Z moją Stasią jesteśmy małżeństwem prawie pół wieku! Za rok będzie równe pięćdziesiąt lat. Poznaliśmy się, gdy miałem 22 lata i właśnie wróciłem z wojska. A ona zamieszkała w sąsiedniej miejscowości. Kiedy ją zobaczyłem na zabawie, od razu wiedziałem, że nie oddam jej nikomu

WIDEO

player placeholder

Szybko wzięliśmy ślub

Chodziłem koło niej, chodziłem i wychodziłem, choć konkurentów mi nie brakowało. Stasia piękna była jak marzenie, więc kręciło się wokół niej wielu kawalerów. Bogatszych, a może i przystojniejszych ode mnie. Ale ona wybrała właśnie mnie. Po czterech miesiącach znajomości poprosiłem ją o rękę, a niedługo potem odbył się nasz ślub. Wszyscy dziwili się, że tak szybko, niektórzy podejrzewali nawet, że Stasia jest w ciąży. Nic z tego. Tak bardzo marzyliśmy o tym, by być razem, że nie chcieliśmy czekać dłużej, niż ksiądz proboszcz wymagał. Czuliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni.

Jaka z niej cudna panna młoda była. Miała taką długą, białą suknię z welonem. Szyła ją najlepsza krawcowa w okolicy. Przez tydzień  mama Stasi, jej ciotki i sąsiadki gotowały smakołyki. Dwa dni goście się bawili. W tamtych czasach ludzie mówili, że jak na weselu sztachety nie pójdą w ruch, to młodzi przez całe życie będę ze sobą wojować. U nas poszły, więc przepowiadano nam szczęśliwą przyszłość.

Zobacz także:

Początki nie były łatwe

Ani moi rodzice, ani Stasi nie mogli nam pomóc. Bo i jak? U niej pięcioro rodzeństwa, u mnie czworo. Rodzice się zapożyczyli, żeby nam weselisko wyprawić. Byliśmy zdani tylko na siebie. Wiedzieliśmy, że na wsi nie ma dla nas przyszłości, ruszyliśmy więc do miasta. Szybko znaleźliśmy pracę w mleczarni, ale nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wynajęliśmy pokój u jednej starszej pani. Stała w nim rozpadająca się wersalka, kolebiący się ze starości stół i krzesła, z których wypadały nogi. Cóż… Stasia powiesiła firanki w oknach, na parapecie ustawiła doniczki z pelargoniami. Ja naprawiłem stół i krzesła. No i rozpoczęliśmy wspólne życie. A że biednie? To było nieważne. Liczyło się tylko to, że byliśmy razem i mieliśmy dach nad głową.

Nasze szczęście nie trwało długo. Kiedy dwa lata później urodziła się nam córeczka, Irenka, starsza pani wyrzuciła nas na bruk. Denerwował ją płacz dziecka, pieluchy wiszące w łazience. Przez następne dwanaście lat tułaliśmy się po różnych wynajmowanych pokojach, zanim dostaliśmy klucze do własnego, spółdzielczego M. Już nie z jednym dzieckiem, ale z dwojgiem, bo po Irence przyszedł na świat Piotruś. Czasem zmienialiśmy mieszkanie dwa razy do roku, więc nawet rzeczy nie rozpakowywaliśmy. Tyle tylko, co potrzebne na teraz. A reszta, w pudłach i walizkach. Mimo to nie załamywaliśmy się. Zaciskaliśmy zęby i parliśmy do przodu. Teraz to nadziwić się nie mogę, jak myśmy temu wszystkiemu podołali. Kiedyś zapytałem nawet o to Stasię.

Zawsze byliśmy zgodni

O tym samym myśleliśmy, marzyliśmy i różnic między nami żadnych nie było. Zawsze byliśmy razem. Jak dwa zgodne konie, co jeden wóz ciągną – odparła z uśmiechem. Faktycznie tej zgody to wszyscy nam zazdrościli. Dziwili się, że mimo przeciwności losu żadnych awantur u nas nie ma. To im tłumaczyłem, że jeśli jedno szanuje drugie, pomaga, wspiera, to zgoda jest. I siła do walki o lepszą przyszłość. A to w każdej rodzinie najważniejsze.

I dzieci od małego powinny to wiedzieć. Nasze wiedziały. I nie tylko to. Wszystkiego ich chyba nauczyliśmy. Taki dumny jestem, że udało nam się je wykształcić i wychować na ludzi. Dziś mają już swoje życie, własne, dorosłe lub prawie dorosłe dzieci. Ale nie zapominają o nas starych. Odwiedzają nas regularnie. A ludzie znowu nam zazdroszczą. Bo ich bliscy nie mają dla nich czasu, nie pamiętają o nich…

Martwię się, co będzie

Czy jestem szczęśliwy? W zasadzie tak. Mam wszystko, o czym w życiu marzyłem. Ukochaną kobietę u boku, rodzinę. Tylko z jednym nie mogę się pogodzić. Że Bóg odbiera nam zdrowie. Ja wiem, że taka jest kolej rzeczy, że na tym polega starość. Ale złość mnie bierze, że teraz, gdy odchowaliśmy już dzieci, wnuki i wreszcie moglibyśmy żyć tylko dla siebie, spełniać marzenia, to nie czujemy się już tak silni jak kiedyś.

Ze mną nie jest jeszcze aż tak źle. Mimo że mam ponad siedemdziesiątkę na karku, krzepy mi nie brakuje. Ale Stasia niedomaga. Coraz częściej narzeka, że bolą ją stawy, kręgosłup. Na dodatek od pewnego czasu zapomina o różnych rzeczach. Kiedyś miała znakomitą pamięć. Nigdy niczego nie zapisywała. Wiedziała, kiedy dzieci mają wywiadówki w szkole, pamiętała o imieninach naszych bliskich, o każdym spotkaniu, sprawie do załatwienia. Nieraz zastanawiałem się, jakim cudem nie gubi się w tym wszystkim. A teraz? Jest już inaczej.

– Witek, co się ze mną dzieje? – zapytała któregoś dnia.

– Nic, Stasiu, w naszym wieku takie rzeczy się zdarzają – starałem się bagatelizować problem. 

Nigdy jej nie zostawię

Martwię się o Stasię. Na pierwszy rzut oka zachowuje się tak jak dawniej. Gdy odwiedzają nas dzieci i wnuki śmieje się, dowcipkuje. Ktoś mógłby nawet pomyśleć, że nie przejmuje się swoim stanem. Ale ja dobrze ją znam. Wiem, że się gryzie się tym, że przyszła starość i nie można tego cofnąć.

– Słuchaj, Witek, obiecaj mi, że jak będzie ze mną już bardzo źle, to oddasz mnie do domu opieki – powiedziała mi kilka dni temu.

– O czym ty w ogóle mówisz? – zdenerwowałem się.

Nie gniewaj się. Nie chcę siedzieć ci na głowie, zatruwać życia…

– Nie ma mowy. Zrobię dla ciebie wszystko, tylko nie to – przerwałem jej.

– Ale dlaczego? Tak będzie lepiej…

– Wcale nie! Przysięgałem, że będę z tobą na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. I dotrzymam słowa – odparłem.

Za rok nasze Złote Gody. Dzieci już zapowiedziały, że zorganizują nam wielkie, uroczyste przyjęcie. Przyjdą bliscy, także znajomi… Mam nadzieję, że Stasia dotrwa do tej uroczystości w dobrym zdrowiu. Usiądziemy przy stole ze wszystkimi, pośmiejemy się i powspominamy te wspólnie spędzone pięćdziesiąt lat. Tak szybko minęły. Nawet nie zauważyłem kiedy…

Witold, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: