Rodzina, którą ojciec rozstawia po kątach fot. Adobe Stock, Pixel-Shot

„Mąż po wypadku zmienił się w roszczeniowego tyrana. Rozstawiał nas po kątach, mieliśmy być na każde jego zawołanie”

„Z czasem było coraz gorzej, Adam, załamany brakiem widocznej poprawy swojego stanu zdrowia, zaczął zaniedbywać rehabilitację, zamknął się w sobie, niczego już nie chciał robić sam, oczekiwał ciągłej obsługi. Czekał już chyba tylko na cud”.
/ 14.01.2022 08:43
Rodzina, którą ojciec rozstawia po kątach fot. Adobe Stock, Pixel-Shot

Dobrze pamiętam dzień, który wywrócił mi życie do góry nogami. Niczego nie przeczuwałam, nic nie zwiastowało nadchodzącej katastrofy. Słońce grzało niemiłosiernie, wokół słychać było gwar ludzi odpoczywających na plaży, a w tle szumiało morze.

Opalałam się, a mąż i dzieciaki szaleli w wodzie. Choć nasze pociechy to już nastolatki, zachowywali się jak maluchy, które właśnie pierwszy raz zobaczyły wodę. „Stado wariatów” – skomentowałam pobłażliwie. Ale czułam zadowolenie, widząc, jak beztrosko brykają.

Nagle usłyszałam jakieś zamieszanie i krzyki, zdecydowanie inne niż dotychczas. Dopiero wtedy poczułam atak niepokoju, jakby ktoś dźgnął mnie nim jak nożem. Zerwałam się z koca, z ulgą zobaczyłam na brzegu Janka i Gosię, ale gdy dostrzegłam ich przerażone miny, zamarłam.

– Mamo, tata skoczył ratować topiącą się dziewczynę i nie wypływają – Gosia patrzyła na mnie, mając łzy w oczach.

Janek wyrywał się do wody, jednak ratownik go powstrzymał, a ja nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Jak w zwolnionym tempie, rejestrowałam obrazy uwijających się ratowników. Jeden z nich po chwili wyszedł z wody z krztuszącą się dziewczyną, a mojego męża nadal nie było widać.

Z oddali słyszałam sygnał karetki, obserwowałam to wszystko bezradnie. Tego lęku nie da się opisać, podobnie jak ulgi, którą poczułam, gdy zobaczyłam, jak drugi ratownik holuje mojego męża do brzegu.

– Nieprzytomny, ale żyje – rzucił do mnie.

A ja dopiero wtedy się ocknęłam, jakby ktoś nacisnął przycisk „start”.

– Co z nim? Gdzie jedziecie? – zasypałam ratowników pytaniami.

– Na razie nic nie wiemy, proszę przyjechać do szpitala w centrum miasta – rzucił jeden z nich.

W milczeniu wsiedliśmy do samochodu. Ta cisza była przerażająca. Gosia po chwili zaczęła płakać, Janek cały czas milczał, a ja powtarzałam jak mantrę:

– Będzie dobrze, zobaczycie.

W szpitalu kazali nam czekać. Okazało się, że Adam od razu został zabrany na operację. Czekaliśmy chyba wieczność na jakąś wiadomość, przynajmniej tak nam się wtedy wydawało. W końcu pojawił się lekarz.

– Życiu pani męża nic nie zagraża – spojrzał na mnie ledwie przytomnymi ze zmęczenia oczami. – Ale gdy skoczył do wody, musiał w coś uderzyć, ma uszkodzony kręgosłup, być może nie będzie chodził – powiedział.

– To nic, najważniejsze, że będzie żył – wyszeptałam i bezwładnie opadłam na krzesło.

Gosia znowu się rozpłakała, a Janek głośno westchnął. Wydawało nam się, że najgorsze za nami.
Czuwaliśmy przy Adamie na zmianę dniami i nocami. Byłam pełna podziwu, jak dzielnie zniósł wiadomość, że prawdopodobnie nigdy nie będzie chodził.

– Nie martw się, Alu, prawdopodobnie nie znaczy na pewno – mówił z uśmiechem, a ja mu przytakiwałam.

Snuliśmy plany, że zaraz po powrocie do Warszawy znajdziemy dobrych rehabilitantów i lekarzy, bo nic nie ujmując tutejszym, na pewno w stolicy byli lepsi, którzy raz dwa postawią Adama na nogi. Gdy w końcu nadszedł wyczekany dzień wypisu, uśmiech nie schodził nam z twarzy.

Pierwszy raz ten uśmiech nam zrzedł, gdy chcieliśmy wejść do naszego bloku. Mieszkamy na trzecim piętrze, mamy windę, ale prowadzą do niej trzy schodki… Szybko sobie z tym poradziliśmy, Jasiek skoczył po sąsiada i razem wtargali Adama do windy.

W mieszkaniu okazało się, że wózek męża ledwie mieści się w niektórych miejscach. Zupełnie nie pomyśleliśmy, że nasz dom nie jest dostosowany do jego potrzeb… Nic z tym jednak nie zrobiliśmy, bo traktowaliśmy tę sytuację jako przejściową.

Zacisnęliśmy zęby, Adam rzadko wychodził z domu, z wyższych półek podawaliśmy mu to, czego potrzebował, służyliśmy pomocą na każdym kroku. No i oczywiście cały czas szukaliśmy pomocy medycznej.

Okazało się, że to będzie wielkie wyzwanie finansowe, rehabilitacja jest refundowana tylko częściowo, za dodatkową trzeba płacić i to sporo. A przecież straciliśmy zarobki Adama. Mąż był wziętym architektem, ale w obecnej sytuacji nie mógł pracować, skoro wyjście z domu było dla niego wyzwaniem, to o dotarciu do biura nie było mowy.

Dostał skromną rentę i jakoś musieliśmy sobie radzić

Harowałam od rana do nocy, dzieciaki zrezygnowały z dodatkowych zajęć i przyjemności, ale i tak było nam coraz trudniej. Tym bardziej że kolejni lekarze nie spełniali naszych oczekiwań, nikt nie chciał nam obiecać, że mąż będzie chodził, ale też nikt nie powiedział, że to absolutnie niemożliwe.

Jeździliśmy więc po klinikach i szukaliśmy kogoś, kto da nam słowo, że nasze wysiłki nie pójdą na marne. Nasz początkowy zapał zaczął słabnąć, wszyscy byliśmy zmęczeni. Gosia i Janek opuścili się w nauce, na ich twarzach malował się smutek, ja byłam wiecznie zmęczona, a Adam rozdrażniony.

Siedzenie w domu mu nie służyło, a wychodzić nie chciał. O powrocie do pracy nawet nie wspominał.

– Gdyby kupili państwo lżejszy wózek, pan Adam mógłby być bardziej samodzielny – powiedział nam kiedyś rehabilitant.

– Nie opłaca się wydawać pieniędzy na wózek, skoro zaraz z niego zejdę – powiedział Adam.

– Rozumiem, ale dopóki to nie nastąpi, może pan sobie ułatwić życie. Na państwa miejscu pomyślałbym też o małym remoncie. Przy stosunkowo niewielkim nakładzie finansowym, można naprawdę dobrze dostosować mieszkanie do potrzeb osoby niepełnosprawnej – odpowiedział pogodnie pan Michał.

Zobaczyłam, jak Adam wzdryga się na słowo „niepełnosprawność”.

– Proszę nie robić ze mnie kaleki – oburzył się mąż.

A ja ze zdziwieniem zauważyłam, że mnie ta myśl już nie drażni, że może i chciałabym zrobić taki remont. Nawet blat w kuchni mamy tak wysoki, że Adam nie może sobie sam zrobić kanapki, do wielu rzeczy nie dosięga, nie wjeżdża we wszystkie zakamarki mieszkania, i dlatego wymaga ciągłej pomocy.

Staramy się go nie zostawiać samego w domu, bo nie wiemy, czy da sobie radę, a przecież ja mam pracę, a dzieci chciałyby mieć własne życie…

Z czasem było coraz gorzej, Adam, załamany brakiem widocznej poprawy swojego stanu zdrowia, zaczął zaniedbywać rehabilitację, zamknął się w sobie, niczego już nie chciał robić sam, oczekiwał ciągłej obsługi. Czekał już chyba tylko na cud. Co chwilę rozlegało się:

– Jasiek, podaj mi pilota!

– Gosia, głodny jestem!

– Ala, podaj mi sweter i mogłabyś zamknąć wreszcie to okno!

Oczywiście wszystkie komendy wydawane były rozkazującym i niezbyt przyjemnym tonem… Chwilami miałam już tego wszystkiego serdecznie dość. Nasz entuzjazm rozpłynął się w powietrzu, po dobrej atmosferze nie został nawet ślad.

Pragnęłam odzyskać dawne życie

Gosia i Jasiek przestali zapraszać znajomych do domu, bo ojciec wiecznie był nie w humorze. Ja tęskniłam za moim dawnym Adamem, za chwilami, gdy miałam w nim oparcie i gdy zmęczona po całym dniu mogłam wtulić głowę w zagłębienie jego ramienia i zapomnieć o bożym świecie. Nie lubiłam siebie za to, ale marzyłam o odpoczynku, a przecież Adamowi na pewno było sto razy ciężej.

– Tato, idziemy na spacer? – zapytała kiedyś Gosia z nadzieją.

Adam popatrzył na nią wzrokiem pełnym wyrzutów.

– Twój ojciec nie chodzi, chyba ci coś umknęło – powiedział kąśliwie.

Przymknęłam oczy, czekając na awanturę, która wisiała w powietrzu.

– Podszkoliłam się, wiesz, że niepełnosprawni też mówią, że gdzieś idą, nawet jeśli jadą na wózku? – Gosia wzięła się pod boki, po jej minie widziałam, że łatwo nie odpuści.

– Czyli uznałaś ojca za kalekę? Myślisz, że jestem niepełnosprawny, tak? To może się mnie wstydzisz? – podniósł głos, a ja zadrżałam.

– Nie, sam się uważasz za kalekę, choć jedynie nogi masz nieczynne – usłyszałam spokojny głos Małgosi. – Myślisz, że tylko ciebie to dotknęło? A jak sądzisz? Co my czuliśmy, gdy czekaliśmy, najpierw aż wyciągną cię z wody, potem na koniec operacji, a później aż wydobrzejesz? Myślisz, że dla nas to wszystko jest łatwe? Mama słania się na nogach, ja i Janek musimy w kółko wokół ciebie skakać, bo ty nawet pilota do telewizora sam nie obsłużysz, ani marchewki sam nie obierzesz, choć przypomnę, jedynie nogi masz nieruchome – jej głos zaczął drżeć.

Adam milczał, a ja czułam, jak oczy mi wilgotnieją.

– Pamiętasz, że Jasiek poszedł do nowego liceum? Zapytałeś chociaż raz, jak mu się tam wiedzie? Wiesz, że zerwałam z Rafałem? Zupełnie nie miałam dla niego czasu.

Dreszcz mną wstrząsnął, gdy przypomniałam sobie, jak wypłakiwała się w moje ramię. Ojcu nie mówiła, by go nie martwić.

– A kiedy ostatnio zapytałeś mamę, co u niej? Wiesz, że w jej pracy są zwolnienia i zamartwia się, z czego będziemy żyć? – drążyła.

Powiedziała wszystko, o czym ja bałam się mówić.

– No na mnie raczej nie możecie liczyć – wycedził Adam, choć już mniej pewnie. – To chcesz mi wypomnieć?

– Tato, jesteś świetnym architektem, to się nie zmieniło, bo z tego co wiem, nogami nie rysowałeś – odpowiedziała sarkastycznie, ale nie miałam jej za złe, że tak mówi do ojca.

Adam zaniemówił. Po raz pierwszy od wypadku ktoś się z nim nie cackał i nad nim nie użalał. Nie wiedziałam jedynie, jak zareaguje. Nastąpiła głucha cisza.

– To chodźmy na ten spacer – usłyszałam pokorny głos męża i uśmiechnęłam się pod nosem.
Wrócili roześmiani, z lodami pod pachą. Odetchnęłam z ulgą.

Gdy na drugi dzień wróciłam do domu, a na stole czekał obiad, rozpłakałam się ze wzruszenia.

– Gdzie dzieciaki? – zapytałam, gdy już się uspokoiłam.

– Gośce kazałem umówić się z Rafałem, a Jasiek, najpierw powyjmował mi z szafek produkty na obiad, a potem pognał zobaczyć się ze znajomymi ze szkoły. Wystarczająco już się mną opiekowali – powiedział, po czym wyciągnął rękę i posadził mnie sobie na kolanach. – Przepraszam, widziałem tylko czubek własnego nosa, a przecież każde z was też wiele straciło – powiedział. – I dziękuję, że jesteście ze mną – wyszeptał, całując mnie w szyję.

Od tego dnia wszystko powoli zmienia się na lepsze

Znaleźliśmy fundację, która pomogła nam sfinansować remont mieszkania i zakup lżejszego i mniejszego wózka. W ten sposób Adam jest bardziej samodzielny. Wystąpiliśmy też do spółdzielni z prośbą o wybudowanie podjazdu dla niepełnosprawnych przy klatce schodowej i nawet obiecali się tym zająć.

Adam wciąż wierzy, że stanie na nogi, ale jak sam mówi, nawet jeśli nie, świat się nie skończy. Znów projektuje, bierze zlecenia i pracuje w domu, zaczęliśmy też spotykać się ze znajomymi. Wracamy do życia, a ja znów mogę wtulić głowę w ramię męża i zapomnieć o całym świecie.

Czytaj także:
„W czasie pogrzebu nie byłam w stanie ukryć radości. Brak łez i lekki uśmiech zostały odebrane jednoznacznie...”
„Nasza koleżanka rozgadała, że jej mąż jest impotentem. Dowiedzieli się wszyscy znajomi i niemal doszło do tragedii”
„Szwagierka mnie nie lubiła, ale traktowała mój dom jak swój. Grzebała w naszych rzeczach, wyjadała nasze jedzenie”