przysypia. Nagle przychodzi absolutna jasność. Zmęczenie znika. Całym sobą jest w świętym rytuale. Trzeźwy i skupiony. W odmiennym stanie świadomości. Podchodzi stary mnich. Dotyka go ręką białą jak pergamin. Palikot zapamięta tę chwilę na zawsze. „Pogodziłem się z życiem”, powie. „Pogodziłem się ze swoją śmiertelnością”.
Inna planeta

Dobiega czterdziestki. Fabryka Ambra, którą postawił pod Biłgorajem, wysyła w świat miliony butelek musującego wina. Ma wszystko. Bogactwo. Pozycję. Rodzinę. Ale nie jest spełniony. „Długo nie miałem poczucia szczęścia, mimo że wszystko mi się udawało”, mówi. Tworzy imperium. Ciężko pracuje. Może za ciężko? W jego małżeństwie coś się psuje. Oddalają się z żoną. Nie wie, co robić. Więc pielgrzymuje na świętą górę. Ale to za mało. Chce zdobyć biegun. Razem z Markiem Kamińskim wędrują przez śnieżne pustynie. Ciągną 30-kilogramowe sanki, przeskakują nad głębokimi szczelinami. Każdy krok może być ostatni. „To była podróż w inną rzeczywistość, trochę jak wyprawa na inną planetę”, wspomina Marek Kamiński. Milczą przez tydzień – jest tak zimno, że nie można otworzyć ust. „Pierwszego dnia jeszcze myślałem o żonie, o tym, co się dzieje w firmie, i o wielu niezałatwionych sprawach, ale po trzech dniach te problemy przestały istnieć, jakby się rozpuściły w mrozie”, opowiada Palikot. Coś w nim pęka. Po powrocie przewraca swoje życie do góry nogami. Wyprowadza się z dworu w Jabłonnie, który remontował latami. Rozstaje się z żoną. Separacja od 2002 roku. Rozwód trzy lata później. „Stałem się innym człowiekiem”, zapewnia. Studiował filozofię, zajął się zarabianiem pieniędzy. Był biznesmenem, jest politykiem. Wciąż potrzebuje zmiany. „To rodzaj nienasycenia”, ocenia swoje wybory. „Mój sposób na doświadczanie i zrozumienie świata”.

Uwodzenie Tuska
W 2005 roku mieszka w Warszawie, ma Polmos i dużo wolnego czasu. Są jakieś kobiety, po rozwodzie nadrabia zaległości kawalerskiego życia. Chciał podbić wódką Europę. Nie udało się. Czuje, że wali głową w biznesowy sufit.  Szuka na siebie nowego pomysłu. Przychodzi znajomy przedsiębiorca i proponuje przystąpienie do Platformy. Donald Tusk przyjmuje go w swym gabinecie w sejmie. Panowie żartują, łapią wspólny język. Na stole dobre wino. „Tusk, jak kobieta, potrafi kokietować, patrzy w oczy, mówi komplementy”, wspomina Palikot. Daje ogłoszenie do prasy, że przystępuje do Platformy. Przed wyborami odwiedza w Lubelskiem tysiąc ważnych dla regionu ludzi: wójtów, dyrektorów szkół, proboszczów. Przedstawia się, rozmawia, zostawia ulotki. Marketing bezpośredni. „Czułem, że płynę na fali entuzjazmu”, wspomina. Zostaje posłem ziemi lubelskiej. Ale to mało. Jak wypłynąć na szerokie wody? Potrzebuje metody.

Porozmawiajmy o gwiazdach - forum >>


Efekt wibratora
Znajduje ją przez przypadek. „Przyszła do niego matka zgwałconej przez policjanta dziewczyny”, opowiada mi matka polityka, Czesława Palikot. „Przejął się, chciał ukarania winnych. Pisał pisma, policja nie odpowiadała. Więc urządził konferencję”. Wszyscy pamiętamy tamtą awanturę z 2007 roku. Dwa kobiece manekiny z napisami: „Rozwalę ci łeb” (słowa gwałciciela). Pomiędzy nimi Palikot dzierży w dłoniach wibrator i pistolet. Media trąbią tylko o tym. Palikot wreszcie ma swoją metodę. Obrazoburstwo. Prowokację. Zdzieranie masek. Czas mu sprzyja. Rządzą Kaczyńscy. Rusza na wojnę. „Młot na nadmuchanych polityków”, ocenia Jacek Żakowski, publicysta„Polityki”. „Spuszcza z nich powietrze. To pożyteczne”. „Prezydent jest chamem”, Palikot uderza w Lecha Kaczyńskiego. „Czy Jarosław Kaczyński jest gejem?”, celuje w prezesa partii. Śmierć prezydenta nie kończy walki. W czasie kampanii wali ostro: „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż”. Największą burzę wywoła, uderzając w pamięć tragicznie zmarłego. „Lech Kaczyński ma krew na rękach”. Poseł PiS, Adam Hofman, proponuje, żeby powiesić Palikota na najbliższej gałęzi.

Spokojne dziecko
„Jest w nim chłopak, który pcha go do wyskoków”, przyznaje Kazimierz Kutz. „Dystans do świata. Skłonność do obracania wszystkiego w żart”. „Odświęca kościółkowatą Platformę. Rozbija zapyziały polski prowincjonalizm”, ocenia Żakowski. Palikot wie, co to prowincja. Przychodzi na świat w Biłgoraju w 1964 roku. Miasteczko na Lubelszczyźnie. Kilka ulic i kościół. Przy ulicy Ogrodowej w dużym drewnianym domu – klimat jak z XVIII wieku. Januszek – słodkie oczka i kręcone włoski – często ma anginę. Czyta na werandzie, bawi się żołnierzykami. „Był spokojnym dzieckiem”, wspomina matka, Czesława. „Zamkniętym w sobie”. Matka jest księgową, ona zajmuje się wychowaniem. Ojciec, zaopatrzeniowiec, rzadko bywa w domu. Lubi wypić. Należy do partii, ale w domu narzeka na komunistów. To nie podoba się Januszowi. Buntuje się, ucieka z domu. Z ojcem prawie nie rozmawia. „Przyniosłem Januszowi »Ferdydurke« Gombrowicza wydaną na powielaczu”, wspomina Andrzej Kuźmiński, przyjaciel z dzieciństwa. „Rzuciłem na stół i mówię: »Przeczytaj!«”. Ta lektura nim wstrząśnie. Prawdziwe pożegnanie dzieciństwa.

Ma 17 lat, wybucha stan wojenny. Z kolegami pisze i rozrzuca ulotki. Na nich cytaty z Miłosza. Ze szkoły zgarnia go SB. Trafia do aresztu w Zamościu. Brudna, zimna cela, ponure mordy kryminalistów. Zabierają go na nocne przesłuchania. Lampa w oczy, brutalne krzyki. Funkcjonariusze chcą zrobić z niego kapusia. Janusz boi się, ale nie może powstrzymać języka. Na pytanie, z kim rozrzucał ulotki, wypala: „Z Bolkiem i Lolkiem”. Absurd, paradoks, śmiech. Taką broń szlifuje. Tym wypala w polityce. „Dyktatura ciemniaków. Nie mają rozumu. Nie mogę z nimi rozmawiać, mogę ich jedynie obrazić”, wyjaśnia w książce „Ja, Palikot”. „Był odważny w czasach rządów PiS. Tym zdobył wielką moc w swojej partii”, przyznaje Żakowski. „To się skończyło. Dziś odwaga nie jest tak potrzebna. Konserwatywna część Platformy ma go dość”. Magdalena Środa jest sąsiadką Palikota na Suwalszczyźnie. Często go odwiedza. „Szaleństwo Palikota jest odpowiedzią na szaleństwo takich ludzi, jak Macierewicz, który jest w najwyższym stopniu szkodliwy dla Polski”, ocenia. „Za jego błazeństwami stoją sprawy ważne, wykluczone, zapomniane (jak przemoc wobec kobiet). Na co dzień jest kompletnie inny. Serdeczny, miły, pomocny. Uwielbia swoje dzieci”. Matka boi się oglądać telewizję, gdy występuje w niej syn. Powtarza: „Dlaczego ty tak się wyrażasz? W domu nikt nie przeklinał”. Znajoma śmieje się, gdy widzi polityka. Ona zna zwykłego Janusza. Z tamtych lat, gdy produkował szampany. Był uprzejmy, wesoły. W biznesie twardy. Ale nie był błaznem. „Na wyjeździe rządowym do Brazylii w 2001 roku trzymał się z boku grupy. Chodził w niemodnej marynarce w kratkę, czytał książkę”, wspomina dziennikarka. „I nie pił. Jako jedyny”.


Bąble na dłoniach
Nie pije do 23. roku życia. To bunt przeciwko ojcu. I konwencji. Skoro wszyscy wokół chleją – on nie będzie. Ale życie uwielbia paradoksy. Zostaje alkoholowym królem. Wódka wciąż krąży wokół. „Czy prezydent jest alkoholikiem?”, pyta w 2008 roku. Urządza uliczny happening – wychodzi na ulicę z koszykiem „małpek”, małych butelek z wódką. Takie zakupiła Kancelaria Prezydenta. Ciągnie „z gwinta” przed kamerą. Wielka chryja. Wielki sukces. „Palikotowi zaszkodziło picie bełtów, które kiedyś produkował”, oburza się Joachim Brudziński z PiS. Po tragicznym wypadku w Smoleńsku też nie odpuszcza. „Czy prezydent był pijany?”, pyta obcesowo. Dlaczego to takie ważne? Czy to gra polityczna, czy walka z cieniem ojca? Z tym pijanym, dorosłym mężczyzną, który zawiódł?

„Sam muszę wszystko wywalczyć”, to jego credo. Przez ulotki wyrzucają go ze szkoły. Jednak zdaje maturę, studiuje filozofię. Przez pierwszy rok nie wychodzi z czytelni. Tylko Kant, Husserl, święty Tomasz z Akwinu. Żadnych dziewczyn, zero życia towarzyskiego. Odludek. Gdy zostaje filozofem, rzuca wszystko dla biznesu. Pytam, czy filozofowi nie było wstyd brać się do robienia pieniędzy. Macha ręką, jakby się opędzał od muchy: „Miałem poczucie zamknięcia w betonowym bunkrze”, tłumaczy. „Lata 80. to była ucieczka w książki przed życiem”.

Życie dopada go gdzieś na wsi pod Biłgorajem. Właśnie zajechał ze wspólnikiem do chłopa po drewniane palety. „Som tu – pokazuje mężczyzna, który je zrobił – ale targał nie bende”. I tak niedawny filozof zakasujerękawy. Ładują ze wspólnikiem tira. Ciemno, pada deszcz, każda sztuka waży ze 30 kilogramów. Mordują się strasznie. „Skończyliśmy nad ranem”, wspomina. „Bąble miałem na dłoniach”. Na weselu brata poznaje Marię Nowińską. „Miał długi, czerwony, ręcznie szyty płaszcz, egzemplarz Husserla pod pachą, a w teczce Dom Pérignon”, opowiada w „Dzienniku” Nowińska. Wtedy była oczarowana. Tak bardzo, że pierwszy syn, Emil, rodzi się pół roku po ślubie. Jest marzec 1989 roku. Olek pojawi się dwa lata później. Maria jest córką rzemieślnika. Bogata z domu. Cóż za motywacja dla mężczyzny, który nie chce mieć gęby nieudacznika.

Trudna zgoda
„Nie kłócili się. Nie było oznak, że dzieje się coś złego”, wspomina rozstanie syna z pierwszą żoną Czesława Palikot. „Janusz nic mi nie powiedział. To od synowej dowiedziałam się, że odszedł. Miała nawet do mnie pretensje. Ale powiedziałam, że to ich sprawa. Ja się nie mieszam. Tylko chłopców szkoda. Bardzo to przeżyli”. Podobno on chciał się rozwijać, a żona została w tyle. Nowińska ma inne zdanie: „Pan Palikot przeprowadził się do narzeczonej i zarządził rozwód”, powiedziała „Dziennikowi”. Dziś nie chce rozmawiać. „Jest dla mnie zerem”, ucina rozmowę. Nowińska idzie do sądu. Zarzuca mężowi, że ukrył majątek na Karaibach. Do posłów Platformy pisze dramatyczny list, żeby nie korzystali z pieniędzy Palikota, bo to też pieniądze jej i synów. Mieszka w Jabłonnie – pałac tysiąc czterysta metrów, dwadzieścia parę hektarów posiadłości, zabytkowe gorzelnie. Razem z eksmężem jest jego współwłaścicielką. „Nie mam żadnej relacji z byłą żoną”, mówi dzisiaj polityk. Chciałby to zmienić. Ale nie ma pomysłu, jak. Wie jedno. Prawdziwa harmonia życia, której chce doświadczać, nie może obejść się bez zgody z matką jego dwóch starszych synów.


Dookoła Leśmiana
Letni poranek tego roku. Suwalszczyzna. Palikot – zielone spodnie, ceglasta koszula, włos zmierzwiony – siedzi w altance koło swego domu w Dzierwanach. Głęboko w lesie, daleko od ludzi. Przed nim na stole tomik wierszy Leśmiana. Codziennie medytuje nad kolejnym wierszem. Zapisuje zdania, które rodzą się w głowie. „O tym, co jest”. Tak powstaje książka, którą wyda w małym nakładzie. Dla rodziny, dla przyjaciół. „Tat!” – od drewnianego domu biegnie półtoraroczna Zosia o blond lokach. Palikot przytula córeczkę, czyta jej bajkę. Pół godziny później budzi się żona Monika, szczupła szatynka, i trzyletni Franek. Idą nad jezioro. Kąpią się nago. Bez wstydu. Wokół nikogo. Upał, opalają się na deskach pomostu. „To najszczęśliwszy czas w moim życiu”, mówi Palikot. Po oczach widać, że nie zmyśla. Tu Rita Gombrowicz – matka chrzestna Franka – poznała Donalda Tuska. Tu Mariusz Treliński przygotował wiele swoich inscenizacji operowych. Tu Bronisław Komorowski bawił się przez kilka ostatnich sylwestrów. Każdego dnia spotykają się tutaj ludzie polityki i sztuki, aby jeść potrawy przygotowane przez gospodarza, pić wino i rozmawiać, rozmawiać. „W ciągu roku przez nasz dom przewija się tysiąc gości”, dodaje Palikot. Taki ma styl. Taką potrzebę. Być z ludźmi, inspirować, organizować. On gotuje i obsługuje gości, krąży między kuchnią a stołem. „Najczęściej rozmawiamy o polityce”, ocenia Magdalena Środa. „Ale mój ostatni SMS był inny. Poprosiłam go o przepis na jego wspaniałe risotto z koprem włoskim”.

Męskie wyprawy
Półtora roku temu, restauracja Ambasador niedaleko sejmu. W sa-li cały klub Platformy Obywatelskiej. Na stołach sushi i dobre wina. Stawia Palikot. Właśnie urodziła mu się córeczka Zosia. Na ekranie film pokazujący główną bohaterkę w objęciach mamy. Dumny ojciec odbiera gratulacje od kolegów z partii. „Chciał podzielić się swoim szczęściem”, komentuje Kazimierz Kutz. „Sejm jest strasznie nudnym miejscem. Lubię Palikota, bo potrafi go ubarwić. Jest kolorowym ptakiem”. „Przyszedł z wielkiego biznesu. Wśród drobnych przedsiębiorców z małych miast, którzy tworzą Platformę, jest magnatem. Książątkiem”, mówi Żakowski. Paw wśród polityków. Nosi łososiowe marynarki, żeby się wyróżnić. „Ojcem jest świetnym”, ocenia Czesława Palikot. „Gdy synowie byli mniejsi, codziennie rano przed wyjściem do pracy czytał im bajki”. „Dużo podróżowaliśmy”, wspomina Palikot. „Męskie wyprawy – przeszliśmy Grenlandię, w Australii spaliśmy w korytach rzek, na brzegu oceanu”. Dziś synowie mają już po 20 lat. Tego lata sami wybrali się na Syberię. Palikot lepszy kontakt ma ze starszym, Emilem. Olek jest zasadniczy i gniewny, jak on sam w młodości. Każda rozmowa kończy się kłótnią.

Przejadam kapitał
Młodsze dzieci ma dzięki swej pasji do sztuki. Od lat sponsoruje imprezy kulturalne, wydaje niekomercyjne książki, przyjaźni się z artystami. Właśnie na spotkaniu z Teatrem Gardzienice poznaje Monikę Kubat, drugą żonę. Kubat prowadzi galerię przy teatrze. Pobierają się w 2006 roku. „Małżeństwo powinno być zabronione przed 30. rokiem życia”, żartuje polityk. Dzięki żonie nauczył się mówić o emocjach. Jest wdzięczny za jej cierpliwość i uwagę. Jest szczęśliwy. „Codziennie wszystkie najważniejsze rozmowy przeprowadzam z moją żoną, to mój prawdziwy piarowiec”, przekonuje. Pół roku mieszkają na Suwalszczyźnie, a pół w Lublinie. W zabytkowej kamienicy na Rynku.


W podziemiach biblioteka i prawdziwy labirynt korytarzy. Na poddaszu śpią dzieci. Kuchnia w cegle, w salonie kominek. Zabytkowe meble kupowane na aukcjach za granicą. Lubi otaczać się pięknymi przedmiotami. A z czego żyje, skoro firmy sprzedał? „Przejadam kapitał”, zdradza z uśmiechem. „Za pięć, może dziesięć lat będę bez pieniędzy”. Nie boi się biedy? „Mam dom, samochód, te kilka tysięcy na życie zawsze zarobię”, tłumaczy. „Na pewno nie chcę zostawiać żadnych pieniędzy moim dzieciom. Dostały już domy, nieruchomości. To bardzo dużo. Człowiek musi sam zawalczyć o resztę. Inaczej nie będzie szczęśliwy”. On chce zostawić coś innego po sobie. Może książkę o Leśmianie? A może tym „czymś” będzie polityka? „W polityce będę jeszcze pięć, sześć lat”, zarzeka się. A potem? „Nie sposób planować życia. Może będę pisarzem? Może showmanem?”. Na pożegnanie wręcza mi własne książki z autografem. Chociaż wcale nie prosiłem.

Premier Palikot

Sejm, 6 sierpnia tego roku. Bronisław Komorowski składa przysięgę prezydencką przed Zgromadzeniem Narodowym. W ławkach PiS pustki. Jarosław Kaczyński obrażony, nie ma go. „Zaraz pójdę i siądę na miejscu Kaczora”, podekscytowany Palikot szepcze do Kazimierza Kutza. „Nie rób tego”, chłodzi rozpaloną głowę Kutz. „Ludzie pomyślą, że spoufalasz się z prezydentem. To niedopuszczalne”. O dziwo, Palikot słucha. Czyżby pokonał w sobie „chłopca”? „Palikot wszedł w okres męski, obywatelski”, ocenia Kutz. „Prawdziwy polityk. Mówi ostro, ale już nikogo nie obraża. Chce być artystą w swojej profesji. Marzy o dziele”.

Ze swego suwalskiego raju w trzy godziny przenosi się do warszawskiego piekła. Prywatnym samolotem. Lub białym landroverem. Sam
prowadzi, mocno wciska gaz. Doskonale pamięta, gdzie stoją radary. Zabiera nowy garnitur, zapasowe koszule. „Zawsze był pedantyczny”, ocenia matka. „Codziennie rano musiałam prasować – dla męża i synów”. Palikot zapewnia mnie tym swoim lekko sepleniącym głosem: „Chcę być premierem”. Założył Ruch Poparcia Palikota, żeby dokonać konkretnych zmian. Rozdział państwa od Kościoła. In vitro, liberalizacja ustawy aborcyjnej, związki partnerskie. Lewicowe postulaty.

A przecież kilka lat temu utrzymywał prawicowy tygodnik „Ozon”. „Papierowa narodowa prawica”, ocenia pismo Żakowski. „Dlatego nie ufam dzisiaj Palikotowi. Wyczuwam w nim fałsz człowieka, który udaje, że jest naturalny. Polsce potrzebna jest silna lewica. Ale to nie Palikot ją poprowadzi”. Kazimierz Kutz idzie dalej: „Tajemniczy i głęboki jest związek Palikota z Tuskiem. Lubią ze sobą przebywać, doskonale się rozumieją. I tak samo myślą o Polsce – na sposób obywatelski. Nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie Tusk szykował Janusza na swego następcę”. A może polityk ucieka do przodu? Wciąż toczą się procesy. Skarży go była żona. Prokuratura sprawdza, czy miał legalnie finansowaną kampanię. Gdyby coś miało wyjść na jaw – lepiej mieć swoją partię. Niż wylądować na bruku...

Tekst Roman Praszyński
Zdjęcia Radek Polak
Produkcja Ania Wierzbicka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)