Od pół roku żyłam tylko jedną myślą – Kreta. Oczami wyobraźni widziałam już te turkusowe fale, czułam zapach pieczonych ryb, oliwek i słonego wiatru. Odkładałam każdy grosz, przeglądałam oferty biur podróży, planowałam wycieczki do małych, urokliwych miasteczek. Robert początkowo przytakiwał. Mówił, że też potrzebuje odpoczynku, że ostatnio w pracy dają mu w kość, że taki wyjazd dobrze nam zrobi.
WIDEO…
Nie wierzyłam własnym uszom
A potem, dosłownie na dwa tygodnie przed rozpoczęciem urlopu, wszystko się zmieniło. Wrócił z pracy jakiś taki podniecony, z błyskiem w oku, który zazwyczaj zwiastował kłopoty.
– Anetka, słuchaj, a może byśmy tak odpuścili tę Grecję w tym roku? – rzucił, zdejmując buty w przedpokoju.
Zamarłam z patelnią w ręku.
– Słucham? Co ty opowiadasz? Przecież już prawie wszystko mamy wybrane. Chciałam jutro rezerwować loty.
– No właśnie, loty, hotele... Kupa kasy. A nasz salon wygląda jak nora. Te pożółkłe ściany, ta obrzydliwa tapeta, którą wybieraliśmy pięć lat temu. Pomyślałem, że skoro i tak mamy dwa tygodnie wolnego, to zrobimy szybki remont. Pomalujemy, zmienimy zasłony, kupimy nowy dywan. Będziemy mieć piękne mieszkanie, a za to, co zaoszczędzimy na Grecji, pojedziemy sobie gdzieś na weekend jesienią.
– Chcesz spędzić jedyny urlop w roku w oparach farby i pyle? Robercie, błagam cię. Ja potrzebuję odpocząć.
– Odpoczniesz! – Machnął ręką. – Przecież to tylko malowanie. We dwójkę uwinniemy się w trzy dni. A potem będziemy leżeć na kanapie w nowym, świeżym salonie i pić wino. Zobaczysz, będzie super.
Był tak uparty, tak zdeterminowany, że w końcu uległam. Zawsze ulegałam, kiedy wchodził w ten swój tryb „ja wiem lepiej”. Przełknęłam łzy rozczarowania i zamiast kupować nowe bikini, zaczęłam robić listę wałków, taśm malarskich i folii ochronnych.
Konsultantka od siedmiu boleści
Pierwszy dzień urlopu przywitał nas upałem, który aż prosił się o klimatyzowany pokój hotelowy. Zamiast tego staliśmy w markecie budowlanym przed gigantycznym regałem z farbami.
– Może taki chłodny błękit? – zaproponowałam, wzdychając ciężko. Chociaż trochę przypominałoby mi to greckie niebo.
– Błękit? Oszalałaś? – Robert spojrzał na mnie z politowaniem. – Będzie wyglądać jak w szpitalu. Trzeba czegoś nowoczesnego. Jakiś beż, może szałwia.
– Szałwia? Od kiedy ty znasz takie słowa?
Zignorował moje pytanie, nerwowo stukając palcami w ekran telefonu. Kiedy wróciliśmy do domu, okazało się, że czeka nas niespodzianka. Na klatce schodowej, tuż przed naszymi drzwiami, stała Sylwia. Nasza nowa sąsiadka, która wprowadziła się dwa miesiące temu. Młodsza ode mnie o jakieś pięć lat, zawsze idealnie umalowana, z nienaganną fryzurą, nawet kiedy rano wyrzucała śmieci.
– O, sąsiedzi! – Zauważyła nas i uśmiechnęła się promiennie. – Słyszałam, że szykuje się jakiś remont.
Spojrzałam na Roberta z ukosa. Skąd ona wiedziała?
– Tak, tak, małe odświeżenie salonu – odpowiedział natychmiast mój mąż, a jego głos stał się nagle o oktawę niższy i dziwnie aksamitny. – Właśnie przywieźliśmy farby.
– Och, uwielbiam wnętrza! – Sylwia klasnęła w dłonie. – Studiowałam trochę architekturę wnętrz. Co wybraliście?
Zanim zdążyłam otworzyć usta, Robert już wyciągał z siatki wzorniki.
– No właśnie mamy mały dylemat. Aneta chciała błękit, ale ja myślę o czymś cieplejszym. Może wpadniesz na chwilę ocenić światło?
Stałam tam jak słup soli. Moje wymarzone wakacje zamieniały się w koszmar, a mój mąż zapraszał obcą kobietę, żeby decydowała o kolorze mojego salonu.
Byłam coraz bardziej zła
Następnego dnia rano zaczęliśmy zrywać tapetę. To znaczy, ja zaczęłam. Robert po godzinie stwierdził, że musi pojechać do sklepu po specjalny preparat do usuwania kleju, bo szpachelką zniszczymy ścianę.
Zostałam sama w zakurzonym, dusznym pokoju, drapiąc paznokciami i metalowym ostrzem resztki papieru. Byłam wściekła. Pot spływał mi po plecach, ręce bolały, a w głowie wciąż miałam ten turkusowy błękit Morza Śródziemnego.
Robert wrócił po dwóch godzinach. Bez preparatu.
– Nie było tego, co chciałem – rzucił wymijająco. – Ale wiesz co? Sylwia mówiła, że najlepiej po prostu dobrze to namoczyć ciepłą wodą z płynem do naczyń.
Zamarłam.
– Sylwia mówiła? Spotkałeś ją w sklepie?
– Nie, wpadłem do niej na chwilę, jak wracałem. Chciałem pożyczyć... eeee... drabinę. Nasza jest trochę niestabilna.
Spojrzałam na naszą aluminiową, solidną drabinę, którą kupiliśmy rok temu.
– Robercie, przecież nasza drabina jest zupełnie nowa.
– Ale tamta jest wyższa – uciął, odwracając wzrok. – Dobra, bierzmy się do roboty.
Przez kolejne dni sytuacja robiła się coraz bardziej absurdalna. Ja przygotowywałam ściany, gruntowałam, sprzątałam pył, a Robert... Robert konsultował. Kiedy tylko trzeba było podjąć jakąś decyzję – czy malujemy sufit na biało, czy odcinamy kolor taśmą, czy zaczynamy od ściany z oknem – on musiał „zasięgnąć opinii”.
– Wiesz, Sylwia mówiła, że światło po południu zupełnie zmienia odcień tego beżu. Musimy to sprawdzić.
– Sylwia twierdzi, że musimy kupić inne wałki.
– Zaraz wracam, idę tylko pokazać Sylwii ten próbnik, ma świetne oko do detali.
Znikał na pół godziny, czasem na godzinę. Wychodził w roboczych spodniach umazanych gipsem, a wracał dziwnie zadowolony, pachnący... czy to były damskie perfumy?
Mąż ciągle siedział u sąsiadki
Czwartego dnia urlopu miarka się przebrała. Salon był w połowie pomalowany, w całym mieszkaniu śmierdziało farbą, a ja miałam ochotę usiąść na środku tej folii malarskiej i po prostu zacząć płakać.
Robert znowu wymknął się z mieszkania pod pretekstem zapytania o to, czy ten odcień szałwii nie jest zbyt przytłaczający na wieczór.
– Przecież to nasz salon! – krzyknęłam za nim, ale drzwi już się zamknęły.
Rzuciłam wałek do kuwety z farbą. Krople zachlapały mi podkoszulek, ale nie dbałam o to. Wyszłam na klatkę schodową. Zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi Sylwii. Chciałam zapukać, zrobić awanturę, powiedzieć, żeby odczepiła się od mojego męża i mojego remontu.
Zatrzymałam się z dłonią uniesioną do pukania. Zza drzwi dobiegał śmiech. Głęboki, zrelaksowany śmiech mojego męża. Taki sam, jakim śmiał się, kiedy jeszcze potrafiliśmy spędzać ze sobą czas, kiedy nie byliśmy przytłoczeni codziennością. A potem usłyszałam jej głos.
– ...i pomyśl, że mogłeś teraz siedzieć na jakiejś nudnej plaży, smarując żonę kremem z filtrem – zachichotała.
– Nawet mi nie przypominaj – odpowiedział Robert. – Całe szczęście, że wpadłem na ten remont. Przynajmniej mam wymówkę, żeby wpadać tutaj.
– A ta ściana? Kiedy ją skończycie?
– Oj tam, ściana poczeka. Aneta lubi mieć wszystko pod kontrolą, niech sobie maluje. Ja wolę patrzeć na ciebie.
Cofnęłam się. Zrobiło mi się potwornie zimno, mimo upału panującego na klatce. Moje serce tłukło się w klatce piersiowej tak mocno, że bałam się, że usłyszą.
Więc to tak. Nie było żadnego nagłego zapału do odnawiania mieszkania. Nie było chęci zaoszczędzenia pieniędzy. Była tylko precyzyjnie uknuta intryga, żeby nie wyjeżdżać, żeby zostać w bloku, blisko niej. Żeby móc wymykać się na „konsultacje kolorystyczne”, podczas gdy ja, głupia i naiwna żona, zasuwałam z wałkiem w dusznym salonie.
Straciłam zaufanie
Wróciłam do mieszkania. Spojrzałam na tę ścianę. Wzięłam taśmę malarską i powoli, metodycznie zaczęłam ją zrywać, chociaż farba jeszcze dobrze nie wyschła.
Kiedy Robert wszedł do środka dwadzieścia minut później, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, zastał mnie siedzącą na kanapie. Folia ochronna była zsunięta.
– Co ty robisz? – Zmarszczył brwi, patrząc na zerwaną taśmę. – Przecież mówiłem, żeby to zostawić do jutra. Sylwia uważa...
– Nic mnie obchodzi, co uważa Sylwia – powiedziałam spokojnie, chociaż w środku cała dygotałam. – I nic mnie obchodzi ten kolor.
– Odbiło ci? O co ci znowu chodzi? Jesteś przemęczona. Mówiłem, żebyś tyle nie robiła na raz.
– Słyszałam was – przerwałam mu. – Na klatce wszystko doskonale słychać.
Jego twarz w ułamku sekundy zmieniła kolor z opalonego na blady, niemal dorównujący sufitowi, który wczoraj gruntowałam.
– Aneta, to nie tak... Źle zrozumiałaś. My tylko żartowaliśmy. To były takie głupie żarty.
– Remont to też był żart? Odwołanie wyjazdu na Kretę to był żart, żebyś mógł sobie poflirtować z sąsiadką, podczas gdy ja wdycham opary farby?
Milczał. Nie potrafił wymyślić żadnego racjonalnego wytłumaczenia, żadnego kłamstwa, które mogłoby mnie teraz uspokoić. Zobaczyłam go w pełnym świetle, w tym nowym, cudownym salonie, i nagle poczułam ogromne zmęczenie.
Reszta urlopu minęła w grobowej ciszy. Robert próbował dokończyć malowanie sam. Teraz, kiedy patrzę na ten nasz odświeżony salon, nie widzę pięknego, nowoczesnego wnętrza. Widzę tylko niedokończoną ścianę i kolor, który na zawsze będzie mi przypominał o tym, jak łatwo można oszukać kogoś, kogo się rzekomo kocha. I chociaż Robert błaga, przeprasza i twierdzi, że do niczego między nimi nie doszło, ja wiem jedno. Czasem wystarczy puszka farby i kilka ukradkowych uśmiechów piętro niżej.
Aneta, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam, że starość spędzę z rodziną, ale byłam ciężarem. Dzieci wcisnęły mnie do domu starców, żeby mieć spokój”
- „Gdy wygrałem w totolotka, żona od razu zażądała połowy pieniędzy. Myśli, że teraz będę jej bankomatem”
- „Zawsze odmawiałam sobie wszystkiego. Spadek od ciotki uświadomił mi, że czas wreszcie zacząć żyć”



























