Kiedy planowaliśmy tegoroczny urlop na Krecie, Tomek zaproponował, żebyśmy zrezygnowali z hotelu z opcją all inclusive. Argumentował to bardzo racjonalnie. Mówił, że jedzenie w hotelach jest monotonne, że narzuca nam sztywne godziny posiłków i że o wiele lepiej będzie wynająć uroczy apartament z aneksem kuchennym.

WIDEO

player placeholder

Zgodziłam się bez wahania

Mieliśmy kupować świeże, lokalne produkty na targu, cieszyć się śródziemnomorskim klimatem i gotować razem, popijając kawę na naszym prywatnym tarasie z widokiem na morze. Wyobrażałam sobie te poranki, kiedy w zwiewnej sukience kroję soczyste pomidory, a w tle szumią fale. Wyobrażałam sobie wieczory, kiedy na stole ląduje świeża ryba prosto od rybaka, skropiona cytryną i oliwą.

Brzmiało to jak scenariusz z romantycznego filmu. Nie wzięłam tylko pod uwagę jednego, bardzo istotnego szczegółu. W tym scenariuszu to ja byłam reżyserem, scenografem i głównym wykonawcą, a mój mąż przewidział dla siebie rolę widza z loży VIP.

Zobacz także:

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło już drugiego dnia. Obudziliśmy się rano, słońce wpadało przez okiennice, było idealnie. Przeciągnęłam się na łóżku, czekając na ten moment, w którym schodzimy do hotelowej restauracji, gdzie ktoś podsuwa mi pod nos kawę i świeżo wypiekane rogaliki. Zamiast tego usłyszałam burczenie w brzuchu Tomka.

– Co robimy na śniadanie? – zapytał, przecierając oczy i sięgając po telefon. – W lodówce mamy tylko wodę.

Poszłam do sklepu

Z westchnieniem ubrałam się i poszłam do pobliskiego sklepu. Kiedy wróciłam, objuczona siatkami z chlebem, jajkami, serem i warzywami, Tomek siedział już na tarasie i przeglądał wiadomości ze świata. Zrobiłam jajecznicę. Zjadł, podziękował i poszedł wziąć prysznic. A ja zostałam z patelnią, talerzami i sztućcami, które trzeba było umyć w mikroskopijnym zlewie, używając gąbki, która pamiętała chyba poprzednich lokatorów.

Z każdym dniem mój frustrujący obowiązek rósł w siłę. Zamiast leżeć na plaży i czytać książkę, w głowie układałam listy zakupów. Kiedy szliśmy na spacer, nie podziwiałam widoków, tylko rozglądałam się za dobrze zaopatrzonym supermarketem, w którym dostanę sól, pieprz i oliwę, bo w naszym cudownym apartamencie nie było absolutnie żadnych przypraw.

Każdy obiad wymagał logistyki. W wynajętej kuchni mieliśmy do dyspozycji jeden tępy nóż, który bardziej miażdżył pomidory niż je kroił, dwie porysowane patelnie i deskę do krojenia wielkości zeszytu. Gotowanie w takich warunkach przypominało walkę o przetrwanie.

Nie pomagał mi

Podczas gdy ja obierałam czosnek, roniąc łzy nad tępym ostrzem, Tomek zazwyczaj ucinał sobie popołudniową drzemkę albo relaksował się na leżaku.

– Może dzisiaj wyskoczymy do jakiejś tawerny? – zapytałam z nadzieją czwartego dnia.

– Kochanie, przecież po to wzięliśmy apartament z kuchnią, żeby nie przepłacać w knajpach. Zrobiłaś wczoraj takie pyszne spaghetti. Zostało jeszcze trochę makaronu, dorzucisz jakieś warzywa i będzie super. Szkoda kasy na restauracje, kiedy ty tak świetnie gotujesz.

Jego komplementy były jak sprytna pułapka. Czułam, że z jednej strony mnie docenia, ale z drugiej – zrzuca na mnie cały ciężar naszego wyżywienia. Chciałam odpocząć. Chciałam, żeby ktoś mi podał posiłek, żebym nie musiała myśleć o tym, czy zdążę rozmrozić mięso i czy mamy wystarczająco dużo płynu do naczyń. Zamiast czuć się jak na wakacjach, czułam się jak w domu, tylko w znacznie gorszych warunkach i przy temperaturze trzydziestu pięciu stopni.

Zrobiłam moussakę

Apogeum mojego zmęczenia nadeszło w połowie wyjazdu. Chciałam zrobić niespodziankę i przygotować prawdziwą, grecką moussakę. Spędziłam przedpołudnie na poszukiwaniu odpowiedniego mięsa mielonego, świeżych bakłażanów i ziemniaków. Przepis wydawał się prosty, ale w warunkach polowych okazał się koszmarem.

Kuchnia nagrzała się od piekarnika tak bardzo, że pot lał mi się po plecach. Musiałam smażyć plastry bakłażana partiami na małej patelni, co zajęło mi ponad godzinę. Potem przygotowanie beszamelu w garnku o zbyt cienkim dnie, który co chwilę przypalał mleko. Stałam przy kuchence, mieszając sos, z włosami przyklejonymi do czoła, podczas gdy z tarasu dobiegał radosny śmiech mojego męża, który właśnie rozmawiał przez telefon ze swoim bratem, opowiadając, jak wspaniale i beztrosko spędzamy czas.

Zacisnęłam zęby. Włożyłam naczynie do piekarnika i poszłam wziąć szybki prysznic, żeby zmyć z siebie zapach tłuszczu i potu. Byłam wykończona. Zamiast opalenizny dorobiłam się oparzenia na nadgarstku od pryskającego oleju.

Skrytykował danie

Kiedy wreszcie wyjęłam moussakę, wyglądała naprawdę dobrze. Zapach rozszedł się po całym apartamencie. Nakryłam do stołu na tarasie, zapaliłam świeczkę. Czułam dumę, że mimo przeciwności losu udało mi się stworzyć coś tak skomplikowanego. Tomek usiadł do stołu, zatarł ręce i nałożył sobie solidną porcję. Patrzyłam na niego z wyczekiwaniem. Wziął pierwszy kęs, przeżuł powoli. Jego twarz nie wyrażała jednak tego zachwytu, na który liczyłam.

– I jak? – zapytałam.

Tomek wziął łyk z kieliszka, pokroił kolejny kawałek i wzruszył ramionami.

– Trochę słone, nie sądzisz? I ten bakłażan jakiś taki… gumowaty. Szczerze mówiąc, mogliśmy po prostu iść na gyrosa na róg. Mniej zachodu, a przynajmniej zjadłbym coś, co ma wyraźny smak.

Spojrzałam na swój talerz, potem na niego. Moja duma, moje zmęczenie, te wszystkie godziny spędzone w dusznej kuchni, podczas gdy on leżał do góry brzuchem – to wszystko spłynęło na mnie w jednym ułamku sekundy.

Byłam wściekła

Odłożyłam widelec.

– Słone? – zapytałam. – Gumowaty bakłażan? Mniej zachodu?

Tomek spojrzał na mnie z zaskoczeniem, chyba dopiero teraz orientując się, że stąpa po bardzo kruchym lodzie.

– No kochanie, nie denerwuj się. Doceniam, że się starałaś, po prostu mówię, jak jest. Następnym razem dodaj mniej soli.

– Następnego razu nie będzie – powiedziałam, wstając od stołu. – Przez ostatni tydzień byłam twoją darmową kucharką, sprzątaczką i zaopatrzeniowcem. Miały być wakacje, a ja jestem bardziej zmęczona niż przed wyjazdem. Stałam w tej nagrzanej kuchni przez trzy godziny, żebyś ty mógł powiedzieć, że wolałbyś gyrosa za pięć euro?

– Beata, przesadzasz. Przecież ustaliliśmy, że gotujemy w domu, żeby oszczędzić…

– Ustaliliśmy? – parsknęłam gorzkim śmiechem. – Ustaliliśmy, że ty będziesz oszczędzał, a ja będę gotować. Pokaż mi, co ty ugotowałeś przez ten tydzień. Zaparzyłeś chociaż raz herbatę? Umyłeś jeden talerz, nie proszony o to trzykrotnie?

Miarka się przebrała

Tomek milczał. Wiedział, że mam rację, ale jego męska duma nie pozwalała mu się do tego przyznać.

– Wiesz co? Jedz sobie tego słonego bakłażana. Albo idź na gyrosa. Mnie to już nie interesuje. Od jutra do końca wyjazdu nie dotknę żadnego garnka. Nawet palcem nie tknę tej kuchni. Jeśli chcesz jeść w apartamencie, sam idziesz na zakupy, sam gotujesz i sam zmywasz. A ja idę na plażę.

Zostawiłam go przy stole z nietkniętym posiłkiem. Weszłam do sypialni, zamknęłam za sobą drzwi i po raz pierwszy od początku tych wakacji poczułam prawdziwą ulgę. Resztę urlopu spędziliśmy w napiętej atmosferze. Tomek przez dwa dni próbował udowodnić mi, że świetnie radzi sobie w kuchni, co skończyło się przypalonymi tostami i stertą brudnych naczyń w zlewie.

Trzeciego dnia bez słowa zaprosił mnie do restauracji. Jedliśmy owoce morza, piliśmy wino, a ja nie musiałam martwić się o to, kto po tym wszystkim posprząta. Jedno wiem na pewno. Za rok, choćbyśmy mieli jeść tylko suchy chleb i popijać go wodą, w naszej ofercie wakacyjnej nie będzie słowa „aneks kuchenny”. Mój limit poświęcenia dla oszczędności został definitywnie wyczerpany.

Beata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: