Rozstanie fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

„Żona nie może pogodzić się z naszym rozstaniem. A ja chcę, żeby po prostu zniknęła z mojego życia”

– Jak mam się uspokoić?! Co ja teraz ze sobą zrobię?! W tym wieku?! Nie uspokoiła się przez następną godzinę. Wrzeszczała, groziła. Nawet sąsiedzi zadzwonili do naszych drzwi, żeby zapytać, czy coś się stało.
/ 15.09.2021 13:51
Rozstanie fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

Nie wiem, kiedy poczułem to po raz pierwszy. Musiało to być podczas jakiejś naszej kłótni... Za to doskonale pamiętam, kiedy powiedziałem to żonie. Był czerwcowy upał, a my tkwiliśmy w domu, zamiast jechać gdzieś nad wodę.

– Chcę się rozwieść – oznajmiłem, patrząc przez okno.

– Słucham?! – Ania spojrzała na mnie zdziwiona. – Mógłbyś powtórzyć?

– Chcę się z tobą rozwieść.

– I mówisz to tak... zwyczajnie? – wciąż była w szoku.

– Wolałabyś, żebym rzucił ci to w twarz podczas naszej kolejnej kłótni?

– Wiesz… chyba tak. A poza tym nie przesadzaj z tą ilością kłótni! – szok jej powoli mijał, zaczynała być wściekła.

– Nie przesadzam. Mam dość szarpania się o każdą duperelę…

– Masz kogoś?!

– Nikogo nie mam.

– Na pewno masz! Inaczej byś mnie nie zostawiał! Co robisz?

– Wychodzę. Jadę odpocząć nad Wisłę, nie zważając na komary i wiatr wiejący od wody, który ci tak zawsze przeszkadzał…

– No pewnie, jak zwykle myślisz tylko o sobie! Nie interesuje cię, że ja się łatwo przeziębiam i…

Nic dalej już nie słyszałem. Wyszedłem

Po chwili siedziałem w samochodzie, a kwadrans później dojechałem do wiślanego wału. Zaparkowałem obok niego i poszedłem na długi spacer. Nie wahałem się, nie zastanawiałem, czy dobrze zrobiłem. Po prostu musiałem przemyśleć, co dalej. I co będę mówił w sądzie, kiedy zapytają mnie o powód rozpadu naszego małżeństwa.

Wprawdzie mogliśmy się rozstać za obopólną zgodą, ale bałem się, że Ania na to nie pójdzie. Że choćby dla zaspokojenia własnej ciekawości, będzie chciała się dokładnie dowiedzieć, czemu z nią nie chcę być. Dlatego najpierw musiałem odpowiedzieć na to pytanie sam sobie…

Byliśmy małżeństwem od dziesięciu lat, pobraliśmy się zaraz po studiach. Ania została na uczelni, ja poszedłem pracować do ministerstwa na podrzędne, urzędnicze stanowisko. Na szczęście ja odziedziczyłem dwupokojowe mieszkanko po babci, dlatego nasze pensje wystarczały na utrzymanie.

Wtedy na pewno się kochaliśmy, przynajmniej ja to tak czułem

Lubiliśmy razem gdzieś wychodzić, czasem do kina, do teatru… Przynajmniej na początku. Potem, sam nie wiem czemu, przestaliśmy. Wieczory spędzaliśmy w domu, czytając lub gapiąc się w telewizor.

Coraz częściej zasypialiśmy obok siebie po zwykłym „dobranoc”, zamiast wyczerpani, po gorącym seksie…

Z myśli wybił mnie dźwięk mojej komórki. Zerknąłem na wyświetlacz. Ania. Odbierać, czy dać sobie spokój? Jak nie odbiorę, będzie dzwonić bez przerwy. A to była moja służbowa komórka, wiedziała, że nie mogę jej wyłączyć…

– Słucham cię – odebrałem.

– Już, uspokoiłeś się?!

– Jakbyś nie zauważyła, to byłem cały czas spokojny. To ty się zaczęłaś wściekać, dlatego wyszedłem.

– I naprawdę wszystko przemyślałeś?!

– Tak.

– Ty samolubny chamie! Ty egoisto…

Rozłączyłem się.

Wiedziałem, że nie zadzwoni od razu

Na tyle ją znałem. A czy tak w ogóle ją znałem? Na początku wydawało mi się, że tak. Miałem wrażenie, że mamy podobne myśli, pragnienia. Że jesteśmy do siebie podobni i choćby dlatego będzie nam ze sobą dobrze. Ale z każdym dniem, każdym miesiącem i rokiem było coraz gorzej.

Trudno mówić o przełomowym momencie. Może było nim dziecko? Na początku o nim nie mówiliśmy. Potem Ania moje próby rozmowy na ten temat zbywała żartami. W końcu się zgodziła, ale powiedziała, że zaczniemy się starać za rok. Bo przeczytała, że kobiety rodzące w trzydziestym roku życia wydają na świat wyjątkowo dużo potomstwa z zespołem Downa.

Wtedy tego nie sprawdziłem, pomyślałem, że nie okłamywałaby mnie tak głupio… Później znalazły się inne powody. Łudziłem się, że w końcu odezwie się w niej instynkt macierzyński. Ale kiedy niedawno stwierdziła, że już jesteśmy za starzy i nie powinniśmy tego robić dziecku, żeby miało takich starych rodziców, straciłem nadzieję…

Po dwóch godzinach spaceru nie znalazłem odpowiedzi na pytanie dla sądu

Wróciłem do domu, w którym panował straszny zaduch. Ania siedziała na fotelu w pokoju z telewizorem. Coś tam leciało na ekranie, ale widziałem, że nie patrzy. Poszedłem do drugiego pokoju i włączyłem komputer, aby poszukać czegoś w Internecie. Przyszła po pięciu minutach.

– Umiesz chociaż powiedzieć, dlaczego?

– Tak, żebyś zrozumiała ty, czy sąd?

– Na początku tak, abym zrozumiała ja.

– Nie ma sensu być z kimś, na kogo coraz częściej ma się ochotę nakrzyczeć, a coraz rzadziej przytulić.

– I to wszystko? To ci wystarczy? Tak źle ci jest ze mną?! Jesteś nieszczęśliwy?!

– Nie. Nie jestem nieszczęśliwy. Tylko nie czuję się szczęśliwy. A chciałbym być. I uważam, że mam do tego prawo.

– Co ja takiego zrobiłam, że nie jesteś szczęśliwy?!

– Raczej czego nie zrobiłaś. Naprawdę chcesz, żebym ci to wymienił? – kiwnęła przytakująco głową.

– Jest tego sporo. Zacznijmy od łóżka. Na seks z tobą muszę umawiać się co najmniej dwa tygodnie wcześniej, bo albo musisz wcześnie wstać, albo nie jesteś w nastroju, albo jest za blisko płodnych dni i nawet w prezerwatywie i z pigułką się boisz…

– A więc to chodzi o dziecko?!

– Nie chodzi o dziecko… To znaczy, dziecko to tylko jedna z tych rzeczy. Chodzi o twoje podejście do naszego życia. Każdą, nawet najdrobniejszą przyjemność muszę ci wprost wyszarpać z gardła, namęczyć się tak, że już nawet nie mam siły się z niej cieszyć.

– A ja? Jakie ja mam przyjemności!?

– Prawdopodobnie żadnych. Bo każda twoja przyjemność musiałaby cię kosztować zgodę na moją przyjemność. A tego bardzo nie chcesz. Jesteś jak pies ogrodnika. Wolisz sama nie zjeść, choć byś mogła, niż żeby ktoś inny też mógł zjeść. I mieć z tego trochę radości…

Nie przewidziałem, że te słowa ją tak zirytują

Chciała się rzucić na mnie z pięściami, ale chwyciłem ją za nadgarstki. To ją jeszcze bardziej rozwścieczyło. Próbowała mnie kopnąć pomiędzy nogi, ale trzymałem odpowiedni dystans. Starając się uniknąć ciosu, wypchnąłem ją za próg pokoju. Udało mi się zamknąć drzwi. Na szczęście miały zasuwkę.

– Ty cholerny sukinsynu! – wykrzyczała, waląc w drzwi. – Otwórz te pieprzone drzwi!

– Dopiero, jak się uspokoisz…

– Jak mam się uspokoić?! Co ja teraz ze sobą zrobię?! W tym wieku?!

Nie uspokoiła się przez następną godzinę. Wrzeszczała, groziła. Nawet sąsiedzi zadzwonili do naszych drzwi, żeby zapytać, czy coś się stało. Nakrzyczała na nich i kazała się wynosić. W końcu jednak opadła z sił i usiadła na podłodze przy ścianie.

Wtedy wyszedłem z pokoju. Zrobiło mi się jej żal. Usiadłem obok niej i chwyciłem ją za dłoń.

W jej zapłakanych oczach zobaczyłem iskrę nadziei

Dlatego cofnąłem swoją rękę. Nie chciałem, żeby się niepotrzebnie łudziła.

– Ty mnie już nie kochasz? – zapytała.

– A ty kochasz mnie?

– Tak… – zadeklarowała, ale równie szybko poprawiła się – Nie… – by zaraz znów zmienić zdanie. – Nie wiem.

– No, widzisz sama. Nawet nie wiesz, czy mnie kochasz.

– Ale to nie ja cię zostawiam! – krzyknęła, ale już niezbyt głośno, jakby resztką sił, bez woli walki.

– To nie ma znaczenia. Ważne jest, że nie ma sensu, byśmy byli razem…

– A gdybyśmy mieli dziecko…

– Nie wiem. To dla mnie teoretyczny problem.

– Gdybyśmy teoretycznie mieli dziecko?

– Wtedy teoretycznie moglibyśmy być razem dla jego dobra. Mam takiego kolegę w pracy… Dziecko rekompensuje mu brak miłości. Ale my nie mamy dziecka.

– Nie chcesz go mieć?

– Ty go nie chcesz mieć. I może znajdziesz sobie kogoś, kto też nie chce. A ja poszukam kogoś, kto będzie chciał…

– Sięgniesz po młodszy model?

– Nie wiem. Może tak, może nie. Może poszukam matki dla swojego dziecka, a może uznam, że nie chcę go mieć. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że nasze wspólne trwanie nie ma już sensu. I im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej…

– Jak mam się z tym pogodzić? – po jej policzkach zaczęły spływać łzy.

Czułem się fatalnie, ale wiedziałem, że nie mogę się złamać

Im szybciej to skończymy, tym szybciej przestanie boleć.

– Pewnie zastanawiasz się, co powiesz koleżankom? Mąż mnie porzucił – nie brzmi najlepiej... Jeśli ci zależy, możesz powiedzieć, że to ty zadecydowałaś o naszym rozstaniu. Daję słowo, że nikomu nie powiem, jak było naprawdę.

– Rzeczywiście sądzisz, że tylko to się dla mnie liczy?!

– Nie, ale wiem, że tak ci będzie łatwiej. Może nawet z czasem zupełnie to sobie wmówisz? Jesteś mistrzynią we wmawianiu sobie różnych rzeczy…

Rozmawialiśmy do rana.

Byłem okrutny i z pewnością niekiedy przesadzałem

Ale nie chciałem dawać jej złudnych nadziei... I to była dobra metoda. Nad ranem była już właściwie pogodzona z faktami. Ustaliliśmy, że sprzedamy mieszkanie, dzięki czemu każdemu z nas wystarczy na przyzwoitą kawalerkę.

Nie dorobiliśmy się wiele więcej, więc nie było problemu z podziałem majątku. Niedługo potem złożyliśmy papiery rozwodowe.

Do końca roku przestaliśmy być małżeństwem. Dotrzymałem słowa i nie zaprzeczałem, gdy usłyszałem od znajomych, że to ona mnie zostawiła. Z pewnym rozbawieniem odkryłem nawet, że dzięki temu jestem bardziej atrakcyjny dla kilku jej koleżanek, które bardzo chciały mnie pocieszyć…

W pierwszą rocznicę tamtego dnia, gdy zaczął się nasz czas rozstawania, byłem w swoim ulubionym zakolu nad Wisłą. Ryby nie brały, za to pogoda była znakomita. Szczerze mówiąc, nie pamiętałem, że to jest akurat ten dzień, dopóki nie usłyszałem, za plecami głosu Ani.

– I jak, biorą?

– Nie… Co tu robisz?

– Jeśli ci przeszkadzam…

– Nie, nie przeszkadzasz. Ale chętnie dowiem się, czemu tu jesteś?

– Pomyślałam, że musimy uczcić tę rocznicę – sięgnęła do torby i wyjęła z niej dwie butelki mojego ulubionego piwa.

– Jestem samochodem.

– To mała butelka. A poza tym pewnie posiedzisz tu kilka godzin. Otworzyłem piwa i podałem jej jedną butelkę.

– No to, za nasze rozstanie – wzniosłem toast.

Uśmiechnęła się krzywo. Piliśmy nasze piwa w milczeniu. Odezwała się po kwadransie.

– Wiesz, miałeś rację z tym rozwodem. Kiedy teraz patrzę na nasze małżeństwo, widzę, jak bardzo do siebie nie pasowaliśmy – odstawiła pustą butelkę. – Rok temu… sądziłam, że się jednak opamiętasz, że przeprosisz… i wszystko będzie po staremu. Dopiero kiedy już podpisaliśmy wszystkie papiery, wiedziałam, że nie ma odwrotu… – czułem, że do czegoś zmierza, ale nie miałem ochoty jej tego ułatwiać. – Ale wciąż żałowałam, że tak się stało. Teraz już nie żałuję, naprawdę – podkreśliła wyraźnie ostatnie zdanie i przeszła w końcu do meritum. – Myślisz, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić?

– Przecież podobno masz kogoś?

– Więc już wiesz… A ty?

– Nie. I jestem z tym szczęśliwy.

– Może właśnie potrzebujesz do szczęścia samotności?

– Może. Nie zastanawiam się nad tym.

– Więc jak będzie z tą przyjaźnią?

– Może kiedyś? Teraz jest za wcześnie.

– A jak mam to sprawdzić?

– Wiesz, gdzie będę za rok…

– Dobrze, będę już leciała.

Podała mi rękę na pożegnanie. Uścisnąłem ją po męsku. Nie chciałem zdobyć się wobec niej na żaden odruch serdeczności. Potrzebowała aż roku, aby zrozumieć, jaką pomyłką było nasze małżeństwo. Nie chciałem jej mówić tego wprost, ale mam nadzieję, że kolejny rok wystarczy jej, aby pojąć, że przyjaciółmi też nie możemy być. I że nie przyjedzie już w to miejsce z butelkami mojego ulubionego piwa. Wtedy dopiero definitywnie zakończy się czas naszego rozstawania. Nie mam zamiaru się z nią przyjaźnić. Chcę, by zniknęła raz na zawsze! 

Czytaj także:
„Po ślubie moja Kalinka zmieniła się w jędze nie do wytrzymania. Szkoli mnie jak w wojsku. Ktoś mi podmienił żonę"
„Urodziłam i mąż stracił na mnie ochotę. Woli po nocach oglądać porno niż pójść ze mną do łóżka. Czuję się jak śmieć"
„Po 12 latach pracy, dzięki której wzbogacił się on, jego dzieci i jego była żona, ja nie mam nic”