Praca w korporacji ma to do siebie, że wszyscy wiedzą o tobie niemal wszystko. Nasz dział składał się z dwunastu osób, a nasze biurka nie były oddzielone żadnymi ściankami. Kiedy zbliżał się sezon urlopowy, głównym tematem rozmów przy ekspresie do kawy stawały się kierunki podróży.

WIDEO

player placeholder

Miałem inny plan na urlop

Krzysiek leciał z żoną na Malediwy, Ania z księgowości planowała miesięczny objazd po Stanach Zjednoczonych, a nasz kierownik, Marek, chwalił się wynajętym jachtem w Chorwacji. A ja? Ja miałem na głowie zupełnie inne zmartwienia. Moja czternastoletnia córka, Zosia, od miesięcy prosiła o remont swojego pokoju. Stare meble i dziecięca tapeta z dawno zapomnianej bajki doprowadzały ją do rozpaczy. Obiecałem jej, że w te wakacje zrobimy z tym porządek.

Problem polegał na tym, że materiały budowlane i nowe meble kosztowały fortunę. Żeby spiąć domowy budżet, musieliśmy z żoną zrezygnować z jakiegokolwiek wyjazdu. Wziąłem dwa tygodnie urlopu wyłącznie po to, żeby własnoręcznie zedrzeć tapety, pomalować ściany i położyć nowe panele.

Zobacz także:

Jacek, a wy gdzie w tym roku uderzacie? – zapytał mnie pewnego ranka Krzysiek, siorbiąc gorącą kawę z firmowego kubka.

Zawahałem się. Czułem na sobie wzrok kilku osób. Wstydziłem się przyznać, że moje „wakacje” spędzę w dusznych czterech ścianach mieszkania na parterze, w bloku na osiedlu, z wałkiem do malowania w dłoni.

– My w tym roku postawiliśmy na Włochy – wypaliłem nagle, sam nie wiedząc skąd wziął się ten pomysł. – Toskania. Wynajęliśmy taki mały, kamienny domek z dala od cywilizacji.

– O proszę! – oczy Ani zabłysły. – Pięknie tam jest. Zjecie mnóstwo dobrego makaronu, odpoczniecie. Zazdroszczę ciszy i spokoju.

Uśmiechnąłem się nerwowo i pokiwałem głową. Kłamstwo wyszło z moich ust tak gładko, że aż sam byłem przerażony. Przez kolejne dni musiałem podtrzymywać tę fikcję. Wyszukiwałem w internecie informacje o małych toskańskich wioskach, uczyłem się nazw lokalnych potraw, żeby w razie czego móc rzucić jakimś detalem. Zaplątałem się w tę iluzję tak bardzo, że w piątek, tuż przed moim urlopem, cały zespół życzył mi udanych włoskich wakacji.

Wakacje spędzałem z wałkiem w dłoni

Poniedziałek, pierwszy dzień mojego urlopu, zaczął się o siódmej rano. Zamiast widoku na gaje oliwne, miałem przed oczami odłażącą od ściany tapetę w pokoju Zosi. Ubrałem najstarsze dresy, jakie znalazłem w szafie, i poplamioną koszulkę.

Moja żona poszła do pracy, a córka wyjechała na obóz harcerski. Zostałem sam ze swoimi zadaniami. Otworzyłem okno na oścież, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Nasze mieszkanie znajdowało się na wysokim parterze, tuż przy chodniku prowadzącym do osiedlowego parku. Zwykle trzymaliśmy rolety lekko opuszczone, ale tego dnia było tak duszno, że podciągnąłem je pod sam sufit.

Praca szła opornie. Zdzieranie tapety okazało się koszmarem. Pot lał mi się po plecach, a pył osiadał na twarzy. Po trzech godzinach czułem się tak, jakbym przebiegł maraton. Moje „włoskie wakacje” polegały na zeskrobywaniu resztek kleju i przeklinaniu pod nosem nierównych ścian w bloku z wielkiej płyty.

We wtorek i środę było jeszcze gorzej. Rozpocząłem gruntowanie i malowanie. Cały pokój pokryty był folią malarską. Wyglądałem jak upiór – we włosach miałem zaschnięte krople białej farby, a moje dłonie były szorstkie od pyłu. Nie wychodziłem z domu, żeby przypadkiem nie wpaść na kogoś z biura w osiedlowym sklepie. Wszystkie zakupy spożywcze robiła po południu moja żona. Czułem się bezpiecznie w swojej jaskini, odcięty od świata, w pocie czoła realizując obietnicę daną córce. Nikt z pracy nie miał prawa wiedzieć, co tak naprawdę robię.

Mój sekret się wydał

W czwartek po południu byłem wykończony. Właśnie skończyłem kłaść pierwszą warstwę farby w kolorze brudnego różu, który Zosia sama wybrała. Oparłem się ciężko o parapet przy otwartym oknie, żeby złapać oddech. W ręku trzymałem najzwyklejszą, najtańszą kanapkę z żółtym serem i popijałem ją wodą z kranu. Słońce świeciło mocno, a ulica przed moim oknem była dość pusta. Zapatrzyłem się w dal, przeżuwając kanapkę i myśląc o tym, że jeszcze muszę ułożyć panele. Nagle usłyszałem szczekanie. Spuściłem wzrok i zamarłem.

Tuż pod moim oknem stał radosny, biszkoptowy labrador, który właśnie obwąchiwał pobliski krzak. A obok niego w letnich szortach i okularach przeciwsłonecznych, stał Tomek. Mój kolega z biurka obok.

Zanim zdążyłem odskoczyć w głąb pokoju, Tomek podniósł głowę. Nasze spojrzenia się spotkały. Ja – w poplamionej, dziurawej koszulce, z białą farbą na nosie i kanapką w ustach. On – z zaskoczoną miną, powoli zdejmujący okulary, żeby upewnić się, że wzrok go nie myli.

Cisza trwała może trzy sekundy, ale dla mnie ciągnęła się w nieskończoność.

– Jacek? – zapytał niepewnie Tomek, marszcząc brwi. – Ty nie powinieneś być w Toskanii?

Przełknąłem ciężko kawałek kanapki, o mało się nie dławiąc. Moje myśli pędziły z prędkością światła, szukając jakiejkolwiek wymówki. Może powiem, że lot odwołano? Może skłamię, że musieliśmy wrócić przez nagłą awarię w mieszkaniu?

Ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, Tomek zajrzał przez okno. Zobaczył folię malarską, drabinę, kuwety z farbą i ogólny chaos remontowy.

– Piękna ta twoja Toskania – powiedział powoli, a na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. – Widzę, że mają tam świetne markety budowlane.

– Tomek, ja... to nie tak, jak myślisz – wydukałem w końcu, czując, jak na twarz występuje mi gorący rumieniec.

Chciałem zapaść się pod ziemię. Zniknąć.

Jasne, stary. Nie wnikam – machnął ręką, pociągając lekko smycz labradora. – Miłego malowania. Ciao!

Odszedł, a ja stałem w oknie jeszcze przez kilka minut, wpatrując się w pusty chodnik. Wiedziałem, że jestem skończony. Tomek nie należał do ludzi dyskretnych. Do poniedziałku całe biuro będzie wiedziało o mojej „włoskiej przygodzie”.

Kpili ze mnie w pracy

Reszta urlopu minęła mi w koszmarnej atmosferze. Skończyłem remont pokoju Zosi, ułożyłem panele, skręciłem nowe meble. Córka, po powrocie z obozu, była zachwycona. Rzuciła mi się na szyję, dziękując za najpiękniejszy pokój na świecie. To był jedyny jasny punkt tych dwóch tygodni. W głębi duszy cały czas zżerał mnie stres przed powrotem do biura.

Nadszedł ten dzień. Poniedziałek. Kiedy wszedłem do naszego open space'u, panowała tam nienaturalna cisza. Szedłem do swojego biurka, wbijając wzrok w podłogę.

O, witamy naszego włoskiego podróżnika! – usłyszałem głos Krzyśka.

Podniosłem wzrok. Na moim biurku leżała tania, papierowa mapa Włoch, a obok niej paczka najtańszego makaronu z dyskontu i mały, pluszowy wałek malarski z czerwoną kokardą.

Kilka osób w biurze cicho zachichotało. Tomek siedział przy swoim komputerze, udając, że jest niezwykle zajęty czytaniem maili, ale widziałem, jak kąciki ust drżą mu od powstrzymywanego uśmiechu.

– Jak tam pogoda w Toskanii? – zapytała Ania z sąsiedniego rzędu. – Mocno słońo grzało na parterze?

Usiadłem na swoim krześle. Czułem pieczenie pod powiekami i potężny ucisk w gardle. Zrozumiałem, jak głupie i niepotrzebne było moje kłamstwo. Mogłem po prostu powiedzieć prawdę. Powiedzieć, że robię remont dla córki i oszczędzam. Zamiast tego stworzyłem żałosną iluzję tylko po to, by dopasować się do ludzi, dla których status i egzotyczne wakacje były wyznacznikiem wartości człowieka.

– Było gorąco – odpowiedziałem w końcu cicho, patrząc na paczkę makaronu. – I strasznie duszno. Ale przynajmniej Zosia ma nowy pokój.

Nikt już nic nie powiedział. Żarty się skończyły, a w powietrzu zawisła ciężka, niezręczna cisza. Ludzie wrócili do swoich monitorów. Przez resztę dnia nikt nie zapytał mnie o nic więcej. Stałem się biurowym dziwakiem i kłamcą, z którego można było się pośmiać w kuchni, ale z którym nie warto było wchodzić w głębsze relacje.

Jacek, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: