Przystojny mężczyzna fot. Adobe Stock

„Odszedłem od żony, bo… mi się znudziła. Kiedy zostałem sam, zrozumiałem jak wielki błąd popełniłem”

Czułem się w małżeństwie jak w klatce. Wyrwałem się więc na wolność i... przejrzałem na oczy.
/ 28.07.2020 11:43
Przystojny mężczyzna fot. Adobe Stock

Siedziałem za kierownicą samochodu i smutnym, nieobecnym wzrokiem gapiłem się w dal. Przede mną i za mną stały rzędy unieruchomionych porannym korkiem aut. Nie to mnie jednak martwiło.

Na pierwszy rzut oka byłem człowiekiem sukcesu. W sile wieku, na dobrej posadzie, niezależny finansowo i emocjonalnie. Wciąż jeszcze przystojny, zadbany, w świetnej formie. Mogłem korzystać z życia pełnymi garściami. I to robiłem! Zaledwie dziś rano, zanim włożyłem garnitur i chwyciłem służbowy laptop, pożegnałem w progu swojego mieszkania długonogą i 20 lat młodszą dziewczynę. Kolejna niezobowiązująca znajomość, jeszcze jedno ponętne ciało do kolekcji. Takie właśnie było moje życie. Szybkie, nasycone przyjemnościami, nieprzewidywalne. 

W każdej chwili mogłem zmienić plany na weekend, dowolnego dnia umówić się do knajpy. Byłem wolny i niezależny. Nic mnie już nie ograniczało – ani rodzina, żona, dzieci czy jakieś domowe obowiązki. Do licha! Przecież właśnie tego od dawna chciałem! Czemu więc teraz czułem się zagubiony i po prostu  przygnębiony?

Zrozumiałem swój błąd

Pamiętam, że podobny smutek, choć sto razy mniejszy dopadł mnie, kiedy sprzedawałem swój ulubiony samochód. Auto było wygodne, szybkie i dobrze wyposażone. Świetnie się w nim czułem. Ale po trzech latach producent wprowadził już nowy model. Mój wóz, choć niezawodny i luksusowy, stał się nagle przestarzały. Znajomi pytali: „Staszek, kiedy wreszcie wymienisz go na nowy? Tamten ma 10 koni mechanicznych pod maską więcej i nowszej generacji tempomat”.

Głupia sprawa, ale mniej więcej tak samo było z moim małżeństwem. Znaliśmy się z Jolą jak łyse konie, rozumieliśmy bez słów. Odchowaliśmy dwójkę dziś już dorosłych dzieci – Maciek kończył politechnikę, Iga była na stażu w USA. Spłaciliśmy niejeden kredyt, wyszliśmy cało z niejednej życiowej burzy.

Byłoby oczywiście uproszczeniem powiedzieć, że nagle zapragnąłem wymienić ją na „nowszy model”. Albo że uległem podszeptom kolegów kuszących niedostępnymi dla żonatych urokami życia. Ale coś było na rzeczy. Z roku na rok czułem się coraz bardziej znudzony, przytłoczony monotonią codziennej rutyny i niedoceniany. Zacząłem się zastanawiać, czy warto trwać w związku, którego najlepszy czas przeminął kilkanaście lat temu? Jaki ma sens godzenie się na setki drobnych, ale uwierających jak piasek w bucie, kompromisów? Czy nie szkoda czasu na naprawianie drobnych usterek i zgrzytów? Przecież w dzisiejszych czasach nikt nie zawraca sobie głowy reperowaniem szwankującego telewizora, pralki, komputera. Teraz się takie rzeczy wyrzuca i na ich miejsce kupuje nowe. 

W końcu postąpiłem tak i z naszym małżeństwem. Zamiast łatać i scalać, po prostu wyrzuciłem je na śmietnik. Jola najpierw płakała, ale potem przystała na rozwód. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania, kupiłem młodzieżowe ciuchy, częściej biegałem do fryzjera. Żyłem aktywnie, wymyśliłem sobie nawet modną pasję, angażowałem się w nietrwałe relacje z kobietami. I... czułem się jak król Lear obsadzony w roli Romea. Cholera, nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, nie da się przeżyć powtórnie szaleństwa młodości. Ani się obejrzałem, jak zacząłem rozdzierająco tęsknić za poprzednim życiem. Za dobrymi relacjami z dziećmi, które zniszczyłem, za Jolą, którą tak boleśnie zraniłem...

Pozostało mi tylko jedno

Rząd samochodów wciąż stał bez ruchu, ale ja nagle poczułem, że ani chwili dłużej nie chcę posuwać się z prądem. Skręciłem kierownicę, dodałem gazu i ryjąc kołami murawę rozdzielającą dwa pasma ulicy wykręciłem w stronę dawnego domu. Jola wychodziła zawsze później ode mnie do pracy, wiedziałem więc, że jeszcze zdążę ją spotkać, a nawet kupić po drodze kwiaty. Czy zechce dać mi drugą szansę? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem natomiast jedno. Padnę jej do nóg i będę błagał o wybaczenie. Bez niej moje życie nie ma sensu.

Przeczytaj więcej listów do redakcji:„Czekaliśmy na dziecko 12 lat. Syn urodził się 10 tygodni wcześniej z poważną wadą serca. Dlaczego los tak mnie pokarał?”„Moja żona zmarła przy porodzie. Ja nie byłem gotowy zostać samotnym ojcem i po prostu oddałem córkę do adopcji”„Zaszłam w ciążę w wieku 15 lat i bardzo długo to ukrywałam. Bałam się reakcji rodziców”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)