POLECAMY

Mąż miałby się zajmować naszym synem? Przecież tylko matka to potrafi! - wyznanie Ewy

Ponoć zamieniłam sypialnię na dziecięcy pokój. Moje życie to mój syn. Tylko!
/ 4 miesiące temu
Mąż miałby się zajmować naszym synem? Przecież tylko matka to potrafi! - wyznanie Ewy fot. Fotolia

Moja mama zawsze uważała, że jestem stworzona do życia w luksusie i obracania się w wysokich sferach. Uwielbiała snuć opowieści o wspaniałym życiu, jakie wiodła w dworku na Kresach. Zaszczepiła we mnie przekonanie, że pochodzenie predestynuje nas do zajmowania eksponowanego miejsca w świecie.

Jako nastolatka miałam zaplanowane życie w najdrobniejszych szczegółach. Bogaty mąż, piękny dom z ogrodem, eleganckie przyjęcia i dwójka idealnych dzieci. Kiedy skończyłam liceum, mama uznała, że powinnam iść na dobre studia. Myślałam o jakimś uniwersyteckim kierunku humanistycznym, ale moja zapobiegliwa rodzicielka od razu wybiła mi to z głowy.

– Oszalałaś! – oburzyła się. – Tam są same baby. Znajdę ci coś odpowiedniego – zapowiedziała i zakończyła rozmowę.
Dwa dni później oznajmiła, że zacznę studiować na SGGW na wydziale związanym z żywieniem. Uznała, że to bardziej praktyczny kierunek, łatwiej po nim będzie o pracę.
– No i będziesz miała kontakty z młodymi ludźmi z innych wydziałów, tych bardziej męskich – mrugnęła porozumiewawczo.

Studiowanie raczej mnie nudziło, ale życie studenckie okazało się bardzo ekscytujące. Imprezy w klubach i prywatki zajmowały mi większość czasu. Na jednej z takich zabaw poznałam Mariana. Był średnio przystojny, za to zabawny i miły. Studiował coś związanego z technologią drewna, był na ostatnim roku.  Nad ranem odprowadził mnie do domu. Następnego dnia zadzwonił i zaprosił mnie na spacer. Niech będzie – pomyślałam, chociaż raczej wolałabym kino albo klub.

Randka w ogrodzie

Zawiózł mnie do ogrodu botanicznego w Powsinie. Nigdy tam nie byłam i nie miałam pojęcia, że to takie piękne miejsce. Marian opowiadał o roślinach, które tam rosną, i nawet nie zauważyłam, kiedy upłynęło nam całe popołudnie. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie i zaczęliśmy się regularnie spotykać.
Mama koniecznie chciała go poznać.
Przygotowała elegancką kolację i ruszyła do ataku. Trochę mi było głupio, kiedy niczym wytrawny śledczy wypytywała Mariana o pochodzenie, status majątkowy i plany na przyszłość. Mój chłopak przeszedł test, ale bez rewelacji – nie był dostatecznie bogaty i nie miał arystokratycznych przodków – ale został zaakceptowany. Jak powiedziała mama po jego wyjściu – „dobrze rokował”.

Masz dom, żonę, syna, codziennie obiad. To mało?

Jak było do przewidzenia moje umiarkowane zainteresowanie nauką zaowocowało oblaniem egzaminów i zakończyło moją wątpliwą karierę studentki.
– Nie masz co się martwić – zbagatelizowała to mama. – Marian się oświadczył, więc reszta jest bez znaczenia.
Okazało się, że co do rokowań na przyszłość mego męża mama była wręcz jasnowidzem. Od razu po studiach Marian zatrudnił się w prywatnej fabryce mebli, której właścicielem był Szwed. Rzadko bywał w Polsce, więc potrzebował kogoś, kto odpowiednio poprowadzi mu biznes. Marian szybko awansował. Właściciel bardzo go cenił i nawet zaczął traktować jak przyjaciela. Na urlop zaprosił nas do siebie do Vesterviku. W tym urokliwym miasteczku jest najwięcej słonecznych dni w roku. My też trafiliśmy na piękną pogodę. Spędziliśmy tam wspaniały tydzień, zwiedzając okolice i bawiąc się na przyjęciach w domu naszego gospodarza i jego przyjaciół.
Po powrocie postanowiłam rozbudować nasze życie towarzyskie. Zamierzałam bywać i wydawać przyjęcia u siebie. Niestety, już pierwsze okazało się niewypałem.

Mama stwierdziła, że to przez Mariana, bo zaprosił ludzi zupełnie nie na poziomie. Nikt nie docenił przygotowanych na litewskiej recepturze kołdunów w rosole. Mamę ubodło, że goście nazywali je pospolitymi pierogami.

Tamta wycieczka do Szwecji okazała się brzemienna w skutkach, i to dosłownie. Dziewięć miesięcy później urodził się nasz syn.

Piotruś zawojował mnie i babcię całkowicie. Mąż próbował wcisnąć się między naszą trójkę, ale co on mógł wiedzieć o wychowaniu dzieci? Przeniosłam się do pokoju małego, żeby przez cały czas był pod moją czujną opieką. Marian nakłaniał mnie do powrotu do małżeńskiej sypialni, ale tylko go ofuknęłam. On zupełnie nic nie rozumiał. Dziecko wymaga stałej troski i opieki matki. Jego pomysły, żebyśmy zajmowali się Piotrusiem na zmianę, tylko mnie rozśmieszyły.

Piotruś skończył cztery lata, kiedy mój mąż oświadczył, że odchodzi

Zamurowało mnie.
– Masz piękny dom, idealną żonę, wspaniałe dziecko, masz codziennie ugotowany obiad, wszystko wyprane i wyprasowane – zaczęłam wyliczać, kiedy już odzyskałam głos. – Czego ci brakuje? – krzyknęłam dramatycznie.
– Miłości, ciepła i odrobiny zainteresowania – zaczął. – Kiedy urodził się Piotruś, odstawiłaś mnie na boczny tor. Nie kochamy się, bo naszą sypialnię zamieniłaś na dziecięcy pokój. Ilekroć próbowałem zbliżyć się do synka, zawsze mnie odsuwałaś. W kółko słyszałem, że nie umiem się nim zajmować... Nawet nie zauważyłaś, że do domu wracam coraz później. Do niczego ci nie jestem potrzebny. To, że mnie nie ma, zauważyłabyś dopiero wtedy, gdy na koncie przestałyby pojawiać się zarobione przeze mnie pieniądze – skończył z goryczą.

I tak zakończył się mój związek.

– On po prostu na ciebie nie zasługiwał, córeczko – podsumowała decyzję Mariana mama. – Jestem pewna, że znajdziesz sobie kogoś lepszego.

Marzyłam o tym, żebyś został prawnikiem...

Skupiłyśmy się na wychowaniu Piotrusia. Na początku było dość łatwo, bo nasz złoty chłopiec robił wszystko, czego od niego wymagałyśmy. Nawet spotkania z ojcem nie naruszały tego porządku. Z czasem było coraz trudniej. Jako nastolatek coraz częściej miał swoje zdanie i próbował się buntować. Nie rozumiał, że kierując jego życiem, chcę tylko jego dobra.
– Zdecydowałeś już, jakie studia wybierzesz? – zapytałam tuż przed maturą.
– Tak, wybieram się na studia rolnicze – powiedział spokojnie.

O mało nie dostałam zawału.

W marzeniach widziałam go w lekarskim kitlu albo sędziowskiej todze!
– Myślałam, że w przyszłości będziesz chodzić w lakierkach, a ty wolisz ubłocone gumiaki? Zastanów się jeszcze i wybierz studia, które zapewnią ci odpowiedni status w społeczeństwie. Nie powinieneś podejmować takiej decyzji sam. Zawsze lepiej porozmawiać z kimś dorosłym, doświadczonym.
– Rozmawiałem z tatą i on mnie wspiera... – zaczął Piotr, ale mu przerwałam:
– No tak, jasne. Dobrze, że nie chcesz zostać stolarzem jak twój niewydarzony ojciec.
– Mamo, tata jest prezesem największej giełdowej spółki meblarskiej – przypomniał mi syn, lecz machnęłam ręką niecierpliwie.

Szlag mnie trafiał za każdym razem, kiedy widywałam Mariana w telewizji, zwykle z żoneczką u boku.

Żeby sobie jeszcze wybrał młodszą ode mnie, to bym zrozumiała. Ale ten babol jest o rok starszy ode mnie!
– Może właśnie dlatego tata odniósł sukces... – Piotrek przerwał moje rozmyślania
– że całe życie robił to, co lubi najbardziej. Ja też chcę, żeby praca była moją pasją.

Ta rozmowa do niczego nie prowadziła. Żadne argumenty nie docierały do mojego syna! Nawet pozorowany atak serca nie zrobił na nim specjalnego wrażenia (może za często stosowałam ten trik i się uodpornił). Ostatecznie Piotr zaczął studia rolnicze.

„Tu poniosłam porażkę, ale żonę to już mu wybiorę odpowiednią” – pomyślałam.

Robiłam, co mogłam, starając się przedstawiać Piotrowi córki i siostrzenice moich przyjaciółek. Uprzejmie, lecz stanowczo kończył te wszystkie obiecujące znajomości, a na ostatnim roku studiów oznajmił, że ma dziewczynę i zamierza się żenić. W moim sercu zatliła się iskierka nadziei. Jeżeli to jakaś rozsądna kobieta, to będzie wolała zostać w Warszawie i nie pozwoli wywieźć się na wieś. Zaproszę ich na kolację i na pewno uda mi się ją urobić...

Na tej wsi mają w domu dywany!

Od razu mi się nie spodobała. Jakaś taka zbyt pewna siebie, a Piotrek zapatrzony w nią jak w obraz. No i gwóźdź do trumny – studiuje razem z Piotrusiem na jednym roku i w dodatku pochodzi ze wsi. Nie mogłam doczekać się końca tej wizyty. Muszę porozmawiać z synem. Czy już nie ma warszawianek, że musiał sobie znaleźć taką prowincjuszkę? Pewnie po ślubie jej rodzinka będzie zwalać się nam na głowę, robiąc sobie wycieczki do Warszawy.

Niestety, moje próby przekonania syna, żeby wycofał się z tego niefortunnego związku, zakończyły się fiaskiem. Próbowałam odwołać się do naszych rodzinnych tradycji.
– Proszę cię, daj spokój – odpowiadał z irytacją. – Te opowieści z roku na rok są coraz bardziej fantastyczne. Dworek w końcu urośnie do rangi pałacu, a zubożała szlachta zagrodowa zyska rangę arystokracji. A poza tym, jakie to ma znaczenie. To było za czasów dzieciństwa babci. Dla mnie to prehistoria, z której nic nie wynika.

Nadzieja na jakąkolwiek zmianę postawy Piotrusia umarła, kiedy oznajmił, że jedzie do rodziców tej panny, żeby się oświadczyć.
– Mamo, na niedzielę jesteśmy zaproszeni na obiad do rodziców Marty – powiedział któregoś dnia.
– To jak ja mam się ubrać na te wycieczkę na wieś? – zapytałam z przekąsem.
– Jak na normalny proszony obiad – powiedział spokojnie, lecz widziałam, że zacisnął szczęki ze złości.
Po drodze wyobrażałam sobie wiejską chatę i prostych ludzi, którzy nas mają gościć. O czym ja z nimi będę rozmawiać?
Pochłonięta niewesołymi myślami nie zauważyłam, że minęliśmy bramę wjazdową i zatrzymaliśmy się przed okazałym budynkiem otoczonym kwiatami. Rodzice Marty powitali nas w drzwiach.
– O, tu są dywany! – wyrwało mi się.
Może nie spodziewałam się klepiska, ale tak luksusowo urządzony dom zaskoczył mnie.

Rodzice Marty starali się, żeby atmosfera była jak najlepsza. Okazało się, że oboje są po studiach rolniczych i prowadzą duże gospodarstwo ogrodnicze. Z ukosa spojrzałam na ręce pani domu i zdziwiłam się, że dłonie rolniczki nie są zniszczone. Jakby w odpowiedzi na moje zainteresowanie gospodarze zaproponowali obejrzenie szklarni.
– To musi być ciężka praca – zaczęłam.
– Szczególnie logistycznie – zaśmiał się gospodarz. – Trzeba dobrze zorganizować pracę i dopilnować wszystkich pracowników. Pięć osób mamy zatrudnionych na stałe, a reszta to sezonowi, i to właśnie z nimi najczęściej są kłopoty – dodał.
Po ślubie i hucznym weselu w stylu ludowym, Piotr oświadczył, że rodzice Marty przekazali im kawałek ziemi. Młodzi postanowili więc przeprowadzić się na wieś i zorganizować nowoczesną hodowlę krów.

Tego już było dla mnie za wiele

Mój syn oszalał! Mając mieszkanie w centrum Warszawy, wybrał jakąś zapyziałą wieś. Marzyłam o tym, że będzie obracać się w środowisku na odpowiednim poziomie, a on... Ech! Na nic zdały się moje prośby i błagania. Przenieśli się na wieś. Zostałam sama, bo zajęci pracą nad rozkręcaniem tej swojej hodowli rzadko mnie odwiedzają. Rodzice Marty kilka razy byli w Warszawie. Za pierwszym razem niechętnie, ale zaproponowałam im zatrzymanie się u mnie. Uprzejmie odmówili, zaznaczając, że nie chcą mi robić kłopotu, a poza tym mają swój ulubiony pensjonat, w którym zawsze się zatrzymują. Też coś! Piotr czasami mnie odwiedza. Próbowałam z nim rozmawiać o powrocie do Warszawy. Nawet nie chce o tym słyszeć.
– Mamo, tam jest mój dom i tam jest moja rodzina – tłumaczył. – Za miesiąc urodzi się nasze dziecko. Gospodarstwo rozwija się znakomicie i nie ma powodu, żeby coś w naszym życiu zmieniać. Wybacz.

Jestem rozgoryczona. Nie wyszłam drugi raz za mąż, żeby poświęcić się wychowywaniu dziecka. A syn kiedyś w złości powiedział, że nie wyszłam za mąż, bo związek z każdym kolejnym kandydatem zaczynałam od tresury. To oszczerstwo. Trochę próbowałam oszlifować zainteresowanych mną mężczyzn, ale co w tym złego, że nie chciałam brać byle czego. Mama też była tego zdania, że lepiej poczekać na coś ekstra. Ale nikt nie był dla niej dość dobry.

Kiedy umarła, zdałam sobie sprawę, że już za późno na układanie sobie życia, i skupiłam wszystkie swoje uczucia na Piotrusiu. I co z tego mam? Poświęciłam mu wszystko, a on teraz tak mi się odpłaca. Żadnej wdzięczności za moje starania. Nie tracę jednak nadziei. Myślę, że mój synek się opamięta. Jak rozwiedzie się z tą wieśniaczką, na pewno wróci do Warszawy. A wtedy ja mu pomogę urządzić życie na właściwym poziomie.

Czytaj także:

6 uniwersalnych prawd, czy wasz związek ma szanse
Moja żona nie chce uprawiać ze mną seksu
 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (7)
/4 miesiące temu
Babo!!!Ty chyba oszalalas i nawet powiem "po wiejsku"-blekotu sie objadlas.Zostaw syna w spokoju.Juz dosc trucizny mu wlewasz w jego zycie.Nie otruj go calkiem swoja chora "troska".Zacznij byc czlowiekiem i ciesz sie szczesciem syna bo jak bedziesz taka jedza to od wnukow Cie odizoluja zebys ich tez nie zaczela zatruwac.Ze tez jeszcze takie glupie ludzie isnieja to nie do wiary!!!
/4 miesiące temu
niech zdycha durna suka
/4 miesiące temu
Przenieść się z sypialni do pokoju dziecięcego? Żenada, idiotyz i głupota
POKAŻ KOMENTARZE (4)