Problemy w dojrzałym związku

Jesteśmy małżeństwem już 16 lat. Od 4 lat coś zaczęło się psuć. Ponad cztery lata temu poszłam do pracy, wbrew mojemu mężowi. Coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie, on izolował się ode mnie, coraz częściej zaglądał do kieliszka, a ponieważ ja przerabiałam już alkohol w moim dzieciństwie, działało to na mnie jak płachta na byka. To trwało bardzo długo, pomimo mojego tłumaczenia, rozmów, że nie chcę tak żyć, nic się nie zmieniało. Mniej więcej w tym czasie miał miejsce „incydent”, którego konsekwencje ciągną się za mną do dnia dzisiejszego. W tym okresie naszego oddalenia zaczęłam pisać z moim kolegą z dzieciństwa. To była moja dawna, dziecięca miłość. Robert ciągle wypomina mi to, że komuś opowiedziałam o naszych problemach, że ukryłam to przed nim. Oboje wobec siebie mamy ciągłe pretensje o niezrozumienie, to wszystko zbyt długo narastało.

Problemy w dojrzałym związku


Problemy w dojrzałym związku

Trudno mi o tym pisać. Jesteśmy małżeństwem już 16 lat. Od 4 lat coś zaczęło się psuć. Mąż miał poważne problemy w pracy. Był kierownikiem, został pociągnięty do odpowiedzialności z powodu śmierci pracownika, który mu podlegał. Nie miał nic wspólnego z tym wypadkiem, ale jak wiadomo kogoś należy obciążyć. Proces trwał 3 lata, mąż go wygrał, co nie zmienia faktu jakie spustoszenie cała ta sytuacja uczyniła w naszym związku. Przedtem nie pracowałam, zajmowałam się dziećmi - żyłam życiem męża, uczestniczyłam „słownie” we wszystkich problemach, starałam się jak mogłam - pomagać, doradzać, a przede wszystkim zrozumieć. Nagle brakło gdzieś mnie, poczułam, że całkowicie przestałam istnieć jako odrębna istota, która ma swoje pragnienia. Był tylko on, jego praca, problemy, moja pomoc, która i tak niewiele znaczyła – często, kiedy starałam się doradzić, słyszałam - co ty możesz o tym wiedzieć itd. To zaczęło nas od siebie coraz bardziej oddalać. Ja pragnęłam czegoś dla siebie, by poczuć, że prócz dzieci, domu też mam jakieś życie. Ponad cztery lata temu poszłam do pracy, wbrew mojemu mężowi. Coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie, on izolował się ode mnie, coraz częściej zaglądał do kieliszka, a ponieważ ja przerabiałam już alkohol w moim dzieciństwie, działało to na mnie jak płachta na byka. To trwało bardzo długo, pomimo mojego tłumaczenia, rozmów, że nie chcę tak żyć, nic się nie zmieniało. Mniej więcej w tym czasie miał miejsce „incydent”, którego konsekwencje ciągną się za mną do dnia dzisiejszego. W tym okresie naszego oddalenia zaczęłam pisać z moim kolegą z dzieciństwa. To była moja dawna, dziecięca miłość. Wyjechał do Niemiec, tam założył rodzinę. Dawniej już pisaliśmy do siebie, ale było to jeszcze w „dobie listów”. W tym czasie, kiedy było mi źle, dowiedziałam się od znajomych, że tylko ja nie mam konta na NK - nigdy nie przywiązywałam do tego większego znaczenia. Skontaktowaliśmy się ze sobą, miło było po tylu latach dowiedzieć się co u niego słychać. Zaczęliśmy pisać ze sobą, ja opowiadałam mu o swojej rodzinie, pracy, o Robercie i naszym problemie. On z perspektywy mężczyzny pokazywał mi jak mój mąż może to wszystko widzieć, jak jest mu ciężko (nie dodałam wcześniej, że mój mąż jest bardzo wrażliwym człowiekiem, zawsze uchodziliśmy za super parę i on też twierdził, że ja byłam jego jedynym przyjacielem). To nasze pisanie trwało jakieś 2 miesiące, do czasu kiedy Robert nie zobaczył otwartego maila do Marka. I to jest ten moment, od którego właściwie wszystko się zaczęło - w jego mniemaniu, bo w moim już wcześniej, wtedy, kiedy zaczął się zamykać przede mną w swojej skorupie. To trwa już 4 lata, a my jesteśmy, mam wrażenie, dalej od siebie niż wtedy, kiedy to miało miejsce. Robert ciągle wypomina mi to, że komuś opowiedziałam o naszych problemach, że ukryłam to przed nim - to prawda, nie wiedział nic o tym, wiem, że sama też nie chciałabym sytuacji odwrotnej, ale on zawsze był przesadnie zazdrosny o mnie, a Marek był moim chłopakiem sprzed lat, Robert go poznał. Dzieliły nas kilometry, każdy miał swoje życie, ja po prostu chciałam się trochę wygadać, poradzić. Wyszło jak wyszło. Do dnia dzisiejszego mój mąż wypomina tą sytuację, na moje barki zrzuca wszystkie nasze złe chwile, a jest ich sporo w przeciągu tych paru lat. To trwa tak długo, a my coraz bardziej oddalamy się od siebie. On w każdej sytuacji wypomina mi to pisanie, ja czuję się niesprawiedliwie oceniona, potraktowana jak kobieta, która dopuściła się fizycznej zdrady. Mam wrażenie, że tylko mnie zależy na utrzymaniu tego związku - mamy 3 dzieci, to wszystko jest takie trudne. Czasami słucham jego słów rzucanych pod moim adresem i zastanawiam się, czy to na pewno jest on, czy możliwe jest żeby człowiek, którego tak dobrze znałam, tak się zmienił. Jakiś czas temu zainicjowałam spotkanie u psychologa, najpierw poszłam ja - mniej więcej tak jak teraz opowiedziałam wszystko - pan powiedział mi, że ja nie mam tutaj problemu, że to mąż sobie nie radzi. Namówiłam Roberta – poszedł. Wylał z siebie, to co leżało mu na sercu, ale to było tylko jednorazowe. Ja staram się doskonalić siebie pod kątem rozwoju osobowego, zawsze zarzucał mi, że krzyczę - teraz pomimo tego, że tak już nie jest, on nadal kieruje pod moim adresem te same zarzuty, nie dostrzega tego, że ja się staram być lepszym człowiekiem. Od dłuższego czasu przestał dawać mi poczucie, że jestem dla niego ważna. Dodam, że zawsze domagałam się tego, by być w wyrazisty sposób docenioną, otwarcie prosiłam o to, by dał mi poczuć, że jestem dla niego ważna. Zbyt dużo krytyki spotkało mnie z jego strony. I tak jest do dziś, a ja cóż, wciąż walczę, ale tak po ludzku zaczyna mi brakować już sił. Podczas naszych rozmów padają te same zarzuty z jego strony, to tak jakby nagrał się na taśmę, tak głęboko pielęgnuje urazę do mnie, jest ona głęboko zakorzeniona w jego podświadomości. A ja w tym wszystkim po prostu cały czas mam nadzieję, że coś ulegnie zmianie, choć wiem, że bez udziału kompetentnych osób trzecich, to już się chyba nie uda, bo w tej chwili wygląda to tak, jakby tylko mnie zależało na tym związku. Moja długoletnia przyjaciółka powiedziała mi (a zna Roberta bardzo dobrze), że z jego strony jest to strach przed utratą, bojąc się stwarza wokół siebie skorupę, która nas oddala od siebie. Dodam, że oboje wobec siebie mamy ciągłe pretensje o niezrozumienie, to wszystko zbyt długo narastało. Piszę to i właściwie nie wiem czego oczekuję, wiem, że trudno jest opisać parę lat życia, łatwiej byłoby to wszystko powiedzieć, zawsze druga strona może zadać pytanie, a tak z chaosu myśli trzeba coś wychwycić. Jestem osobą otwartą, ale nie radzę sobie już sama ze sobą - powiem krótko - gdyby nie zależało mi na tym związku , wszystko byłoby prostsze. Jeśli ma Pani ochotę - proszę o radę, bo ja naprawdę nie wiem jak dalej mam żyć.

Monika

Fot. Dreamstime

Krystyna Wysocka, psychoterapeuta:

Witam Panią, Pani Moniko!
Za Panią długi, pełen napięć i lęków czas. Te trudne wydarzenia, które Pani przytacza wiele przewartościowały. Zniechęcenie, które Panią ogarnęło sprawiło, że postanowiła próbować Pani innych sposobów na znalezienie nowego sposobu na satysfakcjonujące życie. I siebie. Wiele też z tego o czym Pani pisze, to zmiany mówiące o budowaniu się Pani jako odrębnej, samodecydującej o sobie osoby. Dużo zmieniło się w Pani relacji z mężem. Dużo zmieniło się również w Pani. Z zajętej życiem męża kobiety, zamieniła się Pani w samodzielną zawodowo osobę, która zaczyna na otaczający świat patrzeć własnymi oczami. Mam wrażenie, że oprócz świadomych decyzji, nieświadomie szukała Pani sposobów na zmiany. W relacji z mężem próbowała Pani do tej pory rozumieć, tłumaczyć, przekonywać, aż w nieświadomy sposób pokazała Pani sobie i mężowi, że jeśli nie on, to może w Pani życiu być inna osoba, która będzie Panią chcieć rozumieć, rozmawiać i wspierać. To mogło wstrząsnąć i Panią i mężem. Pokazało to, że fakt, że jesteście ze sobą w taki sposób, to stan rzeczy, który nie jest satysfakcjonujący dla Pani, a także, że może Pani znależć zrozumienie poza związkiem. Pani mąż niestety na taki komunikat zareagował wyrzutami, oskarżeniami pod Pani adresem. Zamiast oczekiwanego otwarcia się na siebie i zainteresowania - szczelniejsza obrona, obranie pozycji pokrzywdzonego. Rozumiem, że nie tego Pani oczekuje. Pisze Pani o poczuciu osamotnienia i zniechęceniu w walce o bliskość i wsparcie w związku. Może być tak, że sprawy dotyczące sytuacji w pracy Pani męża, procesu - do dzisiaj w nim żyją. Dopóki nie wróci do równowagi wewnętrznej po tej bolesnej sprawie, będzie niemożliwa zmiana w relacji z Panią. To jednak pozostaje hipotezą - dobrze byłoby rzeczywiście, żeby możliwa była wspólna rozmowa Państwa z obiektywną osobą np. terapeutą małżeńskim, na temat tego, co się dzieje w każdym z Państwa, co dla każdego jest tą ważną sprawą, na temat której macie tyle emocji. Co z tego jest do pracy wspólnej, a może co jest osobistą trudnością. To wtedy może być wspólnie skonstruowany plan wsparcia w kryzysie, tak dotkliwie przeżywanym przez oboje Państwa. Jeśli nie uda się Państwu spotkać we wspólnej sprawie, proponuję Pani rozważenie wsparcia indywidualnego dla siebie. Mam wrażenie, że przedłużająca się sytuacja napięcia w związku, frustracja tak ważnych dla Pani potrzeb i wspominane przez Panią poczucie bezsilności, może narażać Panią na cierpienie emocjonalne, które przeżywane przez długi czas i w dużym natężeniu, nie służy zdrowiu. Być może wraz z terapeutą uda się znaleźć nowe spojrzenie na poruszane w liście sprawy i nowe szanse dla Pani.

 

Problemy w dojrzałym związku

Krystyna Wysocka - psychoterapeuta w zespole Pracowni Integra w Białymstoku - prowadzi terapię par, rodzin oraz zajmuje się psychoterapią indywidualną dorosłych w ujęciu psychodynamicznym. Pracowała jako terapeuta w placówkach zajmujących się pomocą młodzieży zagrożonej prowadząc socjoterapię i zajęcia psychoedukacyjne. Do dziś współpracuje z placówkami zajmującymi się pracą z młodzieżą. Od 2005 przez sześć lat pracowała w Młodzieżowym Ośrodkiem Konsultacji i Terapii, gdzie zajmowała się terapią osób dorosłych dotkniętych alkoholizmem w rodzinie lub przemocy stosowanej przez najbliższych.


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)