Jakieś dziesięć lat temu moja mama nagle schudła, choć waga stała w miejscu. Ważyła więcej niż w młodości, ale nagle zaczęła nosić rozmiar 38, nie zaś 40 czy 42, które dotychczas kupowała. Tyle że stare spodnie wciąż się nie dopinały.
WIDEO…
Winę (zasługę?) ponosił przemysł odzieżowy, który celowo sprawia, że choć przybywa nam centymetrów, rozmiarówka stoi w miejscu, a niekiedy nawet spada. Oczywiście nie dzieje się to z roku na rok, ale z pokolenia na pokolenie - już tak.
Zjawisko zostało ochrzczone mianem vanity sizing (w dosłownym tłumaczeniu - schlebianie próżności), czyli przypisywanie mniejszych rozmiarów ubraniom o wymiarach, które wcześniej odpowiadały tym większym. Już samo określenie sugeruje, że rozmiarówkowe zamieszanie zawdzięczamy kobietom, które bywają chorobliwie przywiązane do swoich rozmiarów, jednocześnie marząc po cichu, że kiedyś zobaczą jeszcze na metce S.
Nie jest sekretem, że mają interes w tym przede wszystkim sieciówki - bo im bardziej zadowolone będziemy po wyjściu z przymierzalni, tym bardziej prawdopodobne, że skierujemy się do kasy. Mniejszy rozmiar jest zaś "tytułowym" pochlebstwem.
Od wojska po Zarę
Sama historia rozmiarówki jest względnie nowa - wraz z industrializacją producenci odzieży stanęli przed niemałym wyzwaniem, mianowicie: jak uszyć ubranie pasujące na kogoś, kogo nie widziało się na oczy. Pierwsze rozmiarówki nie ograniczały się do S, M i L (i kilku mniejszych i większych wariacji).
Pod koniec XIX wieku amerykańskie firmy odzieżowe oferowały kilkadziesiąt, a nawet i sto różnych rozmiarów. Wybór zaczął się zawężać za sprawą wojen, gdy zaczęto gromadzić dane niezbędne do ubrania w mundury zastępów mężczyzn. Pierwszych danych na temat wymiarów, na które możnaby zrobić powtarzalene rozmiary, dostarczyła wojna secesyjna, uściśliła zaś I wojna światowa. Nie znaczy to, że rozmiarówka okazała się szczególnym sukcesem. W prasie żartowano, że mundury produkuje się tylko w dwóch rozmiarach - za dużym i za małym.
Co ciekawe, dane zebrane podczas I wojny światowej już 20 lat później nie przystawały do nowego pokolenia rekrutów - dzięki lepszemu żywieniu ludzie byli bardziej wyrośnięci
W odzieży damskiej brak zgodności rozmiarówki z ciałami kobiet zaczął się na długo przed tym, jak zaczęłyśmy zamawiać po trzy pary spodni z zamiarem odesłania dwóch. W Stanach problemem zajęło się nawet ministerstwo rolnictwa - w latach 40. badacze dokładnie zmierzyli prawie 15 tys. kobiet. Każdą zważono i pobrano 59 miar. I to w czasach sprzed excela.
Co ciekawe, w ostatecznych uśrednionych rozmiarach pominięto panie nazwane "kobietami niebiałymi" - decydując odgórnie, na kogo ubrania będą pasowały mniej.
Rozmiarówki ministerialne
W 1958 roku opublikowano amerykański standard obejmujący 16 rozmiarów, z dodatkowym podziałem na typy sylwetek. d 8 do 38, z dodatkowymi oznaczeniami wzrostu i tęgości. Rozmiaru zero nie było. Zniesiono go w latach 80., gdy Stany były potentatem produkcji odzieży (cedowanie produkcji do biedniejszych dopiero raczkowało). Producenci rozwijali własne tabele, i szybko zapanował rozmiarówkowy chaos.
Do tego z każdym kolejnym pokoleniem, zwłaszcza w Europie, średni wzrost wzrastał. Między 1988 a 2012 rokiem średni wzrost kobiet w Polsce wzrósł o 2,5 cm. W ostatnich latach doszło do tego tycie populacji. Przy porównywaniu ubrań vintage ze współczesnymi sama metka mówi niewiele - nawet jeśli oba ubrania pochodzą z tego samego kraju. XL z lat 70. często odpowiada współczesnej "emce".
Do tego dochodzą różnice w "prywatnych" rozmiarach sieciówek. To, że w jednym sklepie pasuje nam 38, a w drugim 42, nie dowodzi, że pierwsza celowo nas kokietuje. Firmy odkryły coś jeszcze - projektując dla kobiet o różnych sylwetkach, mogą zdobywać wierne klientki. Jeśli wreszcie trafimy na spodnie, które zapinają się w pasie bez opinania na udach, wracamy do danego sklepu.
Są oczywiście marki, które różnice między S a L traktują po prostu jako różnicę we wzroście - ciuchy są oczywiście większe, ale bez uwzględnienia, że kobieta wybierająca L ma większy biust czy szersze biodra.
Dwie kobiety o takim samym obwodzie w biuście mogą wyglądać źle w tej samej bluzce - jedna będzie miała wyraźne wcięcie w talii, druga niewielkie. Zwiększenie wykroju nie rozwiąże problemu osoby, która potrzebuje więcej miejsca wyłącznie w pasie. Rozmiar to po prostu zestaw założeń o sylwetce, o którym decyduje dana marka.
Vanity sizing nie jest medialnym wymysłem - zjawisko potwierdza choćby badanie Nilüfer Z. Aydınoğlu i Aradhna Krishna opublikowane w 2012 roku, które potwierdziło, że mniejszy rozmiar przekładał się na korzystniejsze wyobrażenie o własnym wyglądzie. U kobiet o zaniżonej samoocenie związanej z wyglądem, przekładało się to na lepszą ocenę samego produktu.
Vanity sizing pod lupą
Z kolei w o dwa lata młodszym badaniu Jo Andrea Hoegg i współpracownicy badali reakcje na konieczność sięgnięcia po większy rozmiar. Zainteresowanie kobiet ubraniami spadało. Rosła za to chęć sięgnięcia po inne produkty związane z wyglądem jak zestawy do wybielania zębów czy szminki. Co ciekawe, kobiety interesowały się również kursami językowymi czy "poważnymi" magazynami.
Autorzy zinterpretowali to jako próbę odbudowania samooceny. Skoro przymierzalnia zachwiała przekonanie o atrakcyjności, rosło zainteresowanie czymś, co pozwalało poczuć się inteligentną.
Skojarzenia z numerem, który teoretycznie miał tylko ułatwić znalezienie spodni, przekładało się na obraz siebie.
Przesunięcie numeracji ma jeszcze inny skutek - w zeszłym roku "The Wall Street Journal" opisywał drobne kobiety, dla których nawet najmniejsze ubrania z "dorosłych" kolekcji stały się za duże. Część z nich zwróciła się w stronę działów dziecięcych, ale trudno podzielać entuzjazm 12-latek w kwestii brokatu czy nadruków ze Stichem.
W całym tym zamieszaniu najbardziej osobliwe jest chyba to, że mniejszy rozmiar uznajemy za osobisty sukces i ocenę własnej wartości, a większy staje się sygnałem, że się starzejemy i nie jesteśmy wystarczające.
Łatwo powiedzieć, żeby nie przejmować się metką i rozmiar to tylko numerek (lub litera). Trudniej przestać, jeśli przez lata mniejszy rozmiar uchodził za dowód, że kobieta "o siebie dba", nawet jeśli tego nie robi.
Jeśli bluzka dobrze leży i pozwala swobodnie podnieść ręce, większa literka nie unieważnia tego, że nam się podoba. Podobnie jak mniejsza nie wynagrodzi nam tego, że mamy spodnie, w których da się tylko stać.
Co, co zmienia się bez naszego udziału, nie powinno określać tego, jak się ze sobą czujemy.
Czytaj także: