POLECAMY

Celetoidzi – chwilowi celebryci w czasach demokracji

Celetoidzi to określenie oznaczające chwilowych celebrytów w czasach tabloidów. W przeszłości sławę definiowała relacja z historią. Obecnie ludzie sławni to np. zwyciezcy loterii, przyciągający uwagę mediów na jeden dzień. Obecni celebryci są wynikiem rozwoju demokracji i społeczeństwa kapitalistycznego.

Celebryci w kulturze tabloidów

Przyspieszający cykl nieustannego produkowania i uśmiercania celebrytów, będący próbą zaspokajania wiecznie rosnącego apetytu na „konsumowanie” sław, sprawił, że wiele z nich zaczęło się pojawiać w mediach dosłownie na chwilę. Chris Rojek stworzył na tę okoliczność pojęcie celetoida – celebryty w kulturze tabloidów. Przykładami mają być takie osoby, jak zwycięzcy loterii, kochanki znanych polityków czy osobnicy pojawiający się nago w miejscach publicznych. Wszyscy oni przyciągają uwagę mediów jednego dnia, ale już kolejnego zostają porzuceni. Skutek: uzasadnione oczekiwanie, że pewnego dnia i my staniemy się, nawet na chwilę, celebrytami, czy chociaż celetoidami. „W przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut” – twierdził w końcu Andy Warhol w latach 60., a jego słowa stały się kolejną mantrą współczesnej kultury celebrytów. „Cóż, Andy – przywoływał je w 1988 roku »People Weekly« – przyszłość jest dziś”.

Zobacz też: Agorafobia, czyli co się może przydarzyć w miejscu publicznym

Sława i historia

Sława bez historii to tytuł posłowia do ostatniej, wydanej w 1997 roku, edycji The Frenzy of Renown: Fame and Its History Lea Braudy’ego. Autor zakończył tę opisującą dzieje sławy na przestrzeni wieków książkę na latach, gdy zaczęły się pojawiać popularne osoby żyjące współcześnie. Uczynił tak z dwóch powodów. Po pierwsze, chciał uniknąć tworzenia „kompendium siedmiu cudów świata”. Po drugie, pracując przez wiele lat nad swoim tekstem, uświadomił sobie, jak często w przeszłości sławę definiowała jej relacja z historią. Juliusz Cezar próbował się mierzyć z Aleksandrem Wielkim (który sam wcześniej szedł w ślady swoich mitycznych poprzedników), a Abraham Lincoln starał się naśladować George’a Washingtona. Współcześnie natomiast powołujemy do życia sławę praktycznie oderwaną od historii. Media wizualne sprawiły, że najbardziej pożądamy tego, co natychmiastowe. Niegdyś pragnienie sławy oznaczało chęć zrobienia czegoś pamiętnego w dziejach ludzkości. Dziś nie jest ono niczym więcej, tylko próbą zwrócenia na siebie uwagi – tu i teraz. Ale sława bez historii, kończy Braudy, to również sława bez pamięci. Niewiele spośród sławnych dzisiaj osób zostanie zapamiętanych. Jak pisze Boorstin, „próba czasu, która ustanawia i wzmacnia bohatera, niszczy celebrytę”.

Zobacz też: Pamięć i zapominanie

W demokracji publiczność decyduje, kto jest sławny

Ta reprezentowana przez Braudy’ego i Boorstina nostalgiczna tęsknota za szlachetną, prawdziwą sławą dostępną tylko dla nielicznych wybrańców i postrzeganie współczesnej kultury jako pod tym właśnie względem upadłej to tylko jedna z dwóch perspektyw dominujących w dyskursie. Według drugiej, dzisiejszy celebryta jest po prostu konsekwencją rozwoju demokracji i społeczeństwa kapitalistycznego. W takim rozumieniu publiczność sama miałaby decydować, kto spośród niej może być sławny, a kto nie. Graeme Turner, australijski kulturoznawca, zwraca uwagę, że faktycznie doświadczamy pewnej demokratyzacji mediów – ale tylko rozumianej jako ich otwarcie dla kobiet, ludzi różnych kolorów czy pochodzących ze wszystkich klas społecznych. A także zwiększonej możliwości decydowania o sobie przez konsumentów. Nie wolno jednak zapominać, że to branża medialna wciąż sprawuje kontrolę nad ekonomią symboliczną i steruje nią podług własnych interesów. Dlatego, jak stwierdza Turner, słowo „demokracja” nie jest w tym przypadku adekwatne. Zamiast niego proponuje określanie tej tendencji do produkowania celebrytów (czy celetoidów) ze zwykłych obywateli mianem „zwrotu demotycznego” (demotic turn) – czyli, najzwyczajniej, zwrotu w stronę ludu.

Fragment pochodzi z książaki „CeWEBryci – sława w sieci”, Michał Janczewski (Oficyna Wydawnicza „Impuls”, 2011).

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)