POLECAMY

„Uratowaliśmy córkę w ostatniej chwili”. Nie wolno lekceważyć bólu brzucha u dzieci!

Nasza córka uskarżała się na ból brzucha. Ale to nie była niestrawność czy kolka. O mało nie doszło do tragedii!
/ tydzień temu
„Uratowaliśmy córkę w ostatniej chwili”. Nie wolno lekceważyć bólu brzucha u dzieci! fot. Adobe Stock

„Już nigdy nie zlekceważę narzekań córki na zdrowie!”.
Historia z życia wzięta nadesłana przez Jacka.

Ania przyszła do naszej sypialni tuż przed północą. Żona już spała, ja kończyłem czytać książkę. – Tato, boli mnie brzuch – wyjęczała.
Nasza jedenastoletnia córka raz na jakiś czas miała kłopoty żołądkowe. Wystarczyło, że zjadła coś cięższego – burgera, kebab czy pizzę – a już trzeba było zaparzać jej miętę lub zrobić gorzką herbatę. Dwa lata temu zrobiliśmy jej pod tym kątem kompleksowe badania. Na szczęście wyniki wyszły dobre.
– Jadłaś dzisiaj jakieś śmieciowe żarcie? – spytałem.
– Tylko resztkę chipsów, które były w domu, a poza tym obiad w szkole. Kaszę z jakimś sosem – odpowiedziała córka.

„Nie ma w domu nic gorszego niż chory facet”. Zgadzacie się z tym?

Przyczyna bólu była więc dla mnie jasna. Wiadomo, co to była za kasza, a przede wszystkim – co za sos? Pewnie nie najwyższej jakości. Nawet nie budziłem żony, tylko zrobiłem Ani gorzką herbatę, sam zaparzyłem sobie taką samą, wypiliśmy i poszliśmy spać.

Ból brzucha nie zapowiadał tragedii

Rano o wszystkim opowiedziałem żonie.
– Ostatnio trochę za często boli ją ten brzuszek – skomentowała. Uznaliśmy, że trzeba będzie powtórzyć badania. W pracy zapomniałem o nocnej przygodzie, ale przypomniała mi o niej żona.
– Dzwoniła wychowawczyni, że Anię bardzo rozbolał brzuch, więc zwolniła ją z lekcji – opowiadała.
Po powrocie do domu zastałem córkę w dobrym humorze. – Jest okej, to pewnie ten sos z wczorajszego obiadu w szkole. Nie był najlepszy – uśmiech na twarzy córki był gwarancją, że mówi prawdę. Wspólnie oglądaliśmy wieczorny film. Ania rzuciła nawet pomysł, żeby zamówić pizzę, ale skończyło się na owocowym koktajlu. Dość późno położyliśmy się spać.

– Oszalał pan? Czy pan wie, na co naraża swoją córkę? Przecież ona mówi, że boli ją co jakiś czas! – lekarz coraz bardziej podnosił głos.

Usnęliśmy błyskawicznie, ale z błogiego snu wyrwała nas Ania. – Boli, bardzo boli
– stała w drzwiach naszej sypialni, trzymając się za brzuch. Ból musiał być duży, bo miała łzy w oczach. Zerwaliśmy się na równe nogi. Nie ma wyjścia, trzeba jechać na pogotowie.

Szybka akcja lekarzy

Dyżurujący lekarz sprawę załatwił błyskawicznie: – Nie ma się nad czym zastanawiać, to może być wyrostek. Dam wam skierowanie do szpitala, jedźcie tam natychmiast.
Próbowaliśmy nie płakać, ale łzy były silniejsze
Na izbę przyjęć wpadłem rozdygotany z Anią na rękach. – Od kiedy dziecko narzeka na bóle? – spytał mnie chirurg, choć chyba chwilę wcześniej odpowiedź usłyszał od mojej córki.
– Od wczorajszego wieczora, ale trochę jej przeszło… – próbowałem wyjaśnić sytuację.
– Oszalał pan? Czy pan wie, na co naraża swoją córkę? Przecież ona mówi, że boli ją co jakiś czas! – lekarz coraz bardziej podnosił głos. – Natychmiast na oddział! – zarządził.
Pielęgniarki zabrały Anię, ale mnie powstrzymał jeszcze lekarz. – Nie chciałem robić panu więcej wstydu przy córce. Jak pan mógł przyjechać dopiero teraz? Przecież to może być ostry atak wyrostka robaczkowego – stwierdził tonem nie znoszącym sprzeciwu.

„Zwolniłam ją za podrywanie mężów pacjentek i flirtowanie z lekarzami. Niestety za późno”

Ania trafiła do szpitalnej sali, ale szybko poinformowano mnie, że do rana wiele się nie zmieni. Córka dostała lekarstwa, ale najważniejsze badania będzie można odczytać dopiero rano. Bidulka zasnęła od razu i trochę nam ulżyło, gdy około 7 rano powiedziała nam, że czuje się lepiej. Chirurg poprosił nas jednak na rozmowę.
– Mamy już wszystkie wyniki. Tak jak myślałem to ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Państwa córka od razu musi trafić na stół operacyjny. Stan jest poważny. Czeka ją operacja w pełnej narkozie. Jeśli podpiszecie zgodę, zaczniemy ją jak najszybciej, poza kolejnością – wyjaśnił sytuację.
To, co przeżyliśmy przez kolejne dwie godziny, zapamiętamy do końca życia. Siedzieliśmy przed wejściem na blok operacyjny, zrywając się przy każdym otwarciu drzwi. Próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć, ale słyszeliśmy tylko, że operacja trwa. Wreszcie w drzwiach stanął chirurg, z którym kilka godzin temu rozmawialiśmy. Wyglądał na bardzo zmęczonego.
– Wszystko w porządku, zdążyliśmy w ostatniej chwili. Na szczęście obyło się bez komplikacji – powiedział. Wytłumaczył, że czas odgrywał tu kluczową rolę. – Zrobiliśmy to laparoskopowo, nie trzeba było ciąć dziecka. Gdyby wyrostek się wylał, nie byłoby to możliwe – podkreślił.

Kamień spadł nam z serca. Za mniej więcej półtorej godziny Ania wróciła do szpitalnej sali. Zaspana, mizerna, ale uśmiechnięta. Próbowaliśmy powstrzymać łzy, ale to było silniejsze. Złapaliśmy tylko córkę za rękę.
Widać było, że błyskawicznie wraca do zdrowia, bo na sali zabawiała towarzystwo. Czyli tak jak w domu. Po trzech dniach na oddziale spotkaliśmy chirurga, który operował Anię.
– Jeśli nic się nie zmieni, jutro będziecie państwo mogli zabrać córkę do domu – zapowiedział. Na te słowa czekaliśmy. – I proszę więcej nie ryzykować – szepnął nam tak, by Ania tego nie słyszała.

Polecamy także:
Karałam moje dziecko za kapryszenie i histerię. Żałuję, bo okazało się, że to objawy choroby
„Sprzątałam po nim i pilnowałam, by się nie zadławił wymiocinami” - historia żony alkoholika
Chciałam schudnąć, łykając tabletki. Pomogły? Tyle, że zgubiłam kilogramy podczepiona do kroplówki

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/tydzień temu
Bezsensowna historyjka, ani zapalenie wyrostka tak nie wygląda, ani operacja... Ból nie przechodzi, a operację robi sie od razu, a nie czeka do rana na badania...