mężczyzna, który odniósł sukces w biznesie fot. Adobe Stock, SHOTPRIME STUDIO

„Przebojowy Marek prowadzi biznes, a jego nieśmiały brat pracuje jako kierowca. Wszyscy zazdroszczą pierwszemu. Niesłusznie”

„– Jesteś nieudacznikiem! – wrzeszczała na cały głos, nie dając dojść ojcu do głosu. – Mama ma rację, że mogła lepiej trafić! Głupich kilku stów nie możesz mi dać?! To pójdę i wezmę je sobie z kasy, ci twoi głupi pracownicy nie odważą się odmówić córce szefa!”.
/ 05.08.2022 19:30
mężczyzna, który odniósł sukces w biznesie fot. Adobe Stock, SHOTPRIME STUDIO

Marka i Wojtka znam od zawsze, bo mieszkali po sąsiedzku. Kiedy byli mali, ich matka czasami przyprowadzała ich do mnie, jeśli musiała iść do pracy, a przedszkole było zamknięte. Moje dzieci są od nich trochę starsze, więc chętnie się z nimi bawili, a i te dwie porcje obiadu zawsze się znalazły. Niby byli braćmi, i do tego bliźniętami, a wyglądali, jakby mieli dwóch różnych ojców. Marek, nawet jak był jeszcze malutki, zapowiadał się na łamacza kobiecych serc. Czarne włosy, ciemne oczy, do tego od dzieciaka miał gadane. I jeszcze ten urok osobisty...

– Ciociu, ta zupka to niebo w gębie – mówił na przykład, a ja od razu dawałam mu dodatkową porcję.

Jak nabroił, wystarczyło, że się uśmiechnął, przeprosił z tą rozczulającą minką – i człowiek nie miał serca się na niego gniewać.

Wojtek był zupełnie inny. Poważny blondynek, raczej mało mówił, najczęściej siedział  cicho gdzieś w kątku i bawił się klockami. Albo schodził do mojego męża, do garażu, i tam godzinami potrafił podawać mu śrubki i klucze. Ot, taki spokojny, dobry dzieciak, na którego nikt większej uwagi nie zwróci, a on też prochu raczej nie wymyśli. Za to o Marku zawsze było głośno. 

Sama nie wiem, czy to, co osiągał, było jego zasługą, czy może raczej efektem tego, że zawsze umiał się zakręcić koło odpowiednich ludzi i wykorzystywać okazje. Ot, choćby taka sprawa z nauką. Za nic w świecie nie chciał mu wejść do głowy język rosyjski. A moja córka była całkiem niezła w te klocki. Marek przychodził więc do nas, żeby Lucynka poduczyła go tego czy owego, najczęściej kończyło się jednak tak, że niecierpliwiła się i odrabiała pracę domową za niego, a on się do niej wdzięczył.

Ta jego żonka to była niezła cwaniara

I tak było zawsze. Jeśli trzeba było pójść z jakąś delegacją, coś załatwić – Marek był niezmiennie chętny. Udało mu się na dobrej opinii przejechać podstawówkę, potem dostał się do dobrego liceum, a kto wie, czy nie skończyłby studiów, a nawet doktorem nie został, gdyby nie to, że w tym czasie umarła babcia bliźniaków i zostawiła im po kawałku ziemi. Byłam pewna, że chłopcy działki sprzedadzą, żeby kupić sobie mieszkanie w mieście, a może kiedyś pobudują sobie domy? Jednak Marek, jak zawsze, postąpił po swojemu. Inaczej niż wszyscy.

Pewnego ranka obudził mnie straszny hałas. W koszuli nocnej pobiegłam więc do okna – a tam po Markowej działce wielkie maszyny jeżdżą, ziemię nawożą, a do tego sadzą jakieś drzewka!

– Biznes, ciociu, zakładam – śmiał się Marek, kiedy wybiegłam, już porządnie ubrana, na dwór, i zażądałam wyjaśnień.

Okazało się, że Marek postanowił zostać sadownikiem! Mówiono we wsi, że nabrał kredytów, że jakby mu się noga powinęła, to do końca życia by z nich nie wyszedł! Ale Marek był w czepku urodzony, więc powiodło mu się i w tym. Trafił na dobry czas i wkrótce nie tylko sprzedawał owoce ze swoich sadów, ale też uruchomił produkcję soków i przetworów. We wsi wszystkie nieużytki wykupił, i tam, gdzie przedtem straszyły pola porośnięte trawą i krzakami, teraz pyszniły się drzewa owocowe. Wkrótce Marek pobudował piękny dom, jakiego jeszcze na naszej wsi nie było, i nawet bramę miał na pilota…

Wiadomo, jak to jest – każdy był trochę zazdrosny, że chłopakowi z naszej wsi, bez żadnego wykształcenia ani znajomości, tak się powiodło, a reszta po staremu klepie biedę. Szybko jednak okazało się, że Marek po dawnemu z każdym wspólny język umie znaleźć, a do tego zaczął zatrudniać ludzi z okolicy.

Wojtek zresztą też u brata dostał pracę jako kierowca. Mniej więcej w tym samym czasie urodziły się obu braciom córki. Wojtek na tym nie poprzestał i miał jeszcze dwóch synów, ale Marek stwierdził, że woli mieć jedno dziecko i zapewnić mu życie na dobrym poziomie... Sam takiej głupoty nie wymyślił, podpowiedziała mu ją ta paniusia z miasta, z którą się ożenił. O, ta cwaniara to była kuta na cztery łapy. Podobno córka radnego czy kogoś takiego – a wiadomo: czy coś dobrego może wyjść z polityki?

W każdym razie ta cała Karina szybko zorientowała się, że tatusiowa kadencja wiecznie trwać nie będzie, a Marek głowę na karku ma i przy nim biedy nie zazna. Z tego, co słyszałam, poszli ze dwa razy na dyskotekę i wystarczyło – nie minęło kilka tygodni, a okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Nie wiem, czy byliby razem, gdyby nie mała Julka, ale u nas jeszcze takie wartości jak rodzina się liczą, i Marek, choć chyba czasami robił złą minę do złej gry, zaciskał zęby i jakoś razem pchali ten małżeński wózek.

Jak za dawnych lat, wpadał tylko do mnie czasami, najczęściej w porze obiadu, bo ta jego paniusia żywiła się tylko sałatą, i przy talerzu bigosu czy schabowym czasami mu się wypsnęło to czy owo.

– Oj, ciociu – tytułował mnie jak wtedy, gdy był jeszcze dzieckiem – Ciężkie jest to życie…  

– A na co ty narzekasz? – załamywałam ręce. – Żona jak malowana, dziecko zdrowe, w firmie, słyszę, nie najgorzej idzie…

Podsłuchałam jego rozmowę z córką

Machał wtedy tylko ręką. Wiedziałam przecież, o co mu chodzi – Kariny nigdy w domu nie było, bo wiecznie w mieście u fryzjerki albo kosmetyczki przesiadywała, i co gorsza, ciągnęła ze sobą córkę. A Marek czasami nawet nie miał do kogo ust otworzyć, jak wracał z pracy, już nie mówiąc o tym, żeby mu obiad przyszykowała. Pewnie dlatego tak często do nas wpadał i garnął się do Wojtka.

Chociaż dawniej nie było między nimi wielkiej zażyłości, teraz Marek przesiadywał w starym rodzinnym domu brata chyba więcej niż we własnym. Wojtek wciąż był kierowcą, choć brat proponował mu wyższe stanowisko, ale tamten twierdził, że lubi to, co robi.

– Jakie to dziwne – zagadnęła mnie raz daleka kuzynka. – Niby bracia, a tacy do siebie niepodobni… Jednemu wszystko się w życiu udało, a drugi taki przeciętny, niczym się nie wyróżnia… Musi mu być wstyd…

Pokiwałam wtedy głową, bo i co miałam powiedzieć? Chociaż jakoś mi się wydawało, że to nie do końca tak... A niedawno przekonałam się, że miałam całkowitą rację. Poszłam akurat wywieszać pranie, więc nie mogłam nic poradzić na to, że słyszałam rozmowę Marka z córką! Teraz to już duża panna, chodzi do ostatniej klasy liceum, i, z tego, co słyszałam, jest wierną kopią swojej matki.

– Tato, potrzebuję na jutro pięć stów, idziemy z dziewczynami po szkole do galerii – oznajmiła, podczas gdy Marek siedział na werandzie z gazetą.

– Dostałaś już w tym miesiącu kieszonkowe – zdenerwował się z miejsca. – Na co ty wydajesz te wszystkie pieniądze?! Poza tym muszę zapłacić za towar, nie mam kasy na twoje wydumane zachcianki!

– Tatusiu, przecież wiesz, ile dziewczyna musi wydać na siebie, żeby dobrze wyglądać – brała go pod włos, a kiedy Marek pozostał niewzruszony, zaczęła tak bluzgać, że mało mi uszy nie spuchły!

– Jesteś nieudacznikiem! – wrzeszczała na cały głos, nie dając dojść ojcu do głosu. – Mama ma rację, że mogła lepiej trafić! Głupich kilku stów nie możesz mi dać?! To pójdę i wezmę je sobie z kasy, ci twoi głupi pracownicy nie odważą się odmówić córce szefa!

Marek próbował ją uspokoić, ale na próżno. Wyrwała mu się i pobiegła do domu, trzaskając przy tym wszystkimi drzwiami, aż dzwoniło. Marek pokornie powlókł się za nią.

– Miła ta moja kuzyneczka, nie ma co – odezwała się Karolcia, córka Wojtka, która właśnie zatrzymała rower koło mojego płotu. – Wujek by jej nieba przychylił, a ona zadaje się z jakimiś nieciekawymi typkami i ciągle nawija tylko o kasie…

– Ano, i tak bywa – westchnęłam. – A ty pewnie do koleżanki jedziesz?

– Nie, do sklepu – potrząsnęła przecząco  głową. – Mama zapomniała kupić piwa, a tatuś dziś wraca z kursu. On tak lubi napić się po kolacji, że wsiadłam na rower i pojadę, bo mama jest zajęta przygotowywaniem obiadu, no a chłopcy są jeszcze za mali na taką wyprawę!

Wiem, o czym mówiła, bo najbliższy sklep, po zlikwidowaniu naszego wiejskiego spożywczaka, mamy kilka kilometrów dalej, i to jeszcze pod górkę. Gdyby nie objazdowy sklep, który zajeżdżał do nas codziennie, nie wiem, jak byśmy się żywili. Chwilę po Karolci w tę samą stronę ruszyła swoim nowym, luksusowym autem Julka. Nie wiem, czy wydębiła pieniądze od ojca, ale sądząc po tym, jak ostro ruszała z miejsca, pilno jej było na zakupy, więc chyba tak.

Patrzyłam przez chwilę na te dwie dziewuszki jadące tą samą drogą: jedna, by wydać pieniądze pogardzanego ojca, a druga, by sprawić trochę radości swojemu tacie. I tak się zastanawiam, który z nich jednak doszedł do czegoś w życiu?

Czytaj także:
„Gdy oznajmiłem, że zostanę przedszkolankiem, ojciec zwyzywał mnie od dziwadeł. Kpił, że żaden ze mnie mężczyzna”
„Szwagier to gnida, zniszczył życie mojej siostrze. Zostawiła go dopiero, gdy zachorował, ale teraz ma wyrzuty sumienia”
„Syn chciał zaszpanować dziewczynie na górskim stoku. Niestety, ta brawura skończyła się dla niego tragicznie”