Bolesna prawda fot. Panthermedia

Bolesna prawda

Moja kochana przyjaciółka jest poważnie chora. Dotarło to do mnie dopiero, gdy odwiedziłam ją w szpitalu. Wcześniej niczego nie zauważyłam, i to mam sobie najbardziej za złe. Bo ona cierpiała w samotności.
/ 31.05.2011 12:52
Bolesna prawda fot. Panthermedia
Słońce schowało się już za horyzontem, w pokoju panował półmrok. Obydwie milczałyśmy. Nie chciałam jej do niczego przymuszać, nie chciałam naciskać.
Siedziałam, ukrywając zdenerwowanie pod maską spokoju. Judyta wpatrywała się w przestrzeń za oknem. Moja osamotniona
w chorobie przyjaciółka. Bezbronna, bezradna.
– Wstydziłam się – powiedziała wreszcie, wzrokiem błądząc w oddali. – Chciałam ci się przyznać, że nie dałam rady.
Spojrzała na mnie umęczonymi oczami. Tyle było w nich cierpienia... A ja niczego nie dostrzegłam przez dwa lata! Zacisnęłam palce na oparciu fotela.
– To nie twoja wina, nie zadręczaj się – szepnęła. – Przestałam sobie radzić. Przepraszam, że dowiedziałaś się w taki sposób.
Wstałam i przytuliłam ją.
– To nic – powiedziałam, głaszcząc ją po włosach. – To nic.

Tamtego dnia siedziałam w pracy. Po grypie miałam zaległości,a szef chciał, żeby wszystko było zrobione na teraz. Uwijałam się jak w ukropie, lecz stos papierów wcale nie chciał się kurczyć.
– Beata, może chodźmy coś zjeść – zaproponował kolega siedzący przy sąsiednim biurku, gdy zegar wybił szesnastą.
Spojrzałam na niego z ukosa.
– Jestem totalnie zawalona.  Przepraszam, Marku, naprawdę nie mogę – odpowiedziałam.
– Zawsze masz jakąś wymówkę – westchnął i wyszedł.
Nie chciałam robić mu przykrości. Rzeczywiście kolejny raz go zbyłam, ale on zawsze wybierał nieodpowiednie momenty. Wyraźnie interesował się mną, odkąd zaczęłam tu pracować. Myślałam, że to tylko chwilowe, ale nie. Czas płynął, a on ciągle próbował się ze mną umówić. Chyba to fajny facet, może sama powinnam go gdzieś zaprosić.

Z rozmyślań wyrwał mnie telefon. Judyta... Jest w szpitalu! Nagle praca przestała być ważna. Co tchu popędziłam ją zobaczyć.
Obezwładniła mnie charakterystyczna woń tego miejsca. Zielonkawe ściany przyprawiały mnie o mdłości. Byłam przerażona. Co z nią? Dlaczego tu wylądowała? Przez telefon nie chciała nic mówić...
Jakoś dotarłam do recepcji. „Pokój 304” – usłyszałam od oschłej i bardzo czymś zajętej pielęgniarki. Przypominała moją dawną nauczycielkę z liceum.
Judyta leżała na łóżku z głową odwróconą w stronę okna. Była podłączona do kroplówek i sond. Monitorowali pracę jej serca. Czyżby było aż tak źle? Usiadłam na brzegu łóżka.
– Tylko ty wiesz, że tu jestem – powiedziała cicho. – Kuba myśli, że pojechałam na konferencję do Krakowa.
– Jak to? – nie zrozumiałam.
Nie mieściło mi się w głowie, że o niczym nie zawiadomiła nawet swojego chłopaka.
Położyła swoją chłodną dłoń na mojej i wyszeptała:
– Beatko, on nie może się dowiedzieć. Proszę cię.
– Ale co się właściwie stało? Kiedy tu wylądowałaś? Co mówią lekarze? Co ci jest? – zasypałam ją pytaniami.
Spojrzała w sufit. Milczała, połykając łzy.
Moja panika sięgnęła zenitu. Cóż to za straszna choroba ją dręczy? Może to był zawał?!
– Judytko, wygląda na to, że jest bardzo źle – starałam się, żeby mój głos brzmiał rozsądnie. – Musisz nam wreszcie powiedzieć, co jest grane. Mnie i Kubie. Sama sobie nie dasz rady – nie dawałam za wygraną.
Przez okno powiał lekki wiatr. Judyta próbowała usiąść, lecz ją powstrzymałam.
– Okropnie cię przepraszam, kochana, ale nie chcę o tym mówić – powiedziała z trudem. – Nie dzisiaj. A jemu... Nie mogę... Nie potrafię mu tego powiedzieć.
Przytuliłam ją mocno.
– Zrozumie, zobaczysz – szepnęłam i wyszłam.
Kolejne trzy dni siedziałam kamieniem w pracy, a wieczorem w szpitalu. Judyta czuła się trochę lepiej, dużo spała. Była jednak okropnie przygnębiona, wręcz apatyczna.

Udzieliło mi się jej przygnębienie. Lato w pełni, a ja nie umiałam się nim cieszyć. Urlop dopiero za miesiąc, plus ta historia z Judytą! Czwartego dnia pod koniec pracy musiałam już fatalnie wyglądać, bo Marek bez pytania sam zapisał to, nad czym teoretycznie pracowałam i wyłączył mój komputer.
– Idziemy stąd – powiedział.
Nie miałam siły protestować. Zresztą było mi wszystko jedno, czy siedzę w domu, w pracy czy w szpitalu. Szliśmy w milczeniu, które jednak wcale mi nie ciążyło. Miałam nadzieję, że nie do knajpy; dziś nie zniosłabym towarzystwa ludzi, a na alkohol nie mogłam patrzeć.
Weszliśmy do parku. Pachniało lipami i świeżo skoszoną trawą. Usiadłam na ławeczce przy fontannie, Marek skoczył po gofry
z bitą śmietaną. Po chwili podał mi ciastko z uśmiechem:
– Na wszelkie smutki nie ma jak coś słodkiego.
Ja zlizywałam bitą śmietanę, a on opowiadał. To były różne anegdotki z życia jego znajomych. Czułam, jak opada ze mnie całe napięcie i przygnębienie. Te opowieści były zabawne. W pewnej chwili nawet zaczęłam się śmiać. Wtedy on odgarnął kosmyk  włosów, który opadał mi na czoło i się uśmiechnął.
– Taka jesteś najpiękniejsza.
Gdy rozchodziliśmy się każde w swoją stronę, był już wieczór.

Nazajutrz Judyta miała zostać wypisana ze szpitala.
Poszłam tam wcześniej niż zwykle. Wciąż miałam nadzieję, że sama mi powie, o co chodzi, żebym mogła jej jakoś pomóc. Bo przecież z chwilą, kiedy opuści szpital, straci wszelką opiekę.
„A jeśli ona nadal będzie taka uparta, porozmawiam z lekarzem – postanowiłam. – Może mnie nie wygoni, chociaż nie jestem rodziną?”.
Niepotrzebnie się bałam, lekarz był miły. Dopadłam go, kiedy Judytę zabrano na ostatnie badanie kontrolne.
– Pani Judyta miała zawał. Na szczęście niegroźny. Do tego odwodnienie i niedobory pierwiastków we krwi...
– To znaczy? – przerwałam. Chciałam usłyszeć coś więcej.
– Ona cierpi na bulimię – powiedział lekarz. – Od dwóch lat.
Osłupiałam. Doskonale wiem, na czym polega ta choroba. Wystarczy najdrobniejszy stres i dziewczyna zaczyna się objadać do nieprzyzwoitości. Potem oczywiście czuje się z tego powodu winna, więc zmusza się do wymiotów, lewatyw, głodówek albo katuje się ćwiczeniami. To potrafi kompletnie rozregulować organizm i psychikę.
Najczęściej na bulimię zapadają osoby, które zupełnie nie potrafią sobie poradzić ze swoimi problemami, a w dodatku nie mają nikogo, kto by im pomógł. Życie je po prostu przerasta. I myślą, że są nic niewarte. Zwłaszcza kochania.
Ale przecież Judyta jest wspaniałą, mądrą, śliczną dziewczyną; jakie ona mogła mieć problemy ze sobą? A poza tym cały czas jestem obok niej.  Kuba także! Tymczasem ona nikogo nie poprosiła o pomoc, a ja sama niczego nie zauważyłam. Jak mogło do tego dojść? Byłam ślepa przez dwa lata! Co ze mnie za przyjaciółka?!
Usiadłam zmęczona na krześle w korytarzu i czekałam, aż będę mogła zabrać Judytę do domu.
Dojechałyśmy w milczeniu do jej mieszkania. Kuba był jeszcze w pracy. Domyśliła się, że już wiem. Pozwoliłam się jej wypłakać na moim ramieniu.
– To nic... – znów pogładziłam ją po włosach. – Nie masz się czego wstydzić. Bulimia to choroba, żaden wstyd. Najważniejsze, że można się z niej wyleczyć. Znajdziemy ci terapeutkę, będziesz pod opieką lekarza. A Kuba wszystko zrozumie, zapewniam cię, musisz mu tylko zaufać. I nie możesz się od nas odgradzać. Musisz rozmawiać. Z Kubą, ze mną. Codziennie. O wszystkim, co cię dręczy. Damy radę.

Następnego dnia przyjechał po mnie Marek. Widział po mojej minie, że coś jest nie tak. Źle spałam, dręczyły mnie koszmary. Czułam się kompletnie rozbita.
W pracy nic mi nie wychodziło. W zdenerwowaniu pomyliłam dokumenty, potem rozlałam kawę na ważne papiery. Z trudem powstrzymywałam łzy.
– Odwiozę cię – zaproponował Marek, gdy wychodziliśmy.
– To może wpadniesz do mnie na chwilę? – spytałam.
Ucieszył się.
W domu zaparzyłam kawę. Przez chwilę piliśmy w milczeniu. Nagle poczułam, że ten chłopak naprawdę mnie rozumie. Chciałam mu się wypłakać, powiedzieć, jak bardzo mi ciężko. Kiedy poczułam, że mnie delikatnie obejmuje, słowa same zaczęły ze mnie wypływać.
Powiedziałam mu nie tylko o Judycie i swoich wyrzutach sumienia, zwierzyłam mu się
z wielu innych rzeczy. Z tego, że po nieudanym związku nie potrafię być z kimkolwiek. Potrzebuję miłości, a jednocześnie się przed nią bronię.
W pewnej chwili przyszło mi na myśl, że może Marek jest tym facetem, którego szukam przez całe życie. Tylko ja tak się boję...
– Nie martw się – powiedział. – Wszystko będzie dobrze.
Z Justyną i z tobą. Jej dopilnujemy razem, a na ciebie poczekam.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)