Romans wcale nie filmowy

Nie wierzę w bajki, postanowiłam więc, że będę rozsądna. Niepotrzebnie.
Taki świetny chłopak – szkoda, że nic z tego nie będzie. Marzyłam o miłości, ale nie miałam zamiaru wikłać się w romans z aktorem. Wiadomo przecież, jak to z nimi jest...



- Kaśka! Są! Przyjechali – Aldona wbiegła do sklepu z takim impetem, że prawie wpadła na ladę. Kroiłam właśnie żółty ser, więc nawet nie podniosłam głowy, skupiona na tym, jaka część wielkiego bloku to będzie 25 deko. Pomagałam rodzicom w sklepie od lat, ale rzadko zostawałam sama, tak jak teraz. I zwykle, w takich przypadkach mama przychodziła mi z pomocą, bo moje 25 deko często ważyło nawet pół kilo. Dopiero kiedy ser był już zważony, zapakowany, a klientka zapłaciła i wyszła, odwróciłam się do przyjaciółki.
– Na drugi raz nie strasz mi klientów – pogroziłam jej wielkim nożem do sera – Ale teraz opowiadaj – zażądałam.
– Nie ma właściwie co opowiadać – zaczęła – Tyle, że naprawdę przyjechali. Widziałam samochód. Na razie tylko ekipa techniczna. Mieszkać będą w domu wczasowym. Ale podobno będą potrzebowali statystów...
Wzruszyłam ramionami. Rzeczywiście, wielkie mi mecyje, statystowanie w filmie. Cały dzień czekania, pięć minut przed kamerą, a na ekranie sekunda w tłumie. Wiem, bo kumpela kiedyś miała taką "przygodę". Klęła potem na czym świat stoi, bo płacili marnie, a wymarzła się na planie za wszystkie czasy.
Ale nasze miasteczko od miesiąca żyło tylko plotkami o spodziewanym najeździe filmowców. Fryzjerka, pani Basia śmiała się, że dawno nie miała tylu klientek. Dziewczyny co piątek latają do niej, jak głupie. Pewnie myślą, że taki reżyser będzie szedł, spojrzy, padnie z zachwytu i droga do kariery stanie otworem.

Prawda jest taka, że bardzo chciałam kogoś poznać
Tak się zamyśliłam, że nie zwracałam uwagi na paplaninę Aldony i oprzytomniałam dopiero, kiedy mnie szturchnęła.
– Co? – odwróciłam się i zamarłam.
Przed ladą stał chłopak. Trzymał butelkę coli, którą przed chwilą musiał wyjąć z lodówki i banknot stuzłotowy.
– Trzy osiemdziesiąt, ale jeśli mogę prosić drobnymi – bąknęłam, bo nie da się ukryć, że zrobił na mnie wrażenie.
– Oczywiście – uśmiechnął się, odstawił colę i zaczął przeszukiwać kieszenie.
– Pan z filmu? – Aldona nie należała do nieśmiałych i akurat teraz byłam jej za to wdzięczna.
– Tak. A co? Nie wyglądam na aktora? – odparł swobodnie.
– Przeciwnie, właśnie pan wygląda, dlatego zgadłam – kokietowała go bezwstydnie, ale wyglądało, że jemu się to podoba. Wygrzebał w końcu te trzy osiemdziesiąt drobniakami, zapłacił, podziękował i poszedł sobie.
– I czego stałaś jak mumia?! – napadła na mnie Aldona – Przecież ci się podoba. Trzeba było go podrywać – prychnęła.
– Pewnie. Już widzę, jak on się daje poderwać panience w sklepie w każdej dziurze zabitej dechami. Samej trzeba było go podrywać, jak jesteś taka mądra.
– Po pierwsze, Mireczek by mnie zabił – roześmiała się – Po drugie, to ty masz maślane oczy, nie ja – dodała.
No, miałam maślane oczy, nie ma co udawać, że nie. Ale to głupio. Wszedł, pewnie nawet na mnie nie spojrzał, a ja co? Już zakochana?
– Eee tam – machnęłam ręką – pewnie więcej go nie zobaczymy.
Szybko okazało się, że miałam rację. Owszem, filmowcy przyjechali, kręcili się po okolicy, ale cała ekipa wcale nie mieszkała u nas, tylko w ośrodku wczasowym za jeziorem. W miasteczku pojawiali się rzadko i nie udało nam się nawet dowiedzieć ani jaki jest tytuł filmu, ani jacy aktorzy grają główne role. Wkrótce prawie nikt już o nich nie pamiętał i tylko parę naiwnych desperatek wierzyło, że są o krok od szansy na odmianę losu.
Nadal pomagałam rodzicom w sklepie, ale odliczałam dni do końca wakacji. Chciałam już wyjechać. Miałam nadzieję, że może w akademikowym rozgardiaszu szybciej zapomnę o chłopaku od coca-coli.

Co z oczu to z serca?
Na początku września znalazłam sobie dodatkowe zajęcie. Grzyby rosły tego roku jak szalone, więc codziennie rano biegałam do lasu i po paru godzinach wracałam z pełnym koszykiem.
– Dzień dobry, widzę, że przynajmniej pani sprzyja dziś szczęście – usłyszałam dokładnie w chwili, gdy wyczołgiwałam się spod modrzewiowego młodniaka z dwoma dorodnymi podgrzybkami.
– To nie ma nic wspólnego ze szczęściem. Przy tej ilości grzybów trzeba być ślepym, żeby nic nie znaleźć – burknęłam niezbyt uprzejmie, bo nie przepadam za towarzystwem w lesie. Odgarnęłam włosy z oczu, spojrzałam i zrobiło mi się słabo. Przede mną stał chłopak od coca-coli. Z foliową torbą, na dnie której poniewierały się smętnie dwie kurki.
– Przepraszam, nie chciałam być złośliwa – bąknęłam niepewnie.
– Oj chciała pani, chciała – roześmiał się – Ale może, dla zadośćuczynienia, zdradzi mi pani ze dwa sekrety skutecznego grzybiarza? – zażartował.
– Pierwszy to ten, że grzybów nie zbiera się do foliowych toreb. Mogą się zaparzyć i będą do wyrzucenia – też się uśmiechnęłam, by złagodzić naganę.
Przekomarzając się, ruszyliśmy w las. Szybko uznaliśmy, że nie ma co trzymać się oficjalnych form i przeszliśmy na ty. Przemek pytał o miasteczko, o to, czy na stałe pracuję w tym sklepie. Zdziwiłam się, że w ogóle mnie pamięta i... troszkę nakłamałam. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że studiuję, ale pedagogika opiekuńczo-wychowawcza wydawała mi się trochę zbyt banalna, wymyśliłam więc sobie wzornictwo przemysłowe na Akademii Sztuk Pięknych.
– A ty co? – spytałam – To twoja pierwsza rola?
– Ja... – zawahał się nagle zmieszany, ale zaraz przytaknął – Tak, ale dopiero kończę studia i właśnie dostałem też dużą rolę w takim jednym serialu.
– O! A w którym? Parę oglądam – zaciekawiłam się.
– A nie, to coś zupełnie nowego. Zdjęcia ruszają za dwa miesiące – odparł.
Strasznie fajnie nam się gadało. Wcale nie miał przewrócone w głowie, jak można by się spodziewać po kandydacie na gwiazdora. Od słowa do słowa umówiliśmy się w tym samym miejscu następnego dnia i od tej pory spotykaliśmy się codziennie. Czasem tłumaczyłam sobie, jak komu dobremu, że powinnam dać sobie spokój, ale to było silniejsze ode mnie. "Zobaczę się z nim tylko dzisiaj, a jutro już nie przyjdę" – myślałam. I nie dotrzymywałam słowa...

Znalazłam świetnego chłopaka
Pod koniec września wyjechałam na studia. Bez żalu, bo filmowcy też już się zbierali. Przemek obiecał zadzwonić, ale byłam pewna, że więcej go nie zobaczę.
A jednak zadzwonił i to już po kilku dniach. Poszliśmy do kina i na dyskotekę.
– To ostatnie chwile twojej wolności – śmiałam się, gdy odprowadzał mnie do akademika – Zrobisz się sławny i wielbicielki odetchnąć ci nie dadzą – żartowałam, ale serce mi się ścisnęło. Trafił mi się fajny facet, ale ja już wiedziałam jak to może być – w liceum, chodziłam z "misterem" szkoły i wcale mi się to nie podobało. Dziewczyny leciały na niego jak głupie, a mnie lekceważyły do tego stopnia, że podrywały go nawet w mojej obecności. I któraś w końcu dopięła swego. Nie miałam zamiaru przeżywać tego jeszcze raz. Miło było i szkoda, ale nic z tego nie będzie.
– Z czego nic nie będzie? – Przemek patrzył zdumiony. Zorientowałam się, że ostatnie zdanie powiedziałam na głos.
– Słuchaj, strasznie mi głupio, ale... – zawahałam się. Powiedzieć prawdę, czy coś zmyślić? Ale jeśli powiem prawdę, a on traktuje mnie jak koleżankę, będzie głupio. No gdzie tam... Koleżanki nawet w tańcu nie przytula się w ten sposób.
– Wiesz – zaczęłam wciąż niepewna, co zrobić – Jak się poznaliśmy, to tak jakoś bez sensu, powiedziałam ci, że studiuję na ASP. Nie wiem, po co. Tak naprawdę jestem na pedagogice... – urwałam.
– I ja muszę ci coś powiedzieć – patrzył pod nogi – Też mi głupio. Taki ze mnie aktor, jak z ciebie malarka – wydusił.
– Jak to? – wyrwało mi się.
– Zwyczajnie. Mój cioteczny brat jest pomocnikiem oświetleniowca. Załapałem się przy tym filmie na takiego chłopaka do wszystkiego. Wiesz, kierowca, zaopatrzeniowiec – takie wynieś, przynieś, pozamiataj... Nici z twojego romansu z gwiazdorem – dodał złośliwie.
– Z gwiazdorem, owszem, a z romansu też? – spytałam niewinnie.
– Niezła z ciebie kłamczucha – burknął – Zrobiłem z siebie idiotę, bo podobałaś mi się jak cholera w tym sklepie i pomyślałem, że na aktora prędzej polecisz. Co ja się nałaziłem po tym lesie...
– A po co łaziłeś? – spytałam przewrotnie, bo chciało mi się krzyczeć z radości.
– A po to – stał tak blisko, że tylko podniósł ręce i już znalazłam się w jego objęciach. Zanim mnie pocałował, przez chwilę patrzył mi w oczy, jakby chciał dać mi czas na ucieczkę. Ale ja nie miałam zamiaru uciekać...

Katarzyna L., 22 lata, studentka.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/12 lat temu
super tekst, milo było przeczytac;)