Zawsze marzyłem o Włoszech. Kiedy zbliżały się moje pięćdziesiąte urodziny, postanowiłem, że to jest ten moment. Odłożyliśmy z Beatą trochę grosza po tym, jak nasza córka poszła na swoje, i wreszcie mieliśmy czas tylko dla siebie.

WIDEO

player placeholder

Pojechaliśmy do Włoch

Wykupiłem dwutygodniową wycieczkę objazdową. Program był napięty, ale fascynujący: Wenecja, Florencja, Rzym, Neapol, a na koniec wybrzeże Amalfi. Widziałem te miejsca w dziesiątkach filmów dokumentalnych. Chciałem chłonąć tamtejszą kulturę, pić espresso w małych kawiarniach, spacerować wąskimi uliczkami i po prostu cieszyć się życiem.

Beata na początku wydawała się zadowolona. Kupiła sobie kilka nowych sukienek, chwaliła się koleżankom w pracy, że jedziemy do Italii. Problem w tym, że jej wyobrażenie o wakacjach chyba znacznie różniło się od mojego, a już na pewno od tego, co oferowały prawdziwe Włochy.

Zobacz także:

Zrozumiałem to już w autokarze, gdy wyjeżdżaliśmy z lotniska w Bergamo. Przewodniczka, uśmiechnięta pani Ania, zaczęła opowiadać o włoskim stylu życia, o tym, że Włosi nie spieszą się z jedzeniem, że kolacje jedzą późno, a rano piją tylko kawę i jedzą słodkiego rogalika. Beata od razu parsknęła śmiechem, na tyle głośno, że kilka osób siedzących przed nami odwróciło głowy.

– Ja tam bez normalnego śniadania z hotelu nie wyjdę. Niech nie myślą, że mnie zapchają jakimś suchym ciastkiem.

Narzekała na wszystko

Próbowałem to obrócić w żart i poprosiłem, żeby dała się ponieść nowym doświadczeniom. Wtedy jeszcze myślałem, że to tylko początkowy stres związany z podróżą. Nie miałem pojęcia, że to dopiero zwiastun koszmaru, który miał trwać przez kolejne czternaście dni. Wenecja to było coś magicznego – te kanały, mosty, historyczne budynki zanurzone w wodzie. Grupa trzymała się blisko przewodniczki, słuchając opowieści o dożach i dawnej potędze republiki. Beata jednak miała inne priorytety. Od samego początku narzekała na zapach.

– Tu śmierdzi stęchlizną i glonami – powiedziała na cały głos. – Ludzie płacą takie pieniądze, żeby w jakichś ściekach pływać.

Pan z Krakowa rzucił nam pełne politowania spojrzenie, a ja poczułem, jak oblewam się gorącym rumieńcem. Złapałem Beatę za ramię i odciągnąłem nieco na bok.

– Proszę cię, ciszej – syknąłem. – Wszyscy to słyszą. To historyczne miasto, woda ma swój specyficzny zapach, ale przecież jest pięknie.

– Co ty opowiadasz, jakie pięknie? Odrapane mury, a ceny w kawiarniach to jakiś absurd. Sześć euro za kawę? W życiu. Mam wodę w butelce.

Było mi wstyd

Nie chodziło o pieniądze. Mieliśmy odpowiedni budżet, żeby pozwolić sobie na kawę na słynnym placu, ale dla niej wszystko było oszustwem i próbą wyciągnięcia od nas pieniędzy. Kiedy przewodnik ogłosił czas wolny na samodzielne zwiedzanie i obiad, inni uczestnicy wycieczki zaczęli dobierać się w małe grupki.

Urocze małżeństwo w naszym wieku, z którymi rozmawialiśmy w autokarze, szybko wymknęło się w stronę bocznej uliczki, nawet nie proponując nam wspólnego posiłku. Widziałem, że celowo unikają z nami kontaktu.

Prawdziwy kryzys przyszedł we Florencji. Wieczorem mieliśmy zorganizowaną obiadokolację w tradycyjnej toskańskiej trattorii. Lokal był przytulny, pachniał czosnkiem, pomidorami i pieczonym mięsem. Zająłem miejsce przy długim stole, mając nadzieję na miły wieczór z resztą grupy. Zaserwowano nam klasyczne pici all’aglione – gruby makaron z sosem pomidorowym i dużą ilością czosnku.

Ludzie nas unikali

Kiedy kelner postawił przed Beatą głęboki talerz, spojrzała na niego tak, jakby dostała miskę pomyj.

– Przepraszam bardzo! – krzyknęła po polsku do kelnera, który oczywiście nic nie zrozumiał, ale zatrzymał się zdezorientowany. – Co to ma być? Przecież to jest twarde!

Zacząłem ją uspokajać, tłumacząc, że to makaron al dente, że tak się go podaje we Włoszech. Ale Beata była w swoim żywiole.

– Al dente? To jest po prostu niedogotowane! Ja za surowe jedzenie płacić nie będę. I gdzie tu jest jakieś mięso? Sam makaron z przecierem? Grzesiek, powiedz mu coś, ty znasz angielski. Powiedz, że żądamy normalnego jedzenia.

Cały stół ucichł. Przewodniczka podeszła do nas szybkim krokiem, próbując ratować sytuację i pytała, czy coś nie smakuje.

– Nie smakuje to mało powiedziane! To jest kpina z klienta – oświadczyła dumnie moja żona, zakładając ręce na piersi.

Nie poznawałem jej

Spojrzałem na twarze naszych towarzyszy podróży. Był tam wstyd, irytacja, a u niektórych zwykła pogarda. Marzyłem o tym, by zapaść się pod ziemię. Zamiast cieszyć się wyśmienitym smakiem prawdziwej kuchni włoskiej, siedziałem jak sparaliżowany, patrząc na talerz.

– Beata, przestań – wykrztusiłem w końcu. – Przynosisz nam wstyd.

– Wstyd to jest podawać ludziom surowe kluski – odparła i demonstracyjnie odsunęła talerz na środek stołu.

Przez resztę wieczoru nikt z grupy się do nas nie odezwał. Kiedy wracaliśmy do hotelu, szliśmy w grobowej ciszy. Następnego dnia rano wyjeżdżaliśmy do Rzymu. W autokarze nikt nie chciał usiąść obok nas ani za nami. Byliśmy trędowatymi tej wycieczki. Beata zdawała się tego nie zauważać, a może po prostu uważała, że to wszyscy inni są dziwni.

Kiedy wysiedliśmy pod Koloseum, upał dawał się we znaki. Grupa ruszyła za podniesionym parasolem przewodniczki. Beata od razu zaczęła głośno narzekać na gorąco, na tłum, na to, że te kamienie to w sumie nic specjalnego, u nas na zamku w Malborku przynajmniej widać, co to było.

Stanąłem w miejscu i patrzyłem, jak moja żona idzie do przodu, wymachując rękami i komentując coś do kobiety, która wyraźnie przyspieszyła kroku, byle tylko uciec przed jej towarzystwem.

Nie mogłem tego znieść

Nie mogłem słuchać tego wiecznego malkontenctwa, tej pogardy dla wszystkiego, co inne. Zdałem sobie sprawę, że to nie jest kwestia zmęczenia czy różnicy gustów. To była kwestia braku szacunku – do miejsca, w którym byliśmy, do innych ludzi, a przede wszystkim do mnie i mojego marzenia.

Zaczekałem, aż Beata oddali się na jakieś dziesięć kroków, i dopiero wtedy ruszyłem. Szedłem w takiej odległości za nią, żeby nikt, absolutnie nikt, nie pomyślał, że jesteśmy razem. Kiedy się zatrzymywała, by popatrzeć na wystawę sklepową, ja udawałem, że fotografuję gołębie na dachu. Kiedy przewodniczka zbierała grupę, stawałem po przeciwnej stronie kółka.

Przez kolejne dni ten dystans stał się moją nową normalnością. W Pompejach spacerowałem samotnie w cieniu zrujnowanych domów, podczas gdy Beata szukała cienia w pobliskiej kawiarni, narzekając na kurz. W Neapolu zjadłem najlepszą pizzę w swoim życiu przy małym stoliku na zewnątrz, podczas gdy ona odmówiła jedzenia „placka z przypaloną krawędzią” i poszła szukać jakiegoś supermarketu po kanapki.

Izolowałem się

– Co ty właściwie robisz? – zapytała mnie pewnego wieczoru w hotelu. – Chodzisz cały dzień z nosem na kwintę, unikasz mnie. O co ci chodzi?

– O nic – skłamałem. – Po prostu chcę to wszystko zobaczyć w swoim tempie.

– Dziwny jesteś. Wszyscy na tej wycieczce są jacyś sztywni. Dobrze, że niedługo wracamy.

Nie miałem siły jej tłumaczyć. Nie miałem siły na kolejną awanturę. Wolałem udawać samotnego turystę. Czasami, gdy stałem z boku, inni z grupy posyłali mi dyskretne, współczujące spojrzenia. Wiedzieli. I chyba rozumieli, dlaczego uciekam.

Wracaliśmy do Polski w deszczowy dzień. Lot minął nam w niemal całkowitym milczeniu. Beata przeglądała zdjęcia w telefonie, pokazując mi od czasu do czasu jakieś ujęcie krzywej wieży w Pizie czy rzymskiej fontanny, zupełnie ignorując fakt, że spędziliśmy te wakacje oddzielnie, choć fizycznie byliśmy na tej samej wycieczce.

Nic nie zauważyła

Teraz, gdy siedzimy we własnym salonie, a nasze walizki wciąż leżą w połowie nierozpakowane w przedpokoju, czuję dziwną pustkę. Znajomi pytają, jak było we Włoszech. Beata odpowiada, że drogo, gorąco i że polskie jedzenie i tak jest najlepsze. Ja tylko uśmiecham się i przytakuję.

Wszyscy myślą, że po prostu nie udał nam się wyjazd. Że może pogoda nie dopisała albo hotel był kiepski. Ale ja wiem, że stało się coś znacznie gorszego. Te włoskie wakacje nie zepsuły naszego związku. One po prostu jak szkło powiększające pokazały mi to, czego przez lata nie chciałem widzieć. Pokazały mi, z kim tak naprawdę żyję.

I nie wiem, jak mam teraz przejść przez własne życie, starając się znowu iść w jednym rzędzie z kimś, za kim najchętniej podążałbym z daleka, byle tylko nikt nas nie połączył.

Grzegorz, 50 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: