Sąsiedzi odsądzili moje dzieciaki od czci i wiary. I za co to wszystko? Za moją własną decyzję, z której w dodatku byłam bardzo zadowolona! Aż się wierzyć nie chce, że ludzie potrafią tak bardzo włazić z butami w cudze życie i na dokładkę przeinaczać fakty. Naprawdę by się wstydzili!
WIDEO…
Nie jestem zniedołężniałą staruszką, która musi leżeć, której trzeba zmieniać pampersy. O nie, bardzo daleko mi do takiego stanu, choć nie ukrywam, nogi i plecy już nie te.
Swoje przeżyły i nie pozwalają mi wspinać się po schodach na trzecie piętro, znaczy, nie tak jak dawniej. Za to główka pracuje i nikt ze znajomych ani rodziny nadal nie daje rady mnie pokonać w warcaby. A moje wnuki nauczyły mnie nawet ostatnio grać w gry na komputerze.
Jednak PESEL-u nie oszukasz i coraz częściej tu mnie boli, tam mi strzyka. Zaś przewrotna pamięć, choć podsuwa dawno nieużywane przepisy kulinarne mojej mamy i babci, to szwankuje przy prostych, powtarzalnych czynnościach, na przykład brania rano i wieczorem przepisanych lekarstw.
Córka mnie wspierała
Moje dzieciaki często do mnie wpadały, by pomóc mi w gruntowniejszym sprzątaniu, podrzucić cięższe zakupy czy po prostu spędzić ze mną czas, a jak mieli dłuższą chwilę wolną, zabierali wnuki. No ale wiadomo, jak to jest. To praca, to angielski Damianka, to balet Julki, to choroba zięcia… Nie mogły być u mnie dzień w dzień.
– Mamo, może zatrudnimy kogoś do pomocy? Żeby wpadł codziennie, choć na trochę, dopilnował, sprawdził, pomógł w razie czego. A my i tak będziemy przyjeżdżać, przecież wiesz, tylko bez takiej presji czasu… – córka szukała rozwiązania. – Bo inaczej co? Mam dzwonić, żeby ci przypominać o braniu pigułek? A jak zapomnisz, ledwo się rozłączę? Musi tu ktoś być i mieć cię na oku…
– A daj spokój! – zaprotestowałam. – Ktoś obcy ma mi się po domu kręcić? Nie, nie, dziękuję uprzejmie. Czułabym się nieswojo. Wystarczy mi wasza pomoc. Ale może jakąś rehabilitację bym wycisnęła na fundusz, wtedy troszkę sprawniejsza będę…
Taak… Na fundusz terminy były takie, że mogłabym nie dożyć realizacji skierowania. Humoru mi to nie poprawiło. Toteż ziarno padło na przygotowany wstępnie grunt, gdy usłyszałam o domu opieki, do którego przenosi się moja sąsiadka.
Zawsze w sobotę spotykałyśmy się rano na targu, gdzie kupowałyśmy warzywa i owoce bezpośrednio od rolników, prosto z pól i sadów. Jak było ciepło, siadałyśmy sobie na ławeczce, pod nogami stawiałyśmy torby pełne ziemniaków, jabłek, ogórków czy śliwek, i gadałyśmy jeszcze z godzinkę, grzejąc się na słońcu jak jaszczurki. Często kupowałyśmy lody, ja waniliowe, ona owocowe.
Sąsiadka podsunęła mi pomysł
– Wiesz, kochana, za tydzień to już zakupów tu robić nie będę. Powiem ci, Wandziu, że akurat tego naszego małego rytuału będzie mi brakowało – powiedziała pewnej pięknej soboty, delektując się rożkiem wiśniowym.
– Dlaczego? Co się dzieje? – zaniepokoiłam się.
– Zamieszkam w domu opieki – powiedziała. – Niedaleko, żeby nie tracić kontaktu z rodziną, ale już na targ przychodzić nie będę.
– W domu opieki? Czyś ty zwariowała? W przytułku chcesz się dać zamknąć?!
– Zamknąć? Nikt tam nikogo pod kluczem nie trzyma. No i mają bardzo dobre warunki. Lekarz i pielęgniarki na miejscu, rehabilitant też jest, i duży ogród, a wiesz, jak lubię kopać w ziemi… – całe osiedle wiedziało. Balkon Basi od wiosny do jesieni tonął w kwiatach. – Wokół rówieśnicy i święty spokój. Emerytury mi wystarczy akurat na opłatę za pobyt, a wreszcie przestanę się martwić o posiłki, sprzątanie, zmywanie.
I z tego powodu Basia, całkiem energiczna babeczka po siedemdziesiątce, z własnej woli chce iść do domu starców?! Nie mieściło mi się to w głowie. No ale się uparła i już.
Spodobało mi się tam
Odwiedziłam ją kilka tygodni później i przestałam się dziwić. Mały, ale schludny i przytulny pokoik, smacznie wyglądające jedzenie, ogród jak z bajki, którym zajmowały się co sprawniejsze seniorki, świetlica z telewizorami, pokaźna biblioteczka.
To wyglądało jak kolonie dla seniorów, a nie jak niesławne domy starców pokazywane w reportażach. Nikt tu na nikogo nie krzyczał, nikt nikogo nie głodził, nie przywiązywał do łóżka, a jedna z opiekunek zapytała, czy wolę kawę czy herbatę do tego ciasta, które przyniosłam
dla Basi.
– I co? Sama widzisz, że nikt mi tu krzywdy nie robi, przeciwnie, troszczą się o mnie i czuję się tu naprawdę dobrze. Przeczytałam szesnaście książek, dasz wiarę? Skończyłam z chodzeniem na zakupy, z praniem, gotowaniem, czasem przetrę kurz, jak mi się zachce, ale jak mi się nie chce, to nie muszę, bo ktoś to zrobi za mnie – ciągnęła wyraźnie zadowolona.
– A ja sobie myk, do ogrodu, z Haliną i Zbyszkiem, bo mam tu już własnych znajomych, żeby dosadzić jakichś roślin albo przesadzić te, które się rozrosły za bardzo. Albo na spacerek sobie pójdę. Jak mnie plecy bolą, to nie umawiam się na Bóg wie kiedy do lekarza, tylko pani rehabilitantka przychodzi, żeby mnie pomasować czy inaczej usprawnić. Czuję się zdrowsza, bezpieczniejsza. Mam czas i siły na wizyty wnuków...
Swoją prośbą rozpętałam burzę
Brzmiało to wszystko jak bajka i zaczęłam się zastanawiać, czy i dla mnie nie byłaby to dobra opcja. Gdyby tylko moja emerytura była trochę wyższa… Brakowało mi kilku setek miesięcznie, żeby opłacić tam pobyt.
Zaczęłam się więc rozglądać za innymi domami opieki, które były w zasięgu moich możliwości finansowych, a potem powiedziałam o moim pomyśle córce i synowi. Oni trochę lepiej orientowali się w tych komputerowych wyszukiwarkach, więc chciałam, żeby mi pomogli szukać.
No i rozpętałam burzę.
– Nie oddam rodzonej matki do domu starców! – oburzała się córka. – Po moim trupie! Co ludzie powiedzą, pomyślałaś o tym w ogóle?
– Akurat zdanie obcych to ja mam wiecie, gdzie…
– Mamo, przecież zawsze możesz zamieszkać z nami – wtrącił syn, a synowa pokiwała głową na znak, że się z nim zgadza. – Miałabyś własny pokój, a my byśmy się tobą zajęli.
– Boże, a co ja… dziecko?
Po długiej, niełatwej rozmowie chyba pojęli, że nie chodzi o to, żeby zrzucić na nich opiekę nade mną, kiedy nastaną gorsze lata starości. Po pierwsze, miałam swoją dumę, a po drugie, chciałam miło spędzać czas, jak Basia.
Owszem, kwestia wyręki w codziennych, prozaicznych czynnościach była ważna – nie stawałam się młodsza i zakupy, sprzątanie, pranie wymagały ode mnie coraz większego wysiłku – ale też po prostu kusiło mnie byczenie się całymi dniami, czytanie, pogawędki z ludźmi, którzy byli w moim wieku i przeżywali to samo co ja.
Syty głodnego nie zrozumie, podobnie młody starego. Mogłabym pomagać Basi w pielęgnowaniu ogródka, chodzić w swoim własnym tempie na spacery, a z wnukami nadal grałabym w warcaby, gdyby przyszły do mnie w odwiedziny.
Tereska z ciężkim westchnieniem ustąpiła.
– Skoro tak ci zależy... Co do brakującej kasy… twoje mieszkanie będzie stało puste, więc można je wynająć i fundusze się znajdą. Również na dodatkowe zabiegi, w razie czego.
– O, widzisz, o takim prostym rozwiązaniu nie pomyślałam – ucieszyłam się. – Dziękuję, córeczko.
Ekscytowałam się przeprowadzką. Tyle lat mieszkałam w jednym miejscu, że czułam się tak, jakbym w nie wrosła. Ale wcale nie byłam przerażona czy zasmucona perspektywą przenosin. Nie mogłam się doczekać!
To była inna starość
Szybko przywykłam do mojego nowego życia. Ciało odpoczywało od codziennych, męczących czynności, choć ćwiczenia i spacery utrzymywały je w stosunkowo dobrej formie. Spędzałam mnóstwo czasu na świeżym powietrzu, a gdy pogoda się psuła, czytałam książki, nadrabiając wieloletnie zaległości.
Lubiłam posiedzieć w fotelu przy oknie, z kocem na kolanach, dobrą książką w ręce i gorącą herbatą na stoliczku. Albo pograć w karty w świetlicy.
Współmieszkańcy okazali całkiem sympatyczni, a tego się trochę obawiałam, że będę albo nachalni, albo marudni. Nawet moje dzieci, sceptycznie nastawione do tego pomysłu, szybko zauważyły, że jestem zadowolona, zrelaksowana, a personel traktuje nas z troską i szacunkiem.
Tylko wnuk przytulił się kiedyś i zapytał, prawie płacząc:
– Babciu, ale ty nie umrzesz, prawda? Nie umrzesz tutaj, zaraz czy jutro?
– Damianku, dziecko, co ty opowiadasz? Przecież widzisz, że mam się dobrze. Zamierzam na twoim weselu zatańczyć, więc na pewno zaraz ani jutro nie umrę. Skąd ten pomysł w ogóle?
Damian się wygadał, że pojechał z mamą po czynsz za moje wynajęte mieszkanie, no i sąsiadki zaczepiły ich i zaczęły wypytywać, jak się miewam. A potem wytykać Teresce, jak mogła oddać matkę do domu starców, do tej umieralni, z której wyjadę już tylko na cmentarz, nogami do przodu, a ona moje mieszkanie wynajmuje, żeby zyski z tego ciągnąć.
Zdenerwowałam się
Sama miałam wątpliwości, gdy Basia powiedziała mi o domu opieki, ale przecież nie obwiniałam o nic jej rodziny. Jak te wrony, te kwoki mogły coś takiego sugerować, dziecko mi obrażać, wnuka straszyć? Może Damianek źle coś zrozumiał…? Niestety nie. Teresa, przyciśnięta do muru, potwierdziła wersję małego.
– I wybacz, mamo, wiem, że miałam sprawdzać, co i jak, ale chyba więcej tam nie pójdę. Niech mi kasę na konto przelewają. Nie chciałam cię denerwować, więc nic nie mówiłam, ale nie pali mi się, by co miesiąc wysłuchiwać, jaka ze mnie wyrodna córka.
Byłam wściekła na sąsiadki. Owszem, żyłyśmy w jednym bloku i znałyśmy się od wieków, ale to ich nie upoważniało do krytykowania moich wyborów i, co gorsza, do zarzucania mojej córce jakichś zmyślonych grzechów.
Sama wybrałam dla siebie ten pensjonat spokojnej starości. Były jednak rodziny, które sytuacja zmuszała do takiej decyzji. Na przykład panią Zosię córka mogła odwiedzać tylko raz w miesiącu.
Jako samotna matka pracowała na dwa etaty, żeby utrzymać dzieci i chorą mamę, która już niemal nie wstawała. Miejsce w porządnym domu opieki było najlepszym, co mogła jej zapewnić, a i ona pewnie nieraz się nasłuchała, jaką to jest niewdzięczną córką. Łatwo mówić i oceniać, nie będąc na cudzym miejscu. Niemniej po osobach, które znały mnie od lat, spodziewałam się większego wyczucia i zrozumienia.
Wanda, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamiast na Kretę pojechaliśmy do marketu budowlanego. Szybko pożałowałam remontu kuchni w wakacje”
- „Myślałam, że za spadek w końcu kupimy wymarzony dom. Teściowa stwierdziła, że jesteśmy zbyt rozrzutni”
- „Syn powiedział, że oddaje mnie do domu starców tylko na próbę. Po 5 latach przestałam się łudzić, że mnie stąd zabierze”



























