Wiedziałam, że mój wnuk marzy o tej wycieczce. To miał być wyjazd ze szkoły do Francji, na dziesięć dni. Coś w rodzaju szkoły językowej, do tego zwiedzanie Paryża i okolic. Piękny pomysł – ale i kosztowny, bo ponad 3000 zł. A do tego trzeba było jeszcze doliczyć kieszonkowe!
WIDEO…
Michaś już dawno wspominał o tej wycieczce, a rodzice obiecali, że postarają się odłożyć. Niestety – spłacają już kredyt, w dodatku mój zięć stracił ostatnio pracę. Co prawda, gdzieś tam dorabia, ale wiadomo – o etacie nie ma co marzyć, teraz wszyscy oferują tylko śmieciowe umowy. Na ich podstawie banki nie chcą udzielać kredytów. Nawet tak niewielkich! Mnie też nie udało się uzbierać całej kwoty, bo niby z czego? Z cienkiej emerytury? Odłożyłam zaledwie dwieście złotych – może na kieszonkowe by wystarczyło, a gdzie reszta?
Wnuk doskonale rozumiał sytuację, nic nie mówił, ale widziałam, jak bardzo jest przygnębiony. Z całej klasy miał nie jechać tylko on i jedna dziewczynka – serce mi się krajało! Dlatego postanowiłam wziąć pożyczkę.
Wzięłam 4 tysiące
To trochę więcej, niż Michał potrzebuje na wyjazd, ale pomyślałam, że przy okazji kupię sobie porządną kurtkę na zimę. Stara już takie zniszczona, a kredyt jeden do spłacania. Sympatyczny pan wyliczył ratę – niecałe 300 złotych miesięcznie. To dla mnie oczywiście obciążenie, ale też kwota nie wydawała mi się przerażająca. „Jakoś dam radę” – pomyślałam, podpisując papiery. I nie żałuję – radość Michasia była tak wielka, że prawie popłakałam się ze wzruszenia.
Córce nic nie powiedziałam o pożyczce – bo na pewno by się zdenerwowała. Oszukałam ją, że miałam oszczędności.
– Mamo, my ci oddamy – obiecała. – Tylko za jakiś czas, dobrze? Bo teraz mamy ubezpieczenie mieszkania, a w przyszłym miesiącu przegląd samochodu. Ale będziemy odkładać. No cóż – minęło pół roku, a oni na razie nic mi jeszcze nie dali. Nie winię ich za to – widzę, że mają ciężko, poza tym wzięłam ten kredyt na własną odpowiedzialność. Tyle że się trochę przeliczyłam…
Było mi ciężko
Kiedy podliczałam wszystkie wydatki: czynsz, telefon, ubezpieczenie, gaz i prąd – to wyszło mi, że na życie zostaje mi niewiele ponad 700 złotych. Jak dla emeryta, to nie jest mało – do tej pory starczało, a zawsze udawało mi się trochę odłożyć. Więc myślałam, że jak zacisnę pasa, to uzbieram i tę setkę. Ale nie wzięłam pod uwagę, że co jakiś czas muszę kupić lekarstwa. Że niszczą się takie rzeczy jak buty. I nagle okazało się, że nie mam z czego żyć!
Albo nie spłacę raty, albo nie kupię leków… Zapytałam córkę, czy nie mogliby mnie wesprzeć finansowo.
– Mamo, przepraszam, ale zepsuła się lodówka, musieliśmy wziąć na raty – powiedziała, wręczając mi 50 złotych. – To wszystko, co mogę ci na razie dać, bo do końca miesiąca zostało mi dwieście. Ta pięćdziesiątka trochę pomogła, ale co zrobię w przyszłym miesiącu? I jeszcze kolejnym? A w następnym roku? Nie było rady – coś musiałam postanowić.
Nauczyłam się żyć oszczędniej
Poszłam do banku i powiedziałam wprost, że trudno mi spłacać raty. Zapytałam, czy mogą je obniżyć.
– Moglibyśmy przedłużyć czas spłacania, wówczas rata będzie niższa – powiedział miły pan. – Trzeba napisać wniosek, a my go rozpatrzymy. Czasem jednak bank udziela odpowiedzi odmownej.
– I co wtedy? – przestraszyłam się.
– No cóż, wtedy już nic z ratami nie zrobimy – pan ponownie wczytał się w papiery. – Ale wie pani co? Spróbuję panią umówić z naszym analitykiem. On może pani coś doradzi. Zgodziłam się. Na tę rozmowę czekałam ponad trzy tygodnie – ale opłaciło się! Pan przejrzał moje rachunki, zapytał o wydatki w sklepie, o moje przyzwyczajenia podczas zakupów. I podpowiedział kilka ciekawych rzeczy. Na przykład, żebym wyliczyła sobie dzienną stawkę żywieniową i tylko z taką sumą chodziła do sklepu. Albo żebym zawsze sprawdzała, czy cena na półce jest prawdziwa. No i zasugerował szukanie promocji, bo jest ich naprawdę sporo zwłaszcza w dyskontach.
Nawet nie wiedziałam, że jest ich tak dużo. Pomógł mi też napisać wniosek o obniżenie raty i powiedział, że w razie czego mam się znów do niego zgłosić – i dał mi swoją wizytówkę. Odpowiedzi z banku jeszcze nie mam, sama też na razie tam nie dzwoniłam. Z trudem, ale jakoś wiążę koniec z końcem. A numer telefonu analityka dałam sąsiadce. Ona też wzięła kredyt, tyle że gdy miała kłopot z jego spłacaniem, to zamiast pójść do banku – nie wpłaciła jednej raty. No i teraz ma za swoje – jakieś odsetki i list od windykatora. Mam nadzieję, że coś jej tam doradzą. Ja już wiem dwie rzeczy: o kłopotach trzeba mówić. I nigdy już nie wezmę żadnego kredytu!
Maria, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona całe życie mi usługiwała. Gdy na emeryturze zajęła się wnukami zamiast mną, poczułem się zazdrosny”
- „Żeby polecieć na wakacje na Bali, sprzedałam biżuterię po teściowej. Wiem, że mąż się wścieknie, ale raz się żyje”
- „Zamiast wakacji marzeń w Toskanii dostałam ścierkę i zlew pełen naczyń. Dla męża jestem tylko służącą”



























