Mój ojciec ma już ponad osiemdziesiąt lat, a niedawno cudem uniknął linczu. Co gorsza, uważam, że sąsiedzi, którym podpadł, mieli rację. Choć nie pochwalam samosądów, to jestem pewny, że gdybym znalazł się na ich miejscu, też bym chwycił za siekierę. Tata bowiem omal nie przejechał pięcioletniego chłopca…
Zawsze był dobrym kierowcą, w młodości nawet brał udział w rajdach. To się czuło w stylu jego jazdy – miał pewną rękę i „zryw”. Tylko mama się zawsze denerwowała, jeśli za bardzo dodawał gazu, i upominała go bez przerwy:
– Kaziu, zwolnij!
A potem wzdychała teatralnie, łapiąc się za serce, kiedy tata wyprzedzał z fantazją kolejne auto zawalidrogę.
Na rodzinne spotkanie ruszyliśmy jeden za drugim
Nauczył mnie jeździć. To, że w życiu nie spowodowałem najmniejszego wypadku, zawdzięczam jemu i jego radom – jestem tego pewien. Nic więc dziwnego, że było mi bardzo trudno z nim porozmawiać, gdy zauważyłem, że ma już kłopoty z prowadzeniem samochodu. No bo przecież nie mogłem mu, ot tak, powiedzieć:
– Tato, pora przesiąść się do autobusu!
Usiłowałem trafić do ojca przez mamę, lecz spotkałem się z totalnym niezrozumieniem. Mama była bowiem zachwycona, że tata wreszcie prowadzi spokojnie. Nie docierało do niej, że jeździ wolno, bo niewiele już widzi!
Bez okularów był ślepy jak kret, a kiedy tylko zmierzchało, z trudem przychodziła mu ocena odległości. Oczywiście za nic nie chciał się do tego przyznać i upierał się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Jak bardzo jest już z nim źle, pojąłem pewnego dnia, kiedy jechaliśmy we dwa samochody na rodzinne spotkanie. Tatę puściłem przodem.
W sumie jechał prawidłowo, aż tu nagle wstąpiła w niego ułańska fantazja!
– Co on wyprawia?! – zdążyłem tylko krzyknąć przerażony do swojej żony.
Ojciec swoją leciwą meganką zaczął właśnie wyprzedzać pędzącą przed nim ciężarówkę – z naprzeciwka jechał motor, a tata szedł z nim na czołówkę!
„Będzie wypadek! Dwa trupy!” – przebiegło mi przez głowę, bo na motorze jechała para młodych ludzi.
Nie wiem, jakim cudem motocykliście udało się zjechać na pobocze. Że się nie wywrócili i nic im się nie stało!
Z emocji aż się spociłem i musiałem też zjechać z drogi, żeby ochłonąć. Wysiadłem z auta i podbiegłem do chłopaka i dziewczyny. Byli w szoku, lecz cali i zdrowi.
– Co za wariat! Zmiażdżyłby nas! Widział pan? – chłopak aż się cały trząsł.
– Widziałem… – w życiu bym się wtedy nie przyznał, że znam tego wariata.
Na moje szczęście nie zapamiętali nawet marki samochodu.
– Co ty się tak grzebiesz? – na miejscu ojciec napadł na mnie.
– Czy tata oszalał? Przecież mało brakowało, a zmiótłby tata z szosy tamten motocykl! – nie wytrzymałem.
– O czym ty mówisz? – popatrzył na mnie jak na durnia.
I uparł się, że nie widział żadnego motocykla. Byłem w szoku!
Ale przecież nic nie mogłem zrobić.
Nie da się odebrać komuś siłą ważnego prawa jazdy, a w naszym kraju nie ma prawa, które by nakazywało starszym kierowcom robienie badań lekarskich.
Czułem, że prowadzenie samochodu przez mojego ojca źle się skończy, i tylko modliłem się o to, aby nie zrobił krzywdy sobie lub drugiemu człowiekowi. Żeby nikogo nie zabił… No i mało brakowało!
Któregoś dnia tata jak zwykle wyjeżdżał tyłem ze swojego garażu, wprost na ulicę. I nie zapanował nad autem, uderzając w płot po przeciwnej stronie!
Zrobił to nie pierwszy raz. Sąsiedzi już mi sygnalizowali, że auto pana Kazimierza raz za razem rozjeżdża im krzaki posadzone przy drodze. Tyle że teraz omal nie uderzył w dziecko! Gdyby nie refleks przechodnia, staranowałby jadącego na rowerku pięcioletniego wnuka sąsiadów.
Warszewski złapał siekierę i dalejże na sąsiada!
Stara Warszewska dostała takiej histerii, że wszyscy w okolicy byli pewni, iż stało się najgorsze! A Warszewski z miejsca porwał z domu siekierę i ruszył na niedoszłego zabójcę ukochanego wnuczka.
Dziesięć lat młodszy od taty, byłby go chyba ubił, gdyby moja żona i córka nie rzuciły się na ratunek.
Kiedy sąsiad się trochę uspokoił, zapowiedział tacie, że tym razem zgłasza sprawę na policję, żeby mu zabrała prawo jazdy i skierowała na badania.
Mama zaraz zadzwoniła po mnie i ledwie go ubłagałem, aby tego nie robił.
– Zabiorę ojcu kluczyki! – obiecałem, nie wierząc, że mi się to uda.
Byłem przygotowany na długie tłumaczenia i walkę z ojcem, ale… Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Ojciec, zamiast bronić się i przekonywać, że to był przypadek, i on nadal prowadzi świetnie, nagle się załamał.
– Zabiłbym to dziecko! – szlochał.
Czekałem, aż się uspokoi, a wtedy…
– Nigdy nie jeździłem jako pasażer, a jeśli już, to szczerze tego nienawidziłem! Ale teraz widzę, że nie mam wyjścia – powiedział smutno, po czym dodał: – Pora na zmianę warty!
I oddał kluczyki. Ale nie mnie, tylko mojemu dwudziestoletniemu synowi, który pół roku temu zrobił prawo jazdy.
Jacek jest zachwycony! W najśmielszych snach nie liczył na to, że trafi mu się samochód. Teraz robi za kierowcę mojego ojca i mamy. Wozi ich, gdzie tylko chcą, a ja przynajmniej mam pewność, że robi to bezpiecznie. Nie tylko bowiem odziedziczył po dziadku samochód, ale i refleks oraz pewną rękę.
Czytaj także:
„Nasz syn ma firmę budowlaną. Wstyd nam we wsi, bo wyzyskuje ludzi, zatrudnia na czarno bez umowy i ubezpieczenia”
„Boję się zostawiać Nikolkę z teściową. Ona nawet nie mówi do niej normalnie, tylko same tiru-riru i ciuciuruciu”
„Najpierw zostawił mnie syn, potem córka. Kiedyś byłam dla nich ważna, a teraz jestem porzuconą starszą panią”