Matka alkoholiczka fot. Adobe Stock

„Ten jeden raz pojechałam po dziecko do przedszkola wstawiona. Jestem alkoholiczką, która sprowadziła kalectwo na swoją rodzinę”

„Czy mi wstyd i czy żałuję? Każdego dnia pokutuję za swoje błędy. Tamtego dnia nie przypięłam Maksa do fotelika, wymusiłam pierwszeństwo i spowodowałam wypadek. Miałam 1,5 promila alkoholu w krwi”.
/ 21.11.2020 18:46
Matka alkoholiczka fot. Adobe Stock

Mam 37 lat i na koncie jedne studia magisterskie, 8 lat małżeństwa, 4-letniego syna, 4 przeprowadzki, 3 prace „na stałe”, 2 samochody, jedno życie... i setki wypitych butelek alkoholu, głównie wina.

W moim życiu udała mi się jedna rzecz - mój syn. Kocham go nad życie, a przez chorobę, której nie leczyłam, może o której istnieniu bałam się powiedzieć, omal nie pozbawiłam go życia.

Białe wino otwierałam w tygodniu pracy, na rozruch przy nowym tygodniu. Wino czerwone to było to piątkowo-niedzielne, po które sięgałam, gdy chciałam poczuć, że mogę złapać oddech i zrelaksować się. W moim domu jeszcze przed rokiem znalazłoby się więcej kieliszków, niż szklanek i talerzy.

Nie jestem typem kucharki, nie jestem też typem poświęcającej się w 300% matki ani tym bardziej nie jestem pracownicą roku. Nie mam na głowie wielomilionowych kontraktów i odpowiedzialności finansowej za dom.

Nie wiem kiedy zaczął się mój problem z alkoholem, ale procenty towarzyszą mi odkąd pamiętam.

Mam ciekawe stanowisko menadżerskie, codziennie widywałam się z ludźmi, teraz przez pandemię, mniej. Większość odbywa się online lub są to pojedyncze spotkania w siedzibie firmy, najczęściej przypadkowe. 

Czy to był czwartek i wizyta sąsiada, czy imieniny cioci Joli czy spotkanie ze znajomymi nad Wisłą - zawsze piłam i umiałam pić. Potrafiłam świetnie się bawić, a gdy tylko uzyskałam pełnoletność, piłam chyba w każdym tygodniu i miałam swoje wymówki.

Swojego męża poznałam na jednej z imprez, na której byliśmy nietrzeźwi

Potem randkowaliśmy - bez wina do obiadu czy kolacji, nawet grzańca w zimowy wieczór się nie mogło obyć. Pierwszy seks też był po alkoholu - dla nas obojga był to pierwszy raz, więc przynajmniej pomógł się nam ośmielić.

 Kiedy Wojtek mi się oświadczył śmialiśmy się, że zgodziłam się za niego wyjść pod wpływem alkoholu, bo wtedy też w zasadzie byłam nietrzeźwa. Żarty żartami, ale nawet tego momentu dokładnie nie pamiętam. Potem był ślub, huczne wesele.

Jako towarzyska Anka zaczęłam być dostrzegana w pracy - teraz jak na to patrzę przypominam sobie, że gdy trzeba było kupić  komuś z pracy alkohol w prezencie, to każdy zlecał to mnie... ekspertce od trunków.

Nigdy nie czułam, żebym była na uwięzi, ale dopiero ciąża uświadomiła mi, że nie wiem kim jestem bez alkoholu. Lampki wina, kieliszki wódki śniły mi się po nocach. Koleżanki wybierały knajpy na spotkania, by ciężarna mogła się chociaż napić bezalkoholowego piwka. To wydawało się miłe, a teraz jest mi wstyd, że tak byłam postrzegana.

Po pracy poszłam na wino

Maksa karmiłam piersią 1,5 miesiąca - trudności z laktacją przyprawiły mnie niemal o depresję, ale nikt nie nakładał na mnie presji karmienia piersią. Od razu zaczęłam podawać sztuczne mieszanki. Przynajmniej mogłam po całym ciężki dniu noszenia kolkowego malucha wypić lampkę wina na ukojenie nerwów. Wtedy czułam się sobą - gdy nie piłam rok, miałam wrażenie, że nie znam sama siebie. 

W październiku zeszłego roku wracałam z pracy po spotkaniu z klientami. Była to jedna z najbardziej stresujących transakcji i nie mogła się nie powieść - od tego zależało moje być albo nie być w firmie oraz potencjalny awans. Byłam tak zestresowana 6-godzinnym spotkaniem, prezentacją i sztucznym uśmiechem, że po jego zakończeniu, wstąpiłam do restauracji z wybornymi trunkami

Zamówiłyśmy z koleżanką z pracy obiad, deser i butelkę wina, by oblać zakończenie tych żmudnych i męczących transakcji. Wiola pojechała po 2 godzinach do domu, ja miałam też wyjść i pojechać pod syna do przedszkola. Ale zostałam, zamówiłam kolejną butelkę i nim zorientowałam, była już 17, a przedszkole było czynne do 18. Wsiadłam do auta i pojechałam po syna.

Pamiętam tylko, że wkładałam go do samochodu, przełożyłam jego ręce przez pasy fotelika, a on trzymał to cholerne zapięcie i dyplom za wzorowo narysowane polskie góry w dłoni. Coś do mnie mówił o swoim dniu, ja szybko wsiadłam do środka. Było już ciemno, a światła aut mnie oślepiały. W pewnym momencie straciłam panowanie nad samochodem i wpakowałam się wprost pod jeepa jadącego z naprzeciwka. 

Obudziłam się w szpitalu po 3 dniach od tego wypadku. Syn miał złamaną rękę z przemieszczeniem. Tę samą w której trzymał rysunek. Do tego wstrząs mózgu, krwiak i inne obrażenia. Pewnie przypłaciłby za wypadek złamanym kręgosłupem, ale jakimś cudem... Sam zapiął się w foteliku, gdy zobaczył, że ja o tym zapomniałam. Mój mądry syn... Mądrzejszy od matki.

Od roku jestem inwalidką. Przez wypadek straciłam władzę w nogach - rehabilitacje pozwalają mi na krótkotrwałe stanie o kulach na balkonie. Z mężem jesteśmy w separacji - w przypadku rozwoju prawdopodobnie to on otrzyma opiekę nad dzieckiem, a ja jedynie możliwość widzeń. Szczęśliwie nikt prócz nas nie ucierpiał w tym wypadku. Byłam głupia i omal nie zabiłam swojego syna... Czy kiedyś sama sobie wybaczę? 

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Czekaliśmy na dziecko 12 lat. Syn urodził się 10 tygodni wcześniej z poważną wadą serca. Dlaczego los tak mnie pokarał?”„Moja żona zmarła przy porodzie. Ja nie byłem gotowy zostać samotnym ojcem i po prostu oddałem córkę do adopcji”„Zaszłam w ciążę w wieku 15 lat i bardzo długo to ukrywałam. Bałam się reakcji rodziców”