Po co mi ta zmiana?

Ostatni fragment najnowszej książki Katarzyny Miller i Ewy Konarowskiej "Chcę być kochana tak jak chcę".
/ 16.03.2006 16:57
 
Ewa: Próbowałam sobie przypomnieć, czy w moim życiu w ogóle był czas, kiedy czułam się szczęśliwa. I wiesz - z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że gdy tylko udawało mi się osiągnąć to, o czym marzyłam, za chwilę chciałam mieć już coś innego. Przez wiele lat żyłam w nieustannym poczuciu braku, w poczuciu wypełniania pustki, którą sama sobie tworzyłam. Być może, gdyby nie nasze długie rozmowy o szczęściu, nigdy nie dowiedziałabym się, że nie umiem się cieszyć tym, co jest.

Kasia:
To bardzo głębokie i poruszające odkrycie. Współczuję ci, że tak było, ale gratuluję, że możesz to teraz jasno nazwać, bo to właśnie daje ci ogromną szansę na zmianę.
E: Już tej zmiany doświadczam. Ostatnio znów zaczęłam spotykać się z moim poprzednim ukochanym, z którym miałam trudny związek, pełen nieporozumień i rozstań, ale jednocześnie długi i bardzo dla mnie ważny. Rzecz jasna, mój były przyjaciel ma też mnóstwo zalet, jest bardzo interesujący, inteligentny, błyskotliwy, bywa zabawny. Pomyślałam, że dobrze by było spotkać się czasem i skorzystać z tego, co najlepszego oboje mamy sobie do dania. I wyobraź sobie, pierwszych kilka spotkań udało się nadzwyczajnie. Byliśmy na miłym spacerze, zjedliśmy pyszny obiad, potrafiliśmy ze sobą szczerze - być może nawet tak jak nigdy przedtem - rozmawiać o trudnych sprawach, które były między nami, a także o naszych niełatwych charakterach i skomplikowanych emocjach.
Zauważyłam z zadowoleniem, że nie łapię się już ani na własne, ani na jego gierki. Tak nam dobrze szło, że postanowiliśmy się spotykać przez kilka dni z rzędu.
No i zaczęło się. To samo, co znałam przedtem: jego humory, niezadowolenie, stałe napięcie, nagłe milczenia, odburkiwanie, złośliwości pod adresem moim i innych, drobne nieuprzejmości. Ze zdumieniem spostrzegłam jednak, że reaguję inaczej. On mówił lub robił coś niemiłego, a ja spokojnie myślałam: "Trudno, taki jest, ale ja nie muszę tego ani brać do siebie, ani brać na siebie, ani towarzyszyć mu w jego finezyjnym niezadowoleniu. Owszem, lubię go, chciałabym się z nim kumplować, a nawet przyjaźnić, ale nie za każdą cenę".
To, co trzy, a może nawet jeszcze dwa lata temu, wpędzało mnie w czarną rozpacz, w poczucie, że nie jestem dla niego wystarczająco dobra, mądra, ładna - a co gorsze, że kocham go za mało, skoro siła mojego uczucia go nie zmienia - tym razem pokazało mi się w całkowicie odmiennym świetle. On jest, jaki jest - trudny, i choć wie o tym, niewielka jest szansa, że coś z tym zrobi. Ja pewne rzeczy mogę spokojnie przepuścić przez palce, ale są takie, których nie chcę i nie wytrzymam już za żadne skarby. Zrozumiałam, że w gruncie rzeczy lubi być niezadowolony i dużo poświęci, żeby pozostać w tym stanie. A ja już nie.

K: Alleluja! Fajny kawałek wyfasowałaś! Serio: gratuluję i cieszę się. Witaj w klubie zadowolonych kochających kobiet. Mamy tu przykład tego, jak jedna neuroza pozostaje w tym samym miejscu, a nawet okopuje się głębiej, a druga odnajduje znacznie zdrowszą drogę. Jeśli będziesz konsekwentnie szła w tę stronę, doczekasz się wielu nagród od siebie i losu.

E: Brzmi to jak bajka. Ale jeśli masz na myśli takie nagrody, to już jedną dostałam. Kiedy on po staremu zaczął popadać w szaleństwo, ja pozostałam spokojna i przytomna. Gdy to spostrzegłam, tak się ucieszyłam, jakbym dostała wielki prezent.
K: Dostałaś go rzeczywiście i to ty byłaś twórcą i ofiarodawcą. Stać cię już na tak wielki prezent dla siebie; spokój, zrozumienie, a nie wkręcanie się w stary schemat, wolność, niezależność, empatię, zdolność do decyzji, opanowanie i zwykłą życzliwość. Widzisz, ile dobrego?
E: Do niedawna nie widziałam tego dobrego. Podzielałam obiegową opinię, według której teraz zachowuję się egoistycznie, bo odwracam się na pięcie i idę w swoją stronę.
K: A co robiłaś przedtem?
E: Płakałam, chodziłam za nim i próbowałam mu wytłumaczyć, że nic złego nie chciałam zrobić, i zupełnie nie rozumiałam, dlaczego on przede mną ucieka i złości się na mnie jeszcze bardziej.
K: Czyli czułaś się i zachowywałaś jak ofiara. Nie wierzyłaś w siebie, więc oczekiwałaś od niego dla siebie tylko tyle, żeby też czuł się winny. Nic dziwnego, że nie chciał i się złościł. Nie mogliście się spotkać, bo oboje czuliście się "nieudani". Ty - niechciana, on - obarczany winą za twoje nieszczęście. Zachował się wobec ciebie nieprzyjemnie i zamiast powiedzieć "przepraszam" i pilnować, żeby tego nie powtarzać, wścieka się na siebie, ale wyładowuje na tobie. Bo nie bierze odpowiedzialności za to, co robi, i za własne uczucia. Twoja reakcja (płacz, smutek, pretensje, odsunięcie się od niego) pokazują mu, że zrobił coś niefajnego i nie jest już w pełni akceptowany. Gdybyś nie zareagowała, on sam z siebie nie zauważy i nie poczuje, co ci zrobił, bo jest tak skoncentrowany na sobie, że nie wie, co się dzieje w drugim człowieku.
Jest tak pochłonięty chaosem własnych uczuć, że nie dociera do niego fakt, że inni też czują. Jest to jedna z głównych cech neurozy. Neurotyk przeżywa rozpacz osamotnienia, nie wiedząc, że przez brak empatii sam wtrącił się do tej celi i wyrzucił klucz. Dużo takich chodzi po świecie, cierpi, szuka zrozumienia i miłości, a znajduje głównie winnych tego, że jest im tak źle.
E: Sama taka byłam i, uczciwie mówiąc, wiem, jak ciężko jest przegryzać się przez swoją neurozę.
K: Wpisz mnie na listę.
E: Jednak lista byłych neurotyków jest wciąż znacznie krótsza niż lista aktywnych. Ci aktywni wiążą się też ze sobą w pary.
K: A co mają zrobić? W neurotycznych związkach nie ma przyjaźni, współpracy, jest natomiast walka i męczeństwo. A na okrasę momenty uniesień, mylnie traktowanych jako możliwe do utrzymania: "Przez cały czas mogłoby być tak cudownie między nami!".
E: Mogłoby tak być, gdyby oboje się wyleczyli.
K: Ze smutkiem muszę cię po raz kolejny pozbawić iluzji. Neurotyczne uniesienia dlatego są tak boskie, że następują po wielkich, bolesnych dołach. Para kochanków (czytaj wzajemnych dręczycieli) ogromnie boi się, że po zadanych sobie ranach zaraz się rozpadną i zostaną sami ze swoją pustką i lękiem, bez upragnionej szansy na miłość (czytaj: wybawienie). Dlatego gdy się pogodzą, doznają tak wielkiej ulgi i rozluźnienia napięcia, że czują się przez chwilę jak w niebie. Uniknęli totalnej katastrofy.
E: Och, jak ja pamiętam takie stany. Jakbym wysiadła z kolejki górskiej w lunaparku i wciąż była żywa. To jest uczucie jak na haju.
K: Właśnie tak się uzależniamy od toksycznych związków. Mnóstwo ludzi powie ci z przekonaniem, że TO właśnie jest prawdziwa miłość i że nie zamienią tego na żadne letnie, wyblakłe uczucia.
E: Gdy zaczynałyśmy rok temu pisać tę książkę, sama ci to mówiłam.
Teraz mogę się tylko z tamtej siebie śmiać.
K: Byle życzliwie, kochanie, i z czułością. Możesz być dumna z siebie.
E: Przez całe życie, patrząc na kobiety i mężczyzn w mojej rodzinie, uważałam takie związki za jedyne możliwe. Pełne szarpaniny, wzajemnych oskarżeń i niezadowolenia. Bycia ze sobą za każdą cenę.
K: Świetnie służy tej sprawie obowiązujący model. Ten stereotyp utrwalają kultura i religie. Szykują dla kobiet głównie rolę ofiar, a dla mężczyzn - dręczycieli i oprawców. Czasem partnerzy zamienią się tylko rolami. I wszyscy, na swój sposób, cierpią.
Wyjściem jest wypisanie się z tego tańca, wzięcie odpowiedzialności za stany swojej psychiki i dokonywanie zmian. Spokojna, opanowana, pewna siebie kobieta, a jeszcze do tego szczęśliwa, nie zgodzi się na byle co. Mężczyzna, by być z nią, też musiałby chcieć pracować nad sobą, budować wiarę w siebie nie jej kosztem, tylko własnym wysiłkiem. A to, przyznajmy, jest trudne, pracochłonne i długotrwałe. Nic dziwnego, że wielu z nich woli damę, która też nie całkiem rozeznaje się w sobie i swych prawach.
Potocznie uważa się, że kiedy kobieta wrzeszczy, przeklina, wypomina, krytykuje, żali się, walczy, wbija partnera w poczucie winy, wtedy nie jest ofiarą, tylko agresorem. Nic błędniejszego. To też reakcja ofiary, tylko wyrażona w języku agresji. Ludzie mają różne temperamenty. Niezależnie od nich skazani zostają jednak na porozumiewanie się, które nie jest porozumieniem, tylko walką, ciągiem uników, manipulacją, ucieczką, atakiem, konfliktem. Ostatnią rzeczą, której oboje mogliby tutaj oczekiwać, byłoby wzajemne zrozumienie. Takie zrozumienie wymaga, aby obie osoby czuły się samodzielne i bezpieczne w swojej odpowiedzialności za siebie.
E: Czuję, że jestem już w połowie zmiany. Już nie wchodzę w konflikt, ale nie wiem, co zrobić, żeby naprawdę porozumieć się z moim przyjacielem.
K: Ewo, ty sama jesteś połową zmiany. Naprawa, uzdrowienie relacji wymaga pracy obu stron.
E: Moją wewnętrzną dobrą zmianą jest również to, że chyba po raz pierwszy ze spokojem myślę, iż on może nie chcieć nic naprawiać. Bo to jest dla niego za trudne albo nieopłacalne. Może się bać, że popadniemy w stary schemat, nie wierzyć w możliwość zmiany ani w to, że ja już się zmieniłam. I ma do tego prawo. Wiesz, powiedział mi coś, co bardzo źle rokuje jakiemukolwiek porozumieniu, mianowicie, że nie ma zaufania do swoich uczuć. Dziś czuje coś, co następnego dnia już znika. Trudno na tym cokolwiek budować.
K: Trudno budować coś trwałego. Może wam pozostać taka migotliwa ważność, bliskość. Z tego, co o nim mówisz, rozumiem, że coś, co ci później zaczęło przeszkadzać, najpierw cię pociągało. On był trudno dostępny emocjonalnie, mało czytelny, niejasny, a inteligentny. Był wyzwaniem dla ciebie, a potem stał się męką i porażką, bo kogoś takiego nie pojmiesz, nie odczujesz; on sam siebie też nie pojmuje, tylko migocze.
E:
Moja zmiana polega też na tym, że wiem teraz, iż byłam podobnie nieprzytomna jak on. I tak sobie migotaliśmy. Raz z bólem, raz z frajdą. Ale teraz już tego nie chcę za żadną cenę.
K: Ty, jak i my wszyscy, chciałabyś pewnie wszystkiego. Żeby on także się zmienił i żebyście żyli długo i szczęśliwie. Ale być może tym, co ci naprawdę zostanie, jest twój spokój, świadomość, czego chcesz, kim jesteś. Może nie da się tego nigdy dzielić z nim, ale dzielisz to już ze sobą i kto wie, kogo jeszcze spotkasz? Jedno jest pewne: czas migotania masz za sobą.
E: Ja już się za nim tak bardzo nie oglądam. Ani specjalnie nie liczę na jego zmianę. A najbardziej zachwyca mnie, że się dowiedziałam i na własnej skórze sprawdziłam, że migotanie nie jest jedynym sposobem życia. Tak niewiele brakowało, a utknęłabym w tym na zawsze.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/18.02.2009 14:34
Dzięki zawarości tej książki potwierdziły się moje przekonania w związku z tym co przeszłam. Odkryłam to dzięki samej sobie, ale jak to zawsze u ludzi którzy piochłonięci są swoim cierpieniem, nie sądziłam, że może to dotyczyć tak dużej ilości kobiet. Polecam w takim razie książkę, bardzo dużo przed nami odkrywa. Pozdrawiam, M.