Niech tylko wróci

Zapomniałam, co w życiu liczy się tak naprawdę.
/ 14.04.2007 01:02
Tęsknotę leczyłam, patrząc na wyciąg z konta. Gdybym wiedziała...

Udało się. Teraz już wszystko będzie dobrze. Tylko czemu Marcin ma taką niewyraźną minę? Przecież rozmawialiśmy o tym od roku, odkąd stracił pracę. Pewnie, że nie będzie łatwo. Ale ostatecznie, to ja zostanę tu sama z dziećmi. Jakoś sobie poradzimy i może wreszcie staniemy na nogi. Wyremontujemy mieszkanie, kupimy samochód choćby używany i wreszcie przestaniemy się martwić o każdy grosz. Wszystko jakoś się układało, póki Marcin pracował. Pewnie, nie było nas stać na luksusy, ale przynajmniej na jedzenie i ubranie nie brakowało. A potem zlikwidowali tę hurtownię i zrobiło się ciężko. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o wyjeździe. Tyle osób wyjechało. Na zebraniach w szkole śmiałyśmy się nawet, że same słomiane wdowy niedługo u nas będą. Ale gołym okiem widać było, że rodzinom tych, co się odważyli, teraz lepiej się powodzi. No więc pomyślałam, że i Marcin mógłby wyjechać. Miał przecież w tych Stanach jakiegoś wujka. Może niezupełnie wujka, ale krewnego w każdym razie. Tylko, że to tak strasznie daleko i wiadomo, że nie ma co liczyć na żadne odwiedziny.

Biłam się z myślami
I wtedy spotkałam Hankę. Prawie jej nie poznałam, taka była elegancka. Chodziłyśmy razem do szkoły, ale wtedy była z niej szara myszka. A teraz? Pani całą gębą. Powiedziała, że od dwóch lat siedzi w Londynie, że zamierza popracować tam jeszcze rok albo dwa, a kiedy wróci otworzy sklep albo może kwiaciarnię.
– Też myślimy o wyjeździe, ale poza Stanami nie mamy żadnej rodziny – westchnęłam.
– A po co wam rodzina? – zdziwiła się – Teraz nikt nie wyjeżdża do rodziny. Wracam za tydzień, jak chcesz, jedź ze mną – dodała.
– No coś ty? Nie znam języka, no i dzieci przecież, dom. Marcin sam nie da sobie rady.
– Na początek poradzisz sobie i bez języka – przekonywała.
– Mój znajomy ma tam firmę remontową. Normalnie pracuję jako pokojówka w hotelu, ale czasem dorabiam sobie u niego sprzątaniem po remontach. Ty też możesz – namawiała. Strasznie mnie to kusiło, ale jednak się nie zdecydowałam. Marcin jest zaradny i w domu wszystko umie zrobić, nawet kafelki sam kładł, ale choćby z gotowaniem już byłby problem. I dzieci takie małe. Nie. Ja nie mogłam wyjechać. Ale umówiłam się z Hanką, że będzie się rozglądać. I jeśli znajdzie coś dla Marcina, da znać. No i właśnie wczoraj zadzwoniła. Ten jej znajomy ma coraz więcej zleceń i potrzebuje ludzi. A Marcin zna się trochę i na elektryce, i na murarce, a kafelki kładzie lepiej niż niejeden glazurnik. Angielskiego wprawdzie nie zna, ale przecież ten facet, co ma firmę, to Polak. Byłam cała w skowronkach i już przeliczałam te godzinowe stawki w funtach na złotówki. To jakiś potworny majątek.
– Myślisz, że to naprawdę dobry pomysł? – Marcin wcale się nie cieszył.
– No pewnie – nie rozumiałam, o co mu chodzi – Popatrz tylko na Majchrzaków. Dom wyremontowali, samochód kupili, a Elka do lupeksów to już nawet nie zagląda – tłumaczyłam.
– Ale Jarek ma dopiero cztery latka. Jak wrócę pewnie wcale mnie nie pozna – Marcin pokręcił głową – I ty sama tutaj. Poradzisz sobie ze wszystkim?
– O mnie to już ty się nie martw. Jak nie będę musiała sobie głowy łamać, jak dotrwać do pierwszego, to nic mi nie będzie. Zresztą, rok szybko zleci.

Wyjazd
Wszystko widziałam przez różowe okulary i denerwowało mnie, że Marcin się waha. Tyle ludzi wyjechało w ciemno, a on ma załatwioną pracę i marudzi. Marcin dał się przekonać. Wzięłam więc pożyczkę w pracy, żeby miał na bilet i jakieś pieniądze na początek i zadzwoniłam do Hanki – obiecała przekazać, że Marcin przyjedzie za tydzień.
No i pojechał. Nie powiem, dziwnie mi było. Dopiero po kilku dniach zdałam sobie sprawę, że mnóstwo takich zwykłych domowych rzeczy było na jego głowie. Choćby płacenie rachunków, cięższe
zakupy, odprowadzanie małego do przedszkola. Niby nic, ale tyle się tego zbierało, że przez cały dzień nie miałam ani jednej wolnej chwili, a wieczorami byłam tak zmęczona, że chciało mi się płakać. Najgorszy był pierwszy miesiąc. Całe szczęście jeszcze, że tam telefony są tanie, więc Marcin dzwonił co sobotę.
– Ten właściciel firmy wygląda na porządnego człowieka i zarobić daje. I kraj piękny, choć zupełnie tu inaczej niż u nas – mówił.
Martwiło mnie tylko, że wydawał mi się jakiś taki smutny, czy ja wiem ...przygaszony? Dopiero po trzech tygodniach odżył.
– Miałem tu trochę wydatków, bo za mieszkanie musiałem zapłacić i chłopakom wkupne postawić, ale sprawdź jutro stan konta – powiedział tajemniczo.
Z samego rana pobiegłam do banku, poprosiłam o wyciąg i mowę mi odjęło. Dawno już nie widziałam tylu pieniędzy. No, jeśli tyle mu zostało po tych wszystkich wydatkach, to znaczy, że potem będzie jeszcze lepiej. Kto wie, może nawet będzie nas stać, żeby wybudować dom? Tego samego dnia zabrałam dzieciaki na zakupy. Małgosi kupiłam dżinsy i kurtkę o których marzyła, Jarkowi rowerek i zapisałam Elę do ortodonty. Teraz można jej będzie założyć nawet stały aparat, co to trzeba za niego zapłacić.

Nowa codzienność
„Wreszcie pożyjemy” – myślałam i wieczorem byłam nawet jakby mniej zmęczona niż zwykle. Przez następne tygodnie euforia mnie nie opuszczała. Pewnie, czasami było mi i ciężko i smutno, ale co tam... Coś za coś. Jeszcze nigdy nie powodziło nam się tak dobrze. Na Boże Narodzenie Marcin miał przyjechać. Całe szczęście że koledzy mu poradzili, żeby kupił bilet na samolot jeszcze w październiku, bo potem nie będzie. Już od połowy listopada planowałam, co ugotuję, żeby miał wszystko, co lubi. Nie zapomniałam nawet o takim pierniku, co to jego mama zawsze robiła, który przed pieczeniem musi trzy tygodnie dojrzewać w lodówce. Ale dwa tygodnie przed świętami Marcin zadzwonił, że nie przyjedzie.
– Wiesz, trafiła mi się nadzwyczajna fucha. Będę pilnował takiego jednego magazynu. Za ten świąteczny tydzień płacą potrójną stawkę – tłumaczył.
– Pewnie, szkoda stracić taką okazję – przytaknęłam bez entuzjazmu – Ale bilet się zmarnuje – dodałam niepewnie.
– Nie zmarnuje, taki młody chłopak tu jest. Dziecko mu się urodziło miesiąc za wcześnie, więc chce jechać na święta, choć nie planował. Wiesz, jak się ucieszył, jak mu ten bilet odstąpiłem...
Już odstąpił? Prawdę mówiąc trochę mnie to zaskoczyło. Myślałam, że Marcin dzwoni, żebyśmy razem ustalili, czy warto odłożyć jego przyjazd ze względu na ekstra zarobek, a on mówi, ze już odstąpił. To znaczy, że sam zdecydował i zadzwonił tylko żeby mi o tym powiedzieć?

Boże Narodzenie bez Marcina
Nie były to przyjemne święta. Pod choinką było pełno jak nigdy, ale nie umiałam się tym cieszyć. A i dzieciaki były markotne. Dobrze chociaż, że w drugi dzień świąt przyszła Zosia, sąsiadka z dołu z mężem, to przynajmniej miałam do kogo buzię otworzyć.
– Co jest? Marnie wyglądasz – zagadnęła, gdy robiłam w kuchni kawę.
– A, nic takiego – machnęłam ręką.
– Nie najlepiej się dziś czuję.
– Tylko dziś, czy może wreszcie do ciebie dotarło, że takie życie na odległość jest do niczego – popatrzyła na mnie badawczo – A wiesz, że ludzie zaczynają gadać? – dodała nagle.
– O czym gadać?– nie zrozumiałam.
– O tobie i Wieśku – wyjaśniła.
– Co o mnie i Wieśku? – patrzyłam na nią, jakby się z choinki urwała.
Wiesiek chodził do szkoły z moim bratem. Był hydraulikiem i miesiąc temu montował mi nowy zlew w kuchni, a potem naprawiał spłuczkę. Nie wziął pieniędzy, więc zaprosiłam go na kolację.
O czym niby mieli gadać?
– Wiesz, on kawaler, ty słomiana wdowa... – Zosia unikała mojego wzroku.
– Zwariowałaś? – nie wierzyłam własnym uszom – Poza wszystkim innym, on jest ode mnie z siedem lat młodszy!
– Ja nie mówię, że coś między wami jest, tylko, że ludzie gadają – miała taką minę, że wcale nie byłam pewna, czy ona też w to ludzkie gadanie nie wierzy.

Plotki utrudniają życie
Wieczorem postanowiłam dać sobie spokój z oszczędnością
i zadzwonić do Marcina. Powiem mu wszystko, wyżalę się chociaż. Boże, co za ludzie. Znają mnie przecież od dziecka i co? Wystarczyło, że na parę miesięcy zostałam sama, żeby podejrzewali nie wiadomo co? Wykręciłam numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci... Nie odbiera. Odłożyłam słuchawkę. Gdzie on może się podziewać o tej porze? Jedenasta dochodzi.
A prawda – przypomniałam sobie – przecież to ciągle święta. Pewnie pilnuje tego magazynu, czy czegoś tam. Ciekawe, swoją drogą, że akurat jemu trafiła się taka ekstra fucha? Zresztą, nieźle zarabia. Mógł przyjechać, machnąć ręką na te parę euro. A jeśli to nie o pieniądze chodzi... – aż mi się zimno zrobiło ze strachu. Przecież do tej Irlandii pojechało pół Polski. A jeśli on tam sobie znalazł jakąś samotną sierotkę do pocieszania?
– Przepłakałam pół nocy. Dobrze, że następnego dnia nie musiałam iść do pracy, bo wyglądałam jak upiór. Oczy czerwone, zapuchnięte. Tłukłam się po domu jak marek po piekle i ledwie minęła dwudziesta, złapałam za telefon. Znów nie odbierał. Przesiedziałam przy telefonie prawie do północy. Dobrze, że miałam w domu jakąś tabletkę na uspokojenie, bo chyba bym zwariowała.
Zadzwonił dwa dni później. Nie wiedziałam, czy się cieszyć, czy złościć.
– Nie spieszyłeś się zbytnio – warknęłam w słuchawkę.
– Co ci jest? Przecież mówiłem, że będę siedział na tej stróżówce przez okrągły tydzień. Wróciłem i od razu dzwonię. Wezmę prysznic i kładę się spać, bo ledwie na oczy widzę, a jutro do roboty – głos miał zmęczony, ale i jakiś obcy.
– Przepraszam – opanowałam się.
– Okropnie tęskniłam. I dzieci. I w ogóle. Co to za święta bez ciebie – płakałam już w tę słuchawkę na dobre
– Wiem, mnie też było nijak – Dobrze chociaż, że w samą Wigilię odwiedziła mnie na tej stróżówce taka jedna Polka, co mieszka niedaleko. Pierogi z grzybami mi przyniosła, ale gdzie im do twoich.
– Polka? Jaka Polka? – od razu przypomniały mi się wszystkie podejrzenia.
– Jak to jaka? Zwyczajna chyba. Robiłem jej łazienkę przed samymi świętami. Zadowolona była, nawet na Wigilię chciała mnie zaprosić. Ale powiedziałem, że nie mogę, bo stróżuję. Wychodziła z psem na spacer, to przyszła z tymi pierogami – Marcin mówił zupełnie swobodnie, ale w głowie już brzęczał mi alarmowy dzwoneczek. A więc jednak. Miałam rację. Znalazł sobie ciepełko domowe. Co robić? Boże święty, co robić?
– Aaaa – zawahałam się, ale już nie byłam w stanie się powstrzymać – A ile ta opiekuńcza osoba ma lat? – wystrzeliłam, wiedząc, że głupio robię, ale nic na to nie mogłam poradzić.
O matko, jak on się śmiał. Prawie widziałam jak marszczy nos, jak brwi tworzą mu na czole prostą linię – zawsze tak wyglądał, kiedy śmiał się tak naprawdę, do rozpuku. Słuchałam i czułam, jak opada ze mnie całe zdenerwowanie, rozpacz. To nie mogło być udawane.
– Nie pytałem, nie wypada, ale na moje oko z siedemdziesiąt. Mieszka tu chyba z pięćdziesiąt lat – wykrztusił wreszcie – No popatrz, musiałem wyjechać, żebyś była o mnie zazdrosna – dodał.
– Zaraz tam, zazdrosna – wróciło mi poczucie humoru i próbowałam się przekomarzać – Ale pamiętaj, oczy ci wydrapię, jakby co – śmiałam się.

Nie ma leku na tęsknotę
Zaczęłam żyć oszczędniej. Przedtem też nie byłam rozrzutna, ale jednak od czasu do czasu pozwalałam sobie na beztroskę. "Zawsze Marcin może zostać tam parę miesięcy dłużej" – myślałam po każdym poważniejszym zakupie. Na bzdury nie wydawałam – nowa pralka naprawdę była nam potrzebna, ale już zmywarki nie musiałam kupować – myślałam teraz. Przestałam też oglądać zestawy kina domowego, a Małgosi na urodziny kupiłam odtwarzacz CD, zamiast wieży, którą oglądałam w sklepie już od paru tygodni. Byle do września – myślałam i odliczałam miesiące do powrotu.
Z finansowych szaleństw pozwoliłam sobie jeszcze tylko na kupno komputera i kamerki internetowej, takiej najtańszej za 40 złotych. Strasznie żałowałam, że tego akurat nie kupiłam wcześniej, bo teraz mogliśmy się z Marcinem widywać. Jego kolega z pokoju obok, też miał komputer z taką kamerą i chętnie udostępniał go Marcinowi na – jak mówił – "telekonferencje". Wreszcie zrozumiałam fascynację dzieciaków komputerem. Do tej pory myślałam, że to tylko taka zabawka do gier, czy czego tam. Teraz dopiero, kiedy zobaczyłam męża prawie "na żywo" doceniłam to urządzenie. I dobrze, że je kupiłam, bo obawy Marcina przed wyjazdem były słuszne – za pierwszym razem Jarek schował się za mną i nie chciał nic mówić. Dopiero przy drugiej rozmowie wołał "tata" i próbował pocałować monitor.
Wiosna w tym roku przyszła szybko. O tej porze zawsze spędzaliśmy dużo czasu w ogródku, a teraz? Nie cieszyły mnie nawet kiełkujące tulipany, z których zawsze byłam dumna.
A grządki? Kto je skopie? Sama nie dam rady, a Wieśka nie chciałam prosić. Zosia mówiła, że tamte plotki ucichły, ale czy to ludziom wiele trzeba? Najwyżej część będzie nie uprawiona. Zresztą, pomidorów na przykład nie będę sadzić, bo mi się nie udają. To Marcin wybierał sadzonki, przycinał i podwiązywał. Myślałam o tych pomidorach i aż się popłakałam z tęsknoty. I na tę chwilę trafiła Zosia.
– Masz dosyć – nawet nie spytała, dlaczego beczę.
– Mam – zapomniałam, że mam być dzielna. Zresztą, dzielna byłam od sierpnia. Już prawie 7 miesięcy.
– A kiedy Marcin wraca? Rozmawialiście już o tym? – spytała.
– Nie rozmawialiśmy, ale chyba pod koniec lata. Tak było w planach.
– A finansowo jak stoicie? – pytała dalej.
Kogo innego bym ofuknęła, że to nie jego sprawa, ale Zosia zawsze była mi życzliwa. I choć starsza o dobre 10 lat, naprawdę się przyjaźniłyśmy.
– Budować się nie będziemy, ale co tam – machnęłam ręką – Nie chcę żadnego domu. Niech on wraca – dodałam.
– Tak sobie właśnie myślałam, czy... – zaczęła i urwała nagle.
– Co?
– Nic, nic. Tylko to już nie te czasy, kiedy 100 funtów to był majątek. Mąż mojej córki w zeszłym roku był w Londynie. Wiem, ile zarabiał. Chyba sporo mniej niż Marcin. I tak myślę, czy on tam nie zaharowuje się, skoro tyle ci przysyła. Żeby zdrowia nie stracił, bo pewnie i je byle co, żeby za dużo nie wydawać.


W jednej chwili zrozumiałam tak wiele
Poszła sobie, a ja nie mogłam się ruszyć. O, Matko Boska – to mi do głowy nie przyszło. Rzeczywiście, Marcin bardzo schudł. Nawet o to spytałam, ale mówił, że je więcej warzyw, mniej mięsa. Cieszyłam się, bo to zdrowo. Ale... Praca na budowie lekka nie jest. Mężczyzna musi zjeść.
A przecież ani Elka Majchrzakowa, ani ta jej sąsiadka, której mąż do Niemiec wyjechał nie były specjalnie zachwycone. Narzekały, że te zarobki tam wcale nie są takie fantastyczne. Myślałam, że one może takie pazerne... Albo, że przed wyjazdem lepiej im się żyło niż nam, więc może tej różnicy tak bardzo nie widzą. Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że jest praca i praca. Nawet w niedzielę Marcin często dzwonił dopiero wieczorem, bo mówił, że gdzieś tam coś robił. Więc może on naprawdę się zaharowuje... O Boże, niech już wraca. Z pracą, ostatnio, tu u nas jakby lepiej. Ludzie tak mówią.Poza tym nauczył się w tej Irlandii wszystkich tych budowlanych rzeczy. Kafelki może kłaść i u nas. Żaden tam sierpień ani wrzesień. Niech wraca jak najszybciej. No, nie jutro. Ten facet, który go zatrudnił, musi sobie kogoś znaleźć, nie można tak porządnego człowieka z dnia na dzień zostawić. Ale na Wielkanoc mógłby już przyjechać.
W sobotę kiedy zadzwonił, rozmowa się nie kleiła. Spytałam, czy coś się stało.
– Nie, nic. Zmęczony trochę jestem.
– Za dużo pracujesz – szepnęłam.
– Pewnie tak – westchnął - Ale chcę zarobić jak najwięcej, żebyś się już tak nie musiała szarpać jak wrócę – powiedział to tak smutno – Wytrzymam, ale na Wielkanoc przyjadę, co? Tęsknię – usłyszałam w jego głosie wahanie. Jakby nie był pewien, co powiem.
O Boże, co on o mnie myśli? Nie chciał tam jechać. Powinnam była wiedzieć. Każda nowa sytuacja, nowi ludzie, to było coś, z czym musiał się oswoić. A ja go wypchnęłam między obcych. Dla mnie to zrobił. Szukał pracy tutaj i w końcu by znalazł. Przecież nawet jak był bezrobotny, zawsze coś tam zarobił. Ale nie! Luksusów mi się zachciało. Ciuchów, pralki i tej cholernej zmywarki...
– Przyjadę na święta... – powtórzył.
– Nie – przerwałam stanowczo.
– Myślisz, że już nie ma sensu? No tak, zostało tylko parę miesię...
– Marcin, poczekaj, muszę ci coś powiedzieć – zaczęłam.
– Tak? – usłyszałam strach w jego głosie. Czego się bał? Że powiem, żeby został? O matko jedyna, jak mi było wstyd.
– Słuchaj, ja... – urwałam, bo nie wiedziałam, jak mam to powiedzieć. Bo przecież muszę go przeprosić, wyjaśnić.
– Tak? – powtórzył.
– Ja... – wzięłam głęboki oddech – Ja nie chcę, żebyś przyjeżdżał tylko na Wielkanoc. Przeliczyłam się. Chcę, żebyś na Wielkanoc już wrócił na dobre.
– Ale, przecież – zaczął, ale znowu mu przerwałam.
– Nie wytrzymam jeszcze pół roku. Oszaleję tu bez ciebie. Wracaj – ostatnie słowo prawie krzyknęłam.
– To wrócę – w jego głosie było tyle radości. W jednej chwili zrozumiałam, że on wszystko wie, że nie będę musiała ani go przepraszać, ani niczego wyjaśniać.
– Ale czekoladowy mazurek ma być – usłyszałam jeszcze.
– Będzie – roześmiałam się i poczułam, jak spada ze mnie ten potworny ciężar, który gniótł mnie przez tyle miesięcy.

Autorka: Barbara N., lat 37, urzędniczka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)