Ani ja, ani Janek nie przywiązujemy wagi do konwencji. Prawdę mówiąc, dusimy się w ich ciasnych ramach. Zdecydowaliśmy się pobrać nie dlatego, że tak wypada lub, by urządzić wielką fetę. Przysięga małżeńska miała dla nas znaczenie symboliczne.

WIDEO

player placeholder

Właściwie nie potrzebowaliśmy nic poza nią. Tylko słowa „nie opuszczę cię aż do śmierci” miały znaczenie. Nie chcieliśmy wesela. Najwyżej obiad dla najbliższej rodziny, bo miło wspólnie uczcić taki dzień. Nigdy bym się nie spodziewała, że dla kogokolwiek to będzie problem.

– Oszaleliście! – zawołała moja przyszła teściowa, kiedy poinformowaliśmy rodziców o naszych planach. – Przecież wesele musi być! Tak nakazuje tradycja!

Zobacz także:

– Mamo, ale my wolimy po swojemu… – zaczął Janek, lecz przerwała mu:

– I co zamierzacie zrobić z pieniędzmi na ślub? Sam mówiłeś, synku, że zebraliście już prawie trzydzieści tysięcy.

– Polecimy na wakacje np. do Grecji  – oznajmiłam zadowolona. – Na miesiąc.

Rodzice spojrzeli na nas dziwnie

Przyznaję, był to dość niekonwencjonalny pomysł, ale marzyliśmy o tym od tak dawna…

– Chcecie zmarnować trzydzieści tysięcy, żeby byczyć się na plaży? – spytała moja mama z niedowierzaniem.

– Właśnie tak – Janek wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zamiast wesela zrobimy sobie wakacje. To w końcu nasza kasa, prawda?

– To bez znaczenia! – zawołała przyszła teściowa. – Mamy bardzo liczną rodzinę. Przecież śmiertelnie by się obrazili, gdybyście ich nie zaprosili! O, na przykład taka ciocia Kazia, bawiłeś się na weselu jej córki Izy, pamiętasz?

– Miałem sześć lat – westchnął Janek. – I od tamtej pory cioci nie widziałem.

– Tato, powiedz coś! – poprosiłam, bo ojciec zawsze stał po mojej stronie.

– Cóż… – bąknął, nie patrząc mi w oczy. – Ja tam się bardzo chętnie spotkam się z rodziną.

Dyskusja była długa i zażarta

Niestety, nie wynikło z niej nic pozytywnego. Rodzice obstawali przy tym, że trzeba zorganizować imprezę, i koniec. Być może nawet nie mielibyśmy nic przeciwko temu, gdyby nie fakt, że pieniądze na ten cel miałyby iść ze środków zebranych przez nas na wyjazd.

Bo przecież oni są biedni i pomóc nie mogą. My natomiast mamy kasę i zamiast „wydawać na głupoty”, jak to określiła teściowa, powinniśmy je przeznaczyć na „dobry cel”, czyli huczne weselisko dla licznej rodziny.

Przez chwilę rozważałam opcję złapania dwóch srok za ogon, czyli racjonalnego rozdzielenia oszczędności, tak, by starczyło i na wesele, i na wycieczkę. Ale rodzice pozbawili mnie złudzeń. Mniej kasy oznacza bowiem skromniejsze przyjęcie. A tak przecież być nie może, bo co ludzie powiedzą!

Poza tym trzeba zaprosić tych i tych, tamtych i tamtych, stąd i stamtąd… Po jakimś czasie przestałam słuchać tej niekończącej się listy, bo nazwiska „krewnych” nic mi nie mówiły.

– Mamo, ja nawet nie wiem, kto to jest wujek Heniek! – zawołał Janek, wyrywając mnie z zadumy. – Niby z jakiej racji mam go zapraszać?

– Od tego są śluby, żeby odnawiać kontakty z rodziną – oświadczył mój tata.

Zostaliśmy postawieni przed wyborem: albo robimy tak, jak chcą rodzice i wszystko jest cacy, albo po swojemu, a wtedy oni się na nas pogniewają. Od tygodnia nie rozmawialiśmy o niczym innym, aż wreszcie wczoraj…

– Wiesz co, to ich problem – powiedział Janek. – Jesteśmy dorośli, mamy prawo sami o sobie decydować. Jedziemy!

Odetchnęłam z ulgą, bo i ja nie miałam ochoty występować w nie swoim cyrku.

Karolina, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: