Bulimia - prawdy i mity

Bulimia, łączona w parze z anoreksją to częsty gość na łamach prasy i w kadrach telewizji. A jednak wzrastająca liczba osób cierpiących na tę chorobę skłania do przytaczania nowych historii. Ku przestrodze? Raczej po to, by wyciągnąć pomocną dłoń!

Bulimia, łączona w parze z anoreksją to częsty gość na łamach prasy i w kadrach telewizji. A jednak wzrastająca liczba osób cierpiących na tę chorobę skłania do przytaczania nowych historii. Ku przestrodze? Raczej po to, by wyciągnąć pomocną dłoń!

- Zmieni pani niektóre dane - zastrzegła 22-letnia szatynka z perfekcyjnym makijażem. To Ania, bulimiczka, która zgodziła się opowiedzieć o swoich zmaganiach. Pierwsze wrażenie z naszej wspólnej rozmowy było dla mnie zaskakujące; nie mogłam uwierzyć w to, że ta stanowcza i pewna siebie dziewczyna wpadła w sidła podstępnej choroby. A jednak...

Bulimia - prawdy i mity

- Mam na imię Ania. Wystarczy wyciąć jedną literkę i dostaniemy "ana", skrót od anoreksja. Ja jednak jestem "mia". Bardzo chciałabym żeby to był już czas przeszły dokonany, żeby w moim życiu był to rozdział zamknięty. Niestety, tak łatwo się z tego nie wychodzi...- mówi Anka. Pół roku temu wyszła z oddziału psychiatrycznego, gdzie leczyła się z bulimii. Była to jej trzecia wizyta w szpitalu. Wierzy, jak nigdy dotąd, że ostatnia.

- Gdy pierwszy raz trafiłam na oddział psychiatryczny, był to dla mnie szok. Wiadomo, nie myślałam o sobie jak o "czubku" czy "świrze", a trafiłam między takie osoby. Miałam przecież tylko małe kłopoty z odchudzaniem, trochę bolał mnie żołądek, powinnam więc trafić raczej na oddział gastrologiczny! Dopiero później, podczas psychoterapii dotarło do mnie, jak bardzo mój organizm potrzebuje pomocy i jak dawno wołałam o pomoc. Niestety, nikt tego w porę nie usłyszał...

Bulimia: prawda i mity

Bulimia nie jest już tabu. Coraz więcej się na ten temat pisze i mówi. Niestety, wokół tego schorzenia narosło zbyt wiele mitów, by mówić o powszechnej znajomości tego niebezpiecznego zjawiska. Najważniejsze z owych mylnych wyobrażeń dotyczy definicji tej choroby. Powszechnie uważa się bowiem, że jest to zaburzenie odżywiania polegające na występującym co jakiś czas napadzie obżarstwa oraz następującym po nim wymuszeniu wymiotowania. Żeby się wyleczyć, trzeba tylko przestać wymiotować. Jednak bulimia wymaga o wiele szerszego ujęcia. Zaburzenia łaknienia i obsesyjne odchudzanie się to tylko objawy choroby, która rodzi się w umyśle. Jedzenie ogromnych ilości produktów i prowokowanie wymiotów to przede wszystkim sposób na odreagowanie negatywnych emocji, który przynosi na chwilę uczucie ulgi i ukojenia. Potem jednak rodzą się wyrzuty sumienia, których nie sposób opanować. Najskuteczniejszym, według bulimiczek, sposobem ponownej poprawy samopoczucia jest pozbycie się pochłoniętej bomby kalorycznej. I tu można rozwiać kolejny mit dotyczący choroby. Powszechnie uważa się bowiem, że bulimia to wymiotowanie po każdym posiłku. Nic bardziej błędnego! Prowokowanie wymiotów nie jest jedyną metodą zagłuszenia wyrzutów sumienia. Bulimiczki równie często stosują restrykcyjne diety, a nawet normalnie się odżywiają i tylko czasem, w chwilach kryzysowych, muszą odreagować jakieś niepowodzenie przez pałaszowanie ogromnych ilości jedzenia. Cały problem polega na tym, że bulimiczka nie potrafi w inny sposób rozprawić się ze złymi emocjami. Właśnie w tym punkcie możemy dostrzec w chorobie cechy uzależnienia; chora osoba nie tylko nie widzi dla siebie innego rozwiązania, ale jeszcze ukrywa swoje skłonności, maskuje się przed najbliższymi. Niektóre pacjentki kradną nawet żywność, czy środki przeczyszczające lub w nielegalny sposób zdobywają recepty na te lekarstwa.

Kolejny mit dotyczy płci osób cierpiących na bulimię. Powszechnie uważa się, że to "kobieca" choroba. Tymczasem z roku na rok rośnie odsetek młodych mężczyzn, którzy chorują na bulimię (niektóre źródła podają, że aż 10% chorych to chłopcy!).

Mylne wyobrażenia dotyczą również kwestii genezy bulimii, gdyż trudno ustalić czynniki wywołujące chorobę. Według najnowszych badań choroba może mieć podłoże genetyczne. Ten wniosek każe nam zrewolucjonizować myślenie o bulimii, gdyż do tej pory zwracano raczej uwagę na wpływ najbliższego otoczenia; rodziny, błędnych wzorców czerpanych np. z pism młodzieżowych lansujących modę na smukłych chłopców oraz na szczupłe i wiecznie będące na diecie dziewczyny. Badając genezę bulimii naukowcy brali też pod uwagę niektóre cechy osobowości, takie jak: niska samoocena, paniczny lęk przed przytyciem, problemy z wyrażeniem uczuć i radzeniem sobie ze złymi emocjami, niestabilność emocjonalna. W przeciwieństwie jednak do chorób dotykających nasze ciało, w przypadku bulimii trudno określić, a co za tym idzie wyeliminować, jeden czynnik odpowiedzialny za tę chorobę.

Córeczka jak z obrazka

- Nie da się ustalić jednego zdarzenia, punktu zwrotnego, który wprowadził mnie na tory bulimii- opowiada Ania- Tylko w filmach prezentowany jest czarno - biały obraz świata. Ja potrzebowałam wiele czasu i rozmów z moim psychoterapeutą, by zrozumieć, dlaczego stałam się bulimiczką. Wszystko zaczęło się w domu. Moja rodzinka była jak z obrazka: mama, tata, brat i ja. Odkąd sięgam pamięcią rodzice zawsze powtarzali nam, że jesteśmy zdolni, mądrzy, na pewno wiele w życiu osiągniemy. Musimy się tylko postarać. Wydawało mi się, że nie było w tym presji, a raczej sporo zachęty i że rodzice, a zwłaszcza mama, po prostu starali się nas zmobilizować do nauki. Faktycznie, oboje z bratem świetnie się uczyliśmy. Ja wygrywałam olimpiady biologiczne i konkursy o tematyce zoologicznej i ekologicznej, rodzice namawiali mnie do studiowania medycyny. Kamil upodobał sobie historię. Dla każdego rodzica takie dzieci to spełnienie marzeń! Niedawno Kamil dostał się na wymarzoną aplikację, bo skończył prawo ze znakomitym wynikiem. Jest perfekcjonistą w każdym calu. Ja nie. Gdybym nie była tak niedoskonała, pewnie już bym była na drugim roku medycyny, tak, jak sobie wymarzyli rodzice. Albo jeszcze lepiej- byłabym anorektyczką - śmieje się Ania.

Dążenie do perfekcji, przesadna doskonałość w każdym calu - to główne wartości wyznawane przez anorektyczki. Chcąc pokazać siłę swojego charakteru dziewczyny cierpiące na tę chorobę potrafią przez cały dzień skubnąć liść sałaty, lub zjeść ćwiartkę jabłka i przeliczyć tę porcję na kalorie z dokładnością co do drugiej cyfry po przecinku. Być może dlatego anorektyczki mają w pogardzie obżerające się, a potem zwracające dziewczyny. Owszem, bulimiczki też potrafią być na ostrej diecie, też maniacko liczą kalorie. Ale przecież czasem dają się ponieść spontanicznemu obżarstwu. A złamanie restrykcyjnych zasad to oznaka słabości. Aby nie zniszczyć efektów, jakie dała im rygorystyczna dieta, bulimiczki zaraz po napadzie obżarstwa pozbywają się więc spożytych pokarmów, a takie postępowanie według anorektyczek jest z kolei "nieczyste"... Tak naprawdę jednak trudno poprowadzić granicę między obiema chorobami. I pewnie dlatego bulimia w czystej postaci jest tak trudna do zdiagnozowania, a wręcz zdefiniowania...

Zagłuszyć wyrzuty sumienia

- Ostatnia terapia dużo mi dała - opowiada Anka- Nabrałam dystansu do wielu spraw, potrafię podejść do niektórych sytuacji z humorem. Z jednego tylko nie umiem się śmiać- z rozwodu rodziców. Gdy miałam 14 lat ojciec znikał na całe dnie. Najpierw mama wciskała nam bajeczki o niezliczonych delegacjach i kontraktach, ale widać, "ta druga" potrafiła postawić na swoim, bo ojciec pewnego dnia po prostu przyjechał po swoje rzeczy. Matka prosiła go by został, właściwie to błagała. Zirytowana jego milczeniem zaczęła podnosić głos, obrażać go. Tacie w końcu puściły nerwy, wychodząc wykrzyknął: "Mam z tobą zostać?! Nigdy! Spójrz w lustro, jesteś gruba jak świnia!"

To była nieprawda, mama nie była otyła, miała tylko spory brzuch, ale po dwóch cesarkach to chyba normalne. Niestety, po tym wszystkim kompletnie się załamała. Wracała z pracy, siadała przed telewizorem i oglądała seriale jak leci. Podjadała, zaniedbała się, faktycznie zaczęła tyć. Najpierw czułam do niej żal, potem pogardę. Chciałam pokazać wszystkim, że mimo rozwodu rodziców ja nadal jestem "the best". Dużo się uczyłam po nocach. Znalazłam też znakomity sposób na stres: podjadałam. Niestety, po jakimś czasie trudno to było nazwać podjadaniem, potrafiłam w jednej chwili wymieść zawartość całej półki w lodówce, zupełnie jak odkurzacz! Jak się czułam wtedy? Dobrze, błogo. Gdy kładłam się z powrotem do łóżka dopadały mnie jednak wyrzuty sumienia. Rano widziałam w lustrze przeraźliwie grubą dziewczynę. W głowie dźwięczał głos ojca. Miałam wrażenie, że przez moją nadwagę wszyscy znajomi zaczęli unikać mojego towarzystwa. Zaczęłam się więc odchudzać. Cały dzień potrafiłam wytrzymać na jednym jogurcie i jabłku, intensywnie ćwiczyłam. Bywały jednak takie wieczory, że opróżniałam szafkę ze słodyczami w ciągu zaledwie kilku chwil! Przerażona swoim obżarstwem następnego dnia znów głodowałam, nie mogłam jednak pozbyć się wyrzutów sumienia. I tak w kółko. Kiedyś po wieczornym napadzie głodu rozbolał mnie brzuch. Poszłam do toalety i sprowokowałam wymioty. I to było to! Poczułam się lekko, miałam czyste sumienie. Bo przecież jadłam, ale jedzenie nie docierało dalej niż do żołądka! Po prostu kamień spadł mi z serca. Nie musiałam nawet specjalnie się kryć ze swoimi nawykami; ojca nie było w domu, był zajęty układaniem sobie życia na nowo. Mama żyła wspomnieniami. Brat albo siedział na uczelni, albo zakuwał w bibliotece czy u znajomych...

We wczesnym rozpoznaniu bulimii ważna jest właściwa komunikacja między członkami rodziny, zwykła troska, niepokojąca zmiana zachowania. Jednak pierwsze sygnały tej choroby są zwykle bagatelizowane nawet przez najlepszych rodziców. Przecież dziś niemal każda kilkunastoletnia dziewczyna jest na diecie, liczy kalorie, dąży do osiągnięcia perfekcyjnej sylwetki, jaką prezentują celebryci. Jednak gdy odchudzanie wydaje się nie mieć końca, a przeliczanie każdego kęsa na kalorie graniczy z fanatyzmem, w myślach rodziców powinna już zapalić się czerwona lampka. Znaczącym sygnałem jest również znikanie dużych ilości jedzenia, przy czym trzeba brać pod uwagę nie tylko słodycze. Wreszcie bardzo ważna jest obserwacja będącej na diecie dziewczyny podczas wspólnego posiłku, np. obiadu. Jeśli młoda osoba zmiata całą zawartość talerza, po czym znika na dłuższą chwilę w łazience - powinno to zaniepokoić rodziców.

Na oddziale

Powszechnie wiadomo, że bulimia pustoszy cały organizm. Najprościej zauważyć to na przykładzie zębów chorej osoby; szkliwo w kontakcie z kwasem żołądkowym jest uszkodzone i to na każdym zębie, a leczenie stomatologiczne nie przynosi żadnych efektów. Częste wymiotowanie powoduje także ciągłe podrażnienie gardła, rany na języku, oraz powstawanie charakterystycznych blizn i otarć na palcach dłoni (zazwyczaj jednej reki). Najbardziej powszechnym skutkiem bulimii są zaburzenia pracy serca oraz ogólne osłabienia organizmu. Ale też osteoporoza, niedokrwistość, trudniejsze gojenie się ran, obniżenie odporności, wypadanie włosów, zaburzenia cyklu miesiączkowego, aż do całkowitego zaniku miesiączki. Niebezpieczne jest też ogólne odwodnienie organizmu, powodujące wysuszanie skóry i błon śluzowych, obniżenie ciśnienia krwi, co z kolei powoduje zawroty i bóle głowy, zaburzenia widzenia, omdlenia.

Podobne skutki choroby można zaobserwować także wtedy, gdy chore osoby stosują zamiast wymiotów środki przeczyszczające, czy nawet moczopędne. Te ostatnie usuwają z organizmu nadmiar wody dając złudzenie utraty nadmiaru kilogramów podczas ważenia się. Dużym powodzeniem wśród chorych cieszą się też leki obniżające łaknienie. Najczęściej jednak okresy pomiędzy napadami to czas intensywnych ćwiczeń fizycznych, restrykcyjnej diety czy nawet głodówki. Żaden organizm nie jest w stanie znieść takiej huśtawki, zwłaszcza gdy napady obżerania występują nie raz na kilka dni, ale kilka razy dziennie. Naprawdę trudno przeoczyć takie wołanie o pomoc.

- Po jakimś czasie już nie mogłam tak szybko sprowokować wymiotów; odruch zanikał, a moja ręka była cała poraniona. Uzależniłam się też od środków przeczyszczających i miałam zaparcia. Miałam nawet hemoroidy! Zaczęłam wywoływać wymioty w bardziej agresywny sposób, w ruch poszła łyżka. Podczas którejś próby zemdlałam. Matka znalazła mnie brudną, w wymiocinach była krew, zaczęła krzyczeć, wezwała pogotowie. Jednak gdy usłyszała diagnozę, była w totalnym szoku! Właściwie jak też. Oczywiście miałam świadomość tego co robię, gdy katowałam swoje ciało dietą, obżerałam się czy wreszcie zwracałam. Jednak nienazwany demon nie jest taki straszny...

Z oddziału gastrologicznego Anka trafiła na psychiatryczny- to tam, pozostając pod ścisłą kontrolą bulimiczki są leczone. Najczęściej stosuje się terapię, podczas której pacjent uczy się jedzenia 3- 5 niewielkich posiłków dziennie, po czym notuje reakcje swojego organizmu oraz negatywne myśli dotyczące jedzenia. W notatkach ważne miejsce zajmują też informacje o każdym napadzie obżarstwa i próbie pozbycia się kalorii, ale ważny jest sam zapis, który powinien być obiektywny, bez emocji, czy poczucia winy. Podczas rozmowy z terapeutą, pacjent powoli zaczyna rozumieć, jak bardzo fałszywe było jego podejście do własnego ciała. Stopniowo bulimicy zaczynają więc patrzeć na własne ciało bardziej realnie. Niestety, nie zawsze taka terapia skutkuje.

Skuteczna terapia

- Najgorszy był rygor, jaki panował na oddziale - opowiada Ania.- Razem z innymi dziewczynami byłam pilnowana, zaraz po posiłku nie wolno nam było wstać i pójść do toalety. Także liczba rzeczy osobistych była ograniczona do minimum- dziewczyny potrafiły zwracać do kosmetyczek czy piórników... Dziś wiem, że pierwsze podejście nie mogło się udać- byłam w szoku, nie nawiązałam kontaktu z psychoterapeutą. Dużo gadałam jednak z innymi dziewczynami, które "sprzedały" mi kilka sprytnych sztuczek...

Połykanie płatków kosmetycznych nasączonych wodą i wypicie dużej ilości płynu, by nasiąknęły w żołądku, czy używanie do prowokowania wymiotów cienkiej gumowej rurki służącej do utaczania wina domowej roboty, to tylko niektóre "patenty" stosowane przez chore osoby. Te przykłady dobitnie pokazują, jak dużą fantazję mogą mieć osoby cierpiące na tę chorobę.
- Druga terapia przyniosła pewne sukcesy.- opowiada Ania.- Miałam wsparcie brata, który nie mógł co prawda mnie odwiedzać (bulimiczki przebywają na oddziałach zamkniętych), jednak pisał do mnie listy, które dawały mi wiarę. Trafiłam też na świetną terapeutkę. Dzięki temu, że nie rozmawiała ze mną o jedzeniu, przeliczaniu kalorii i wymiotach, ale o emocjach i moich przeżyciach, zrozumiałam jakie wydarzenia mogły doprowadzić do mojej choroby.

Nawet najlepsza terapia nie od razu przyniesie sukces. Zresztą, ze względu na fakt, że bulimia to choroba, której nie wywołuje jeden czynnik, trudno w leczeniu oprzeć się tylko na jednej metodzie. Dlatego czasem terapeuci stosują zupełnie inną metodę leczenia, która polega na zwalczaniu depresji i lęków, które mogą być przyczyną zaburzeń odżywiania razem. Największy nacisk zostaje więc w tym przypadku położony na psychikę i aspekt socjologiczny. W tej terapii nie mówi się też o jedzeniu, odchudzaniu czy ciele widzianym oczyma bulimiczki. Takie podejście ma na celu odkrycie jak radzić sobie z emocjami, a zwłaszcza z niepewnością i zmianami w życiu, oraz ukształtowanie silnego poczucia własnej wartości. Czasem terapeuci skłaniają chorych, by poprzez nowe zainteresowania ich myśli zostały pokierowane na zupełnie inne niż obsesja odchudzania tory. Podobnie było w przypadku naszej bohaterki.

- Terapeutka podsunęła mi świetny pomysł odwrócenia uwagi od własnych problemów - zwierza się Ania - Dziś nie zajmuję się już tylko sobą, nie żyję według schematu: nauka, jedzenie, wymioty. Trzy razy w tygodniu pracuję jako wolontariuszka w schronisku dla zwierząt. Wyprowadzam pieski na spacer, pomagam w lecznicy weterynaryjnej, ale najlepiej czuję się wykonując ciężką pracę: sprzątam boksy, pomagam w przygotowaniu jedzenia. Przez te kilka godzin tygodniowo jestem całkowicie zaangażowana w problemy zwierząt, które wobec ludzkiego okrucieństwa są całkowicie bezradne. A przecież jeszcze niedawno to ja robiłam sobie krzywdę! Dziś myślę nawet o zmianie kierunku studiów na weterynaryjne. Medycyna jest nie dla mnie; wymyślili ją rodzice. A propos, mama zapisała się na zajęcia jogi i kurs języka włoskiego. Chce spełnić swoje wielkie marzenie i na własne oczy zobaczyć Toskanię. A ojciec? Jakiś czas temu chciał się spotkać ze mną i z Kamilem. Odmówiłam. Potrzebuję teraz spokoju.

Uwaga! Powyższa porada jest jedynie sugestią i nie może zastąpić wizyty u specjalisty. Pamiętaj, że w przypadku problemów ze zdrowiem należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)