Prostytutka fot. Adobe Stock

„Zostałam prostytutką, żeby zarobić na leczenie synka. Wstydzę się tego, ale dzisiaj zrobiłabym tak samo”

Wiem, że to, co robiłam, nie przynosi chwały kobiecie. Ale nie widziałam innej drogi, by ratować dziecko. Najważniejsze, że mój syn wraca do zdrowia.
/ 15.09.2020 06:53
Prostytutka fot. Adobe Stock

Krzysiek? – zamarłam, nie wierząc własnym oczom. Na szerokim hotelowym łóżku leżał… mój kolega z liceum. Choć nie widzieliśmy się od lat, to nie mogłam się mylić.
– Kasia? – podniósł się natychmiast i speszony zaczął zapinać koszulę.
Boże, nie, to nie mogła być prawda. Poczułam, jak łzy żalu i wstydu napływają mi do oczu. Chciałam odwrócić się, uciec, wybiec z tego hotelu, ale… Nie mogłam. Nie wiedziałam, co robić. Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przytrafiło.
– Uspokój się, już dobrze… – Krzysiek stanął przy mnie, objął mnie, usiłował pocieszyć i uciszyć. Stałam i szlochałam w głos, uświadamiając sobie, co się właśnie stało…

Zamówił mnie biznesmen, który tego wieczoru przyjechał do Warszawy z odległego krańca Polski. Przez telefon wyznał, że nigdy wcześniej nie robił „tego” z prostytutką, że trochę się wstydzi, obawia… Uspokoiłam go, że przy mnie nie stanie mu się krzywda. I co? Nie poznałam przez telefon głosu Krzyśka. W efekcie dowiedział się koszmarnej prawdy o mnie. I to w najgorszy z możliwych sposobów. Och, chciałam zapaść się pod ziemię.
– Dlaczego, jaki jest powód… – usiłował wyciągnąć ode mnie przyczynę, dla której zostałam prostytutką. Usiedliśmy na łóżku, on trzymał mnie za rękę, ja zaś ocierałam łzy i cofałam się wspomnieniami niemal rok wstecz, kiedy…

… kiedy cieszyłam się, że moje życie, tak dotąd skomplikowane i trudne, wreszcie zaczęło się układać. Po tylu latach pracy byle gdzie i za byle jakie pieniądze, otrzymałam etat w urzędzie. Dla mnie, samotnej matki z nieślubnym ośmiolatkiem, którego ojciec przepadł gdzieś w pomroce dziejów, był to prawdziwy sukces. Przydała się matura i pomoc mamy, która zajęła się przed laty małym Michałkiem, bym mogła skończyć szkołę administracji. Teraz to miało procentować: spokojna praca, pewna pensja, osiem godzin, jakieś perspektywy na stabilizację…

I wtedy nastąpił pierwszy cios – choroba małego. Ostra białaczka szpikowa. Niemal od razu rozpoczęto chemioterapię. Jednak pomiędzy poszczególnymi blokami chemii pojawiły się komplikacje neurologiczne.

To, co niszczyło nowotwór, omal nie zabiło mi dziecka. Michał zakaził się gronkowcem, istniało zagrożenie posocznicą. Do tego doszło zapalenie węzłów chłonnych. Jakby było mało, szpik mojego syna walczył z jakimś wirusem. Wpadłam w histerię, gdy pewnego dnia Michał obudził się, nie widząc na jedno oko. Okazało się, że to porażenie nerwów. Wzrok udało się przywrócić, ale lekarze bezradnie rozkładali ręce. Pomóc mogło tylko specjalistyczne leczenie za pomocą eksperymentalnego leku. Niestety, lek ten nie był jeszcze zarejestrowany w Polsce. Musiałabym ubiegać się o indywidualną zgodę ministerstwa. Mało tego – także i metoda leczenia, która usunęłaby wszelkie objawy porażenia nerwów u syna, również była nieznana w naszym kraju. Lekarz doradził, bym wystąpiła do ministerstwa o pokrycie kosztów leczenia za granicą. Nadzieja wstąpiła w moje serce, lecz szybko zgasła.
– Z doświadczenia wiem, że takie formalności będą długo trwały. A pani nie ma czasu, syn tym bardziej – powiedział doktor. – Powinna pani na własną rękę zdobyć środki na to leczenie.

Ale skąd miałam nagle wziąć niemal 70 tysięcy złotych?! Tyle bowiem potrzebowałam, by w Szwajcarii, z użyciem nowej metody i nowych leków usunąć te neurologiczne zaburzenia i poprawić stan dziecka. A to był warunek konieczny ku temu, by kontynuować chemioterapię. W przeciwnym razie Michał nie miał szans. Żadnych.

Myślałam, że wyczerpałam wtedy limit na nieszczęścia, ale nie. Moja mama tak się gryzła chorobą wnuka, że w końcu jej organizm tego nie wytrzymał. Pewnego okropnego niedzielnego poranka już się nie obudziła. To był wylew krwi do mózgu. Dla mnie kolejny cios. Zostałam sama z ciężko chorym dzieckiem, bez wsparcia z żadnej strony.
– Pracujesz, więc weźmiesz kredyt, uratujesz go – doradzały koleżanki z pracy. W banku dowiedziałam się, że mogę pożyczyć 40 tysięcy złotych, ale jedynie wtedy, gdy podpiszę umowę o pracę na czas nieokreślony.

Pobiegłam do kierowniczki na rozmowę. Na umowę bezterminową miałam szansę dopiero za trzy miesiące. Miałam jednak nadzieję, że przełożona zgodzi się, by skrócić ten okres. W końcu sprawdziłam się w pracy i była ze mnie zadowolona. Poza tym chodziło o życie mojego dziecka i liczył się dosłownie każdy dzień.
– Przykro mi, ale to niemożliwe, skoro będzie Pani chodzić więcej na zwolnienia niż do pracy – nie mogłam uwierzyć w to, co od niej usłyszałam. Tym samym skazywała moje dziecko na śmierć. Boże, w imię czego?
– Obowiązują mnie jasne kryteria w tych sprawach i ja ich nie zmienię – obstawała twardo przy swoim.
Wróciłam do domu kompletnie rozbita. W jednej chwili czyjaś decyzja sprawiła, że straciłam chęć do życia. Nie mieściło mi się w głowie, jak kierowniczka mogła ze mną tak postąpić? Czemu miało to służyć?

Wieczorem wyszłam do miasta. Bezmyślne oglądanie wystaw w galerii handlowej nieco mnie uspokoiło. Wtedy wpadłam na dziewczynę, z którą kiedyś pracowałam w markecie.
– Skarbie, co u ciebie? – Gosia, piszcząc z radości rzuciła mi się na szyję.
W pierwszej chwili ucieszyłam się na jej widok, lecz po chwili przyszło otrzeźwienie. Ona wyglądała jakoś… dziwnie. Ledwie powstrzymałam się, by jej od siebie nie odepchnąć. To nie była dawna Gosia, lecz jej przerysowana karykatura. Wyzywający makijaż, krzywa kreska pod oczami, mini w panterkę, wysokie białe kozaki, spalona na solarium twarz i ta szopa włosów na głowie…

Zaciągnęła mnie do kawiarni, zamówiła kawę i zaczęłyśmy rozmawiać. Rozpłakałam się, gdy zapytała o synka. Była wstrząśnięta, gdy usłyszała moją historię.
– Jesteś taka ładna… A ładne dziewczyny nie mogą nie mieć pieniędzy – powiedziała, głaszcząc mnie pocieszająco po dłoni. I bez ogródek zaproponowała bym, tak jak ona, została prostytutką.
Byłam kompletnie zaskoczona. Wiem, powinnam zerwać się od stolika i wyjść, i na zawsze zerwać znajomość z Gośką. Ale nie mogłam. Bo – czy mi się to podobało, czy nie – moja koleżanka miała w jednym rację. W mojej sytuacji tylko ten sposób dawał szansę na zdobycie w krótkim czasie pieniędzy potrzebnych na leczenie dziecka.
– Słuchaj – Gosia dotknęła mojego ramienia. – Musisz pomyśleć o tym jak o zwykłej pracy, tyle że dobrze płatnej. Na pieniądze, które zarobisz tu przez miesiąc, na swojej posadce harowałabyś przez pół roku.
– Ja nie będę mogła robić tego za pieniądze. – rozpłakałam się.
– Ależ oczywiście, że będziesz mogła. Pomyśl o dziecku. Rzuć w diabły ten urząd, nic ci to nie da. Uskładaj kasy, uratuj dziecku życie, a gdy chłopak będzie już wracał do zdrowia, poszukasz sobie normalnej pracy. A kto wie, może poznasz i pokochasz z wzajemnością bogatego klienta?

Po rozmowie z nią nie mogłam usnąć. Przewracając się z boku na bok, analizowałam jej słowa. Myśląc o synu, który kolejną noc zamiast w swoim łóżku, spędzał w szpitalu, z bólem serca podjęłam decyzję.

Małgośka załatwiła mi pierwszych klientów. Nic nie czułam, idąc z nimi do łóżka, dopiero gdy po wszystkim zostawałam sama, przeliczając pieniądze, nie śmiałam spojrzeć w lustro. Wmawiałam sobie, że nie było tak strasznie, żeby jakoś uspokoić sumienie. Po każdym kliencie odruchowo szorowałam, aż do bólu, swoje ciało pod prysznicem. Ale to nie pomagało wiele, i tak zaczynałam odczuwać obrzydzenie do samej siebie.

Zatrudniłam Igora, poleconego przez Gosię, jako kierowcę i ochroniarza. Zamieściłam ogłoszenie w prasie z numerem mojego telefonu. Poznałam kilku stałych „przyjaciół”, którzy spotykali się ze mą parę razy w miesiącu.

Do pracy w urzędzie już nie wróciłam

Robiłam karierę jako Elwira, dziewczyna do towarzystwa. Klienci wydzwaniali do mnie od rana do późnej nocy. Miałam zajęte weekendy na miesiąc do przodu. Mój notes pękał w szwach od telefonów i adresów chętnych, by spróbować ze mną seksu. Pieniądze przelewały się szerokim strumieniem, a ja pochłonięta pracą i dzieckiem przestałam myśleć o czymkolwiek innym.

Miesiąc później miałam na koncie prawie 20 tysięcy złotych. Od razu skontaktowałam się z kliniką
w Genewie i zapisałam syna na pierwszy możliwy termin terapii. Półtora miesiąca później poleciałam z Michałem do Szwajcarii. Przez dwa tygodnie dziecko przyjmowało lekarstwa, dzięki którym stan jego zdrowia zdecydowanie się poprawił. Ale to był dopiero pierwszy etap. Czekały nas jeszcze trzy takie wizyty. Po powrocie do kraju natychmiast zaczęłam spotykać się ze swoimi sponsorami, by uskładać na kolejny wyjazd.

Dopiero po pewnym czasie przyszła refleksja. Mogłam przecież zwrócić się o pomoc do jakiejś fundacji – ale nie chciałam czekać. Michał nie był jedynym chorym dzieckiem w Polsce. Ale to jego życie było dla mnie najważniejsze, więc mój grafik spotkań musiał być stale bardzo napięty.
Dla spokoju sumienia złożyłam w NFZ wnioski o refundację kosztów leczenia, choć czułam, że ministerstwo może mieć inne zdanie na temat tej terapii.

Najgorsze były dla mnie poranki. Często budziłam się już o trzeciej godzinie. Siadałam wtedy sama w kuchni i piłam kawę, czekając, aż zacznie się dzień, a różne dziwne myśli przychodziły mi do głowy. Na przykład: co stałoby się, gdyby syn w przyszłości dowiedział się prawdy o mnie? Czy zrozumiałby mnie? Wątpliwe. Przecież żaden mężczyzna nawet by nie pomyślał, by puszczać się za pieniądze w celu ratowania życia swojego dziecka. Jako prostytutka, a więc w pewien sposób znawczyni męskiej psychiki, wiedziałam, że faceci myślą w innych kategoriach. Na pewno brzydziłby się mną, wstydził potwornie. Zarzuciłby mi pójście na łatwiznę, po linii najmniejszego oporu. Na szczęście nie pytał, skąd mam pieniądze na wyjazd, nie wiedział, czym się zajmuję. Nikt ze znajomych nie wiedział, bo prawie zerwałam z nimi kontakty.

Aż do teraz, do chwili, gdy natknęłam się na Krzysztofa. Opowiedziałam mu ze szczegółami, dlaczego robię to, co robię. Odesłałam Igora, czekającego na mnie w aucie pod hotelem. A mój gospodarz zameldował mnie w swoim pokoju na jedną noc, po czym wrócił na górę z butelką whisky, nalał nam obojgu po porządnym drinku i zaczęliśmy rozmawiać.
– Lecę z synem do Genewy za dwa tygodnie – powiedziałam. – Przez tydzień Michał będzie przyjmował leki, potem wracamy do Polski. A za miesiąc znów wyjazd…
– Podziwiam cię – wyznał Krzysztof w pewnej chwili. – Rzadko która kobieta zdecydowałaby się dla dziecka na coś takiego, jak ty. Masz w sobie niewiarygodnie dużo siły i samozaparcia.

Milczałam. Nie powiedziałam mu, że po śmierci mamy miewałam chwile załamania. Bruk i cztery piętra poniżej kuchennego okna nęciły – chwila strachu, trochę krzyku i miałabym spokój. Takie myśli samobójcze nachodziły mnie często. Pewnie tak bym zrobiła, gdyby nie synek. Dlatego nie dawałam się, czułam, że muszę walczyć.

Więcej listów do redakcji:„Powiedziałem żonie: »Sorry skarbie, ale nasz czas minął« i odszedłem do młodej kochanki. Chciałem poczuć, że żyjꔄWybaczyłam mężowi seks ze stażystką, bo każda zdrada ma swoją przyczynę. Ja też byłam winna, że poszedł do innej”„Nie odeszła do kochanka, ale dlatego, że coś się skończyło... To bardziej boli niż zdrada”