Wcześniak fot. Adobe Stock

„Czekaliśmy na dziecko 12 lat. Syn urodził się 10 tygodni wcześniej z poważną wadą serca. Dlaczego los tak mnie pokarał?”

Staraliśmy się o to od wielu lat. A gdy w końcu się udało i zostaliśmy rodzicami, okazało się, że czeka nas kolejna walka o życie naszego upragnionego syna.
/ 23.07.2020 12:52
Wcześniak fot. Adobe Stock

Z niepokojem patrzę na świecące w ciemnościach wskazówki zegarka. Już po drugiej, a ja wciąż nie mogę zasnąć. Przed położeniem się do łóżka zażyłam środek nasenny. Nie pomógł. Od paru godzin przewracam się z boku na bok, lecz sen nie nadchodzi.

Powinnam przestać rozpaczać. Tylko jak to zrobić? Nie potrafię przestać myśleć o dziecku, na które czekałam 12 lat. Nie potrafię zagłuszyć w sobie żalu, że urodziło się chore. Marek przyszedł na świat przed trzema tygodniami, jako wcześniak z niewielką szansą na dalsze życie. Przeszedł ciężką operację serca. Lekarze mówią, że dopiero za kilka albo nawet kilkanaście lat dogoni w rozwoju fizycznym swoich rówieśników.
– Mareczku... – wzdycham, z trudem panując nad głośnym szlochem.
Sprawdzam, czy nie obudziłam śpiącego obok męża. Nie chcę przeszkadzać Jankowi, dlatego wstaję i wychodzę z sypialni. Idę przez ciemne mieszkanie do kuchni. Nie zapalając światła siadam przy stole. Chowam twarz w dłoniach. Chcę myśleć o dniu, który za parę godzin nadejdzie, lecz nie potrafię. Głowę wypełniają wspomnienia...

Przez 8 lat walczyliśmy z mężem o dziecko. Ja się leczyłam, Janek się leczył – bezskutecznie. W końcu daliśmy za wygraną.
– Mamy przecież siebie. Kochamy się, a to jest najważniejsze – pocieszaliśmy się nawzajem.
Tak mówiliśmy, lecz dziś nie jestem pewna, czy czuliśmy podobnie?
Pamiętam, że nie potrafiłam pogodzić się z pustką, jaka wkradła się w nasze życie. Straciwszy nadzieję na urodzenie dziecka, przestałam widzieć sens pracy, codziennych starań. W końcu wpadłam na pomysł adopcji maleńkiej istoty, z którą los obszedł się równie okrutnie, jak z nami. Mąż jednak się sprzeciwił.
– Nie tak prędko, kochanie! Pozwól złapać oddech – prosił. – Po 8 latach wędrówki od jednego lekarza do drugiego, twoich pobytach w szpitalach rozrzuconych po całej Polsce, nieustannych rozmowach o dziecku jestem po prostu zmęczony. Zawrzyjmy umowę: najpierw dokończymy budowę domu, a potem pomyślimy o jego zapełnieniu.

Zgodziłam się, no bo co miałam zrobić? Tak upłynęły kolejne 4 lata...
A potem zdarzył się cud. Trzy miesiące po przeprowadzce do wymarzonego domu z ogrodem odkryłam, że... jestem w ciąży! Odkryłam? Nie, raczej dowiedziałam się od lekarza, że brak miesiączki nie był znakiem, jak wówczas przypuszczałam, menopauzy, tylko tego, że noszę w sobie upragnione dziecko.

Tego dnia wprost nie mogłam doczekać się powrotu męża z pracy, tymczasem on jak na złość się spóźniał. W końcu zniecierpliwiona wyszłam na dwór. Usiadłam na murku przed bramą i płacząc ze szczęścia, to znów się śmiejąc, wypatrywałam na końcu ulicy czerwonego samochodu. Wreszcie, kiedy się pojawił, poderwałam się na równe nogi i zaczęłam skakać z radości jak mała dziewczynka.
– Co ty wyrabiasz? – spytał zdziwiony Janek, wysiadając z auta.
– Zgadnij! – krzyknęłam, rzucając się mężowi na szyję.
– Wygrałaś milion dolarów na loterii – zażartował.
– E, ty od razu o pieniądzach... – westchnęłam zawiedziona.
– Zapomniałem o jakimś ważnym święcie? – spytał niepewnie mąż, po czym zaczął głośno wyliczać: – Urodziny obchodzisz trzeciego października, imieniny ósmego listopada, ślub braliśmy w kwietniu... Czy dziś wypada jakaś ważna rocznica? Dzień pierwszej randki, pierwszego pocałunku? Powiedz, bo jak widzisz, wyleciało mi z głowy...
– Nie powiem... – postanowiłam podroczyć się z Jankiem.
Mąż przyciągnął mnie do siebie.
– Powiedz – spojrzał błagalnie.
– Nie... – pokręciłam głową, lecz sekundę później nie wytrzymałam i drżącym z przejęcia głosem wyjawiłam swoją tajemnicę: – Będziemy mieli dziecko.
Janka zamurowało. Zrobił taką minę, jakby nagle ujrzał przed sobą przybysza z obcej planety.
– Żartujesz... Żartujesz chyba... – wyjąkał po dłuższej chwili milczenia.
– Byłam dziś u lekarza. Powiedział, że jestem w ciąży – wyjaśniłam wzruszona.
Mąż ukrył twarz w dłoniach. Płakał z radości, a ja razem z nim. Kiedy weszliśmy wreszcie do domu, uklęknął przede mną i mocno przytulił głowę do mojego brzucha.
– Dziecko... – szepnął. – Co za szczęście! Pojawiło się, kiedy przestaliśmy już na to liczyć, kiedy straciliśmy nadzieję.
Z czułością pogładziłam Janka po włosach.
– Musisz wreszcie uwierzyć, że cuda zdarzają się także takim grzesznikom jak my – wypomniałam mężowi jego dotychczasowy sceptycyzm.
– No już dobrze, dobrze, wierzę – Janek zrobił skruszoną minę. – W ten szczególny wieczór nie chcę się z tobą kłócić.

To był rzeczywiście szczególny wieczór. Szaleliśmy z radości, jakbyśmy znów mieli po dwadzieścia lat. W ciągu kilku godzin, wybuchając raz po raz salwami głośnego śmiechu, zaplanowaliśmy z najdrobniejszymi szczegółami przyszłość naszego maleństwa. Przewidzieliśmy wszystko: dorosłe problemy w dzieciństwie i dziecięce choroby, gdy już będzie dorosłe. Spisaliśmy na kilkunastu kartkach rady dla naszego dziecka, które w przyszłości miały mu ułatwić rozróżnianie przyjaciół od wrogów, dobra od zła.

Dopiero po kilku dniach, gdy minęła pierwsza euforia, radość zmącił niepokój o nasz wiek. Janek miał już 46 lat, a ja 41. Nagle, zupełnie niespodziewanie, poczuliśmy się za starzy na to, by zostać rodzicami. Nasze obawy rozwiał jednak lekarz, gwiazda położnictwa z samej Warszawy.
– Żadne z was nie pije, nie pali, jesteście sobie wierni, dlatego nie macie powodu, by się martwić. Przez mój gabinet przewinęło się wiele par, które właśnie po czterdziestce doczekały się potomstwa. Zdrowego i udanego. Ponadto dla pewności przeprowadzimy rutynowe badania. Ich wynik z pewnością was uspokoi – zapewniał.

Czas oczekiwania na narodziny dziecka wspominam jako najpiękniejszy okres w życiu. Pełen wiary w szczęście. Pełen nadziei. Pełen miłości do maleńkiej istoty, cząstki nas.

Z wielką troską przygotowaliśmy się na narodziny potomka. Kupiliśmy taką ilość śpioszków, że znajomi z rodzicielskim doświadczeniem na widok pełnych szuflad pukali się w czoła.
– Czy Wiktoria spodziewa się dziesięcioraczków? – żartowali. – Ludzie, po co wam tyle kaftaników na pięćdziesiąt sześć centymetrów, przecież dziecko w ciągu tygodnia z nich wyrośnie! A może zamierzacie zaopatrzyć w stroje niemowlęcą drużynę piłkarską?
Nie przejmowaliśmy się docinkami przyjaciół. Kiedy kończyli oglądać ubranka, z dumą prowadziliśmy ich na pierwsze piętro domu i pokazywaliśmy dwa pokoje. Jeden wytapetowany na różowo, drugi na niebiesko.
– Podczas badania USG lekarz nie potrafił powiedzieć, czy urodzi nam się chłopiec, czy dziewczynka, bo małe wykręciło się bokiem – tłumaczyliśmy.
– Przygotowaliśmy się więc na obie ewentualności.
– Wariaci! – śmiali się znajomi.

Pierwsze miesiące ciąży okazały się dla mnie zupełnie znośne. Mimo to mąż, nasłuchawszy się opowieści o torturach, przez jakie przechodzi kobieta w odmiennym stanie, postanowił zawiesić działalność swojej firmy, by – jak mówił – nawet na moment nie spuszczać mnie z oka. Pomysł uznałam za niedorzeczny.
– Głuptasie, przecież ciąża to nie jest obłożna choroba – tłumaczyłam.
– A wolny czas zachowaj na później, gdy już będziemy mieli kim się opiekować.

Mareczek urodził się 10 tygodni przed terminem. Silne, regularne skurcze dopadły mnie w pralni. Janek właśnie wyszedł do pracy, dlatego sama musiałam sobie poradzić. Zgięta w pół dowlokłam się do sypialni, położyłam na łóżku. Pomyślałam, że za wcześnie na poród. Patrząc na wiszący na ścianie zegar, czekałam chwili, kiedy ból minie, ale on nie mijał. Wręcz przeciwnie – nasilał się z każdą minutą. Poczułam kropelki potu na czole. Nie wiedziałam, co robić: uzbroić się w cierpliwość, czy wezwać pogotowie? Wreszcie, między jednym skurczem a drugim, sięgnęłam po telefon.

W szpitalu lekarzom nie udało się zatrzymać akcji porodowej.
– Przyjechała pani do nas za późno, jesteśmy bezradni – usłyszałam od jednego z nich.
Po dalszych sześciu godzinach urodziłam Mareczka.
– Mój kochany okruszku! – rozpłakałam się na widok synka.
– Proszę się nie martwić – starsza położna asystująca przy porodzie starała się mnie pocieszyć. – Mój wnuczek też urodził się przed czasem, a wyrósł na silnego i zdrowego chłopca, największego rozrabiakę w przedszkolu.

Pielęgniarka z salową przewiozły mnie na oddział poporodowy. Chciałam je zapytać o maleństwo, ale się bałam.
– Proszę nie przejmować się krwawieniem, to normalne – rzuciła na odchodnym pielęgniarka. – Powinna pani odpocząć. Prysznic może pani wziąć najwcześniej za cztery godziny.

Gdy zostałam sama, z przerażeniem rozejrzałam się po sali. Zdezelowane łóżka, szafki, krzesła pokryte warstwą kurzu, woda kapiąca z kranu do zatkanej umywalki. „Tutaj się nie zdrowieje, tylko umiera” – pomyślałam. Przejęta troską o Mareczka, wyczerpana porodem, przerażona miejscem, w jakim przyszło na świat moje dziecko, rozkleiłam się na dobre. Płakałam, kiedy przy łóżku zjawił się Janek.
– Widziałeś już maleństwo? – spytałam.
W odpowiedzi skinął głową, po czym pochylił się nade mną, pocałował i mocno do siebie przytulił.

Dopiero nazajutrz pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali dla noworodków. Mareczek leżał w inkubatorze. Ogromna maszyneria podtrzymywała życie w człowieczku rozmiarów kolibra. Było w tym coś niesamowitego, co przeraziło mnie, ale i podniosło na duchu. Pomyślałam, że kilkadziesiąt, a nawet jeszcze kilkanaście lat wcześniej podobne urządzenia nie istniały. Marek nie miałby wtedy najmniejszej szansy na przeżycie choćby jednego dnia.

O 11.00 poprosił mnie do gabinetu lekarz pediatra. Starannie dobierając słowa, poinformował, że dziecko urodziło się z wieloma wadami wrodzonymi. Najpoważniejsza to wada serca i dlatego Marek zostanie przewieziony do kliniki kardiologicznej.

Przeżyłam szok. Śmiertelnie chore dziecko?! Co uczyniłam Bogu, że wystawiał mnie na tak ciężką próbę? Czy już nie dość się wycierpiałam? Skąd taka niełaska? Za co? Po co?

Po przepisowych trzech dobach spędzonych na oddziale położniczym wróciłam do domu. Bez synka. Przyjaciele dzwonili, dopytywali się o mnie, o Mareczka. Ze ściśniętym sercem musiałam tłumaczyć, że maleństwo znajduje się w ciężkim stanie. W końcu jednak miałam dość tych rozmów i przestałam odbierać telefony.

Janek zawoził mnie co rano do kliniki, a zabierał stamtąd wieczorem. Rzadko rozmawialiśmy ze sobą o chorobie naszego syneczka. Chyba nie chcieliśmy się nawzajem ranić. Całe dnie przesiadywałam przy inkubatorze. Patrząc na moją kruszynę, prowadziłam z nią wewnętrzny dialog. Opowiadałam mu o sobie, o Janku, o domu i pokoiku, w którym zamieszka, kiedy wreszcie wyjdzie ze szpitala.

Jedenastego dnia od narodzin lekarz po raz pierwszy stwierdził otwarcie, że stan Marka jest krytyczny. Wada serca okazała się poważniejsza, niż przypuszczano. Należało przeprowadzić natychmiastową operację.
– Czy istnieje szansa na uratowanie małemu życia? – spytał niepewnie mąż.
– Muszę być z państwem szczery – westchnął doktor. – Szansa zawsze istnieje. Tyle że... – zawahał się chwilę – w tym przypadku jest ona minimalna.
– To, dlaczego męczycie moje dziecko?! – wybuchłam histerycznym płaczem. – Przecież ono cierpi! Skoro ma umrzeć, to po co te wszystkie kroplówki, respiratory, rozruszniki?! To nie ma najmniejszego sensu!

Lekarz milczał. Nie oglądając się na męża, wybiegłam z gabinetu kardiochirurga na korytarz. Wróciłam do Mareczka. Spał. Patrząc ze ściśniętym sercem na jego mizerne ciałko otoczone ze wszystkich stron nieproporcjonalnie wielkimi urządzeniami, raptem do głowy przyszła mi straszliwa myśl. Zapragnęłam zerwać te wszystkie przyssawki i rurki, wziąć moje maleństwo na ręce i uciec z nim daleko stąd. Gdzieś, gdzie w spokoju mogłabym je przytulać, całować, głaskać...
– Boże, ratuj mnie... – wyszeptałam, gdy po chwili przyszło opamiętanie.

Byłam bliska obłędu. Nagle poczułam się tak, jakbym za chwilę miała się udusić. Stawiając niepewnie kroki, dotarłam do szpitalnego podwórka, a potem dalej na ulicę. Szłam przed siebie. Na dworze zapadł już zmierzch. Światła latarni tworzyły na mokrej jezdni kolorowe kręgi. Wędrowałam od jednego do drugiego, nie zastanawiając się nad tym, dokąd idę. W duchu rozmawiałam z własnym sumieniem.

W końcu weszłam do pustego kościoła. Uklękłam na kamiennej posadzce i po raz pierwszy od wielu lat zaczęłam się modlić. Prosiłam, wręcz błagałam Boga o życie dla mojego chorego dziecka. W zamian ofiarowywałam swoje. Nie wiem, jak długo mogła trwać moja modlitwa. Kwadrans może dwa? W końcu jednak poczułam chłód. Na dworze było bardzo zimno, a ja byłam w samej bluzce.

Wróciłam do szpitala. Mąż siedział przed salą dla chorych noworodków z twarzą ukrytą w dłoniach.
– Gdzie ty byłaś?! – na odgłos moich kroków natychmiast zerwał się z krzesła.
– Nie wiedziałem, co mam robić... Martwiłem się o ciebie...
Kiedy stanęłam przed nim, spojrzał na mnie z przerażeniem.
– Siostro! – zawołał w kierunku dyżurki pielęgniarek. – Moja żona potrzebuje pomocy!
Zrobiono mi zastrzyk, dostałam środki na uspokojenie. Potem Janek, otulając czule płaszczem, zaprowadził mnie do samochodu.

Po drodze do domu zajechaliśmy do apteki, żeby wykupić zapisane przez doktora lekarstwa. W kolejce tuż przed nami stała starsza kobieta. Nie kupowała niczego, przyszła jedynie z reklamacją. Jakiś dozownik miał fabryczną wadę, żądała więc wymiany na nowy. Słuchając pretensji tej zniecierpliwionej staruszki, pomyślałam o Mareczku. Moje dzieciątko też miało wadę... Wadę serca. Ale ono nie było dozownikiem i nie mogłam wymienić je na nowe. Nie mogłam i nie chciałam. „Muszę pogodzić się z losem, cokolwiek by nie przyniósł” – postanowiłam w duchu.

Od operacji dziecka minęły cztery doby. Przeżyło. Pooperacyjny kryzys też już ma za sobą. Ale ja codziennie czuwam nad nim z niepokojem.

Teraz, gdy sen nie nadchodzi, renegocjuję z Bogiem naszą umowę sprzed kilku dni. Mareczek nie umarł – to prawda, ale jeśli chodzi o moje życie – nie mogę go jeszcze ofiarować w zamian. Marek żyje, ale wciąż jest chory i potrzebuje troskliwej opieki matki. Wiem, że Bóg to rozumie...

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Mąż zamykał mnie w domu. Znęcał się nade mną i bił dzieci. Jakimś cudem udało mi się uciec”„Urodziłam chorego syna, a mąż odszedł do innej kobiety, żeby zacząć wszystko od nowa”„Ja i moja córka byłyśmy w ciąży w tym samym czasie. Agatka jest młodsza o dwa tygodnie od Oli, ale jest... jej ciocią”