Miałem ostatnio dużo stresu. Najpierw rozwód, potem nieprzyjemności w pracy. Za radą ciotki, postanowiłem odpocząć i zrobić coś dla siebie.
WIDEO…
– To, mój kochanieńki, wszystko nerwy – orzekła cioteczka, informowana przez moją córkę o fatalnej kondycji, w jakiej się znalazłem. – Najpierw przeżywałeś rozwód. A potem w pracy miałeś kłopoty. Asia mi wszystko opowiedziała, musiałeś zwalniać ludzi. Takie rzeczy nie spływają po człowieku jak woda po kaczce. Niby wyglądasz, jakby nic nie robiło na tobie wrażenia, ale to tylko pozory.
Próbowałem zaprotestować, lecz ciotka nie dopuściła mnie nawet do głosu.
– Jak chcesz jeszcze trochę pożyć, to zajmij się sobą. Zrób to, o czym od dawna marzysz, ożeń się albo jedź w podróż dookoła świata. To cię wyleczy. Uwierz starej ciotce. Znam cię lepiej, niż myślisz. Robisz się coraz bardziej podobny do swego stryja, a ja przez czterdzieści lat przejrzałam go na wylot. Też był nerwus, choć nikt w to nie wierzył. I dlatego tak młodo umarł…
– Miał siedemdziesiąt cztery lata – zaprotestowałem nieśmiało.
– No to co? Jego ojciec dożył dziewięćdziesiątki. Kazio miał dobre geny, tylko się nie oszczędzał. Z tobą, jak się nie opamiętasz, będzie tak samo. Mówię ci, kochany!
Kupiłem kawałek ziemi
Rada stryjenki, żebym zrobił to, na co mam ochotę, jakoś łatwo trafiła mi do przekonania. Pewnie dlatego, że od dawna już myślałem o kupieniu kawałka ziemi, ale konkretne działania odkładałem z tygodnia na tydzień. Teraz okazja sama weszła mi w ręce. Za niewielkie pieniądze kupiłem pół hektara gołego pola pod lasem, 60 kilometrów od Warszawy. Kiedy własnoręcznie wykopałem 30 metrów kwadratowych piwnicy pod przyszłą chałupę, poczułem się jak nowo narodzony.
U sąsiada w obejściu stał niewielkich rozmiarów chlewik z bali. Spodobał mi się, uznałem że to coś, czego mi potrzeba. Sąsiad bez żalu pozbył się niepotrzebnej budowli, dołożył jeszcze starą dachówkę, która leżała na kupie w jakimś zakamarku gospodarstwa. W następnym sezonie trzydziestometrowy apartament był gotów.
Wybudowałem stół, dwa łóżka, blat kuchenny, a nawet niewielką szafę. No i zamierzałem jeszcze położyć tę moją zdobyczną dachówkę. Wziąłem dwa tygodnie urlopu i zabrałem się do roboty. Dobrze mi szło. Znam się trochę na takiej robocie, bo wychowałem się na wsi, a tam trzeba umieć radzić sobie samemu.
To był moment nieuwagi
Pokrycie dachu zajęło mi tydzień, pozostały już tylko niewielkie poprawki. Po obiedzie, który składał się z kiełbasy, kiszonych ogórków i chleba, ponownie wlazłem na rusztowanie. Słońce paliło, od papy buchał prawdziwy żar. Źle postawiłem nogę, a może za bardzo się wychyliłem…
W pierwszej chwili trudno mi było zidentyfikować to coś ciepłego i mokrego, co szorowało po mojej twarzy. Z trudem otworzyłem oczy. Nade mną wisiał potwór o wielkim czarnym nosie i różowym ozorze. Kiedy zorientował się, że na niego patrzę, cofnął się i wydał z siebie niski, gardłowy dźwięk. W odpowiedzi usłyszałem głos, tym razem ludzki, który wołał psa.
Usiadłem, ale coś mnie zabolało.. Zanim jednak zdążyłem się na dobre przestraszyć, ktoś się nade mną pochylił. Kobieta.
– Bogu dzięki, jest pan przytomny, jak się pan czuje? Wzywamy pogotowie czy wsiądzie pan do samochodu? – spytała.
– Niee – mruknąłem, niezbyt zadowolony. – Posiedzę chwilę i przejdzie.
– Mowy nie ma! – odpowiedziała moja samozwańcza opiekunka. – Widziałam, z jakiej wysokości pan spadł. Proszę się nie kłócić. Wiem, co mówię, jestem lekarką.
– To czemu mnie pani nie leczy, tylko gada i gada? – warknąłem.
Nie wydawała się być specjalnie urażona moją odzywką. Dopiero teraz przyjrzałem się jej uważniej. Koło czterdziestki, niewysoka, szatynka. Całkiem zwyczajna. Pojechaliśmy moim samochodem.
Ona prowadziła, a ja skupiałem się na tym, żeby nie oddychać. W drodze gadała o sobie. Jest siostrą tego inżyniera, który ma działkę pod lasem. On wyjechał z żoną na dłużej za granicę, a ona obiecała bratu doglądać posiadłości.
– Przyjechałam wczoraj wieczorem i jak na razie udało mi się dojrzeć, jak spada pan z dachu – zerknęła na mnie i uśmiechnęła się ładnie, tak jakoś ciepło.
– Uważam, że to niezłe osiągnięcie, w końcu nie spadam na zawołanie – odgryzłem się i przeszedłem do ataku: – Co z pani za lekarz, że musi mnie pani wieźć do szpitala? Pewnie ginekolog, jeśli tak, to rzeczywiście niewiele mam w sobie interesujących panią narządów.
– Ma pan nawet dwa, a raczej dwoje…
Byłem zły na siebie
W powiatowym szpitalu po opukiwaniach, prześwietleniach, i diabli wiedzą czym jeszcze, okazało się, że jeśli nie liczyć dwóch pękniętych żeber, jestem zdrów jak ryba. Doktor kazał mi się ciasno obandażować i czekać, aż się zrośnie.
Zmarnowany urlop! W takim stanie niewiele zdołam już zrobić, a miałem właśnie zacząć budować kominek. Dobrze chociaż, że to, co robiłem teraz na dachu, to była już tylko kosmetyka i nie grozi mi zalanie.
– Może da się pani namówić na jakąś kolację, tu jest taka niewielka knajpka, dają niezłe pierogi – zaproponowałem mojej opiekunce, dzięki której pobyt w szpitalu trwał zaledwie dwie, a nie sześć godzin.
Nie kazała się długo prosić, przedtem tylko pojechaliśmy do apteki, gdzie kupiła wór bandaży i proszki przeciwbólowe.
– Może mówmy sobie po imieniu – zaproponowała, gdy tylko usiedliśmy przy stoliku. – Jestem Krystyna.
– A więc doktor Krysia, okulistka… – w końcu rozwiązałem zagadkę, którą mnie uraczyła na wstępie. – Ja mam na imię Tadeusz. Uprzedzam, że gdybyś mnie miała leczyć, umarłabyś z głodu. Wzrok mam wprost perfekcyjny.
– Nie martw się, pacjentów mi nie brakuje. I to coraz młodszych…
Polubiłem ją
Podczas kolacji było naprawdę miło i jakoś tak, jakbyśmy się znali od lat.
– Wpadnę do ciebie jutro rano – powiedziała, kiedy żegnaliśmy się przed moim domem.
– Weź sobie dwie tabletki przeciwbólowe na noc i przywiąż do poręczy łóżka sznur, bo będzie ci trudno wstawać.
Zlekceważyłem, oczywiście, obie te sugestie. Niesłusznie. Niełatwo było się położyć, choć w końcu jakoś poszło. Tyle że budziłem się przy każdym, najmniejszym ruchu. Postanowiłem więc wstać i wziąć te nieszczęsne proszki.
Jak się potem okazało, pani doktor ma znacznie więcej zalet, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Jest przyjemną kompanką, śliczną i pełną temperamentu kobietą, i robi rewelacyjne leczo.
Zapytałem ciocię, czy wezwała mnie wiosną ubiegłego roku z powodu proroczego snu, bo wszystko sprawdziło się, co do joty. W przyszłym tygodniu idziemy z Krysią do cioteczki na podwieczorek, zżera ją przecież ciekawość.
Tadeusz, 49 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Odmówiłem spłaty długów dorosłego syna. Rodzina uznała mnie za skąpca i egoistę, ale nie znali całej prawdy”
- „Całą emeryturę oddawałam dzieciom. Kiedy sama potrzebowałam pomocy, nikt nie dał mi choćby złotówki”
- „Mąż płakał, że nie mamy na czynsz, a ja na koncie ukrywałam fortunę ze spadku. Sam jest sobie winien”



























