Są reżyserzy, którzy z każdym filmem próbują udowodnić coś nowego. Asghar Farhadi robi coś odwrotnego – wraca. Do obsesji, które zna najlepiej: podglądania, granicy między prawdą a opowieścią, i do miasta, które od dekad kusi filmowców obietnicą, że każda ulica kryje w sobie scenariusz. Tym razem tym miastem jest Paryż, a punktem wyjścia – pisarka, która zamiast szukać inspiracji w sobie, zaczyna szukać jej za oknem.

WIDEO

player placeholder

Trójkąt, który wymyka się kontroli

Sylvie, bohaterka grana przez Isabelle Huppert, obserwuje mieszkających naprzeciwko braci i ich tajemniczą przyjaciółkę – i powoli buduje wokół nich powieść. Kiedy do pomocy w codziennych sprawach zatrudnia młodego Adama, fikcja i rzeczywistość zaczynają się zazębiać w sposób, którego pisarka nie planowała. To materiał na klasyczny melodramat, ale Farhadi rzadko poprzestaje na klasyce – jego bohaterowie zawsze płacą za to, że za bardzo wierzą we własne narracje.

W obsadzie, obok Huppert, znaleźli się Vincent Cassel, Catherine Deneuve, Virginie Efira i Pierre Niney – nazwiska, które same w sobie są gwarancją, że kameralna, intymna historia nie zamieni się w kino kameralne w złym tego słowa znaczeniu.

Zobacz także:

Ukłon w stronę Kieślowskiego

„Historie równoległe” to nie przypadkowy tytuł. Film nawiązuje wprost do szóstej części „Dekalogu” i wykorzystuje muzykę z filmów Kieślowskiego – Farhadi przyznaje, że gdy zastanawiał się nad tożsamością swojego obrazu, ta muzyka wydała mu się jej naturalnym przedłużeniem. Farhadi jakby wcielił się w dwóch reżyserów naraz. Sceny, które Sylvie wymyśla w swojej powieści, kręcił w stylu Kieślowskiego – z jego muzyką i wizualnym klimatem, bo to ma być świat literacki, nie rzeczywisty. Sceny „prawdziwego życia” bohaterów nakręcił już po swojemu, tak jak robił to w poprzednich filmach. Ten zabieg miał pomóc widzom rozróżnić, co jest fikcją tworzoną przez bohaterkę, a co dzieje się naprawdę. Symboliczne jest też to, kto stał za produkcją: Krzysztof Piesiewicz, wieloletni scenarzysta Kieślowskiego, który zmarł w maju tego roku i nie dożył premiery filmu.

Dźwięk ważniejszy niż obraz

Farhadi od lat powtarza, że więcej mówi do niego warstwa dźwiękowa niż kompozycja kadru – ton wypowiedzi, odgłosy tła, cisza między słowami. To echo tradycji irańskiego kina, w którym to, co dzieje się poza kadrem, bywa równie istotne jak to, co widać na ekranie. W „Historiach równoległych” granica między światem fikcyjnym a rzeczywistym jest budowana właśnie takimi środkami: inny sprzęt (Steadicam kontra kamera z ręki), inne światło, a nawet pończocha nałożona na obiektyw, by zmiękczyć obraz sekwencji wyobrażonych.

Paryż nie z pocztówki

Scenografka Emmanuelle Duplay uniknęła turystycznych klisz – zdjęcia kręcono między innymi przy Boulevard Saint-Martin, w przestrzeni, która na ekranie sprawia wrażenie dwóch mieszkań oddzielonych bulwarem, choć w rzeczywistości powstała w sześciu różnych lokacjach. To Paryż widziany od kuchni, a nie z perspektywy pocztówki – zgodnie zresztą z tym, co Farhadi robił już wcześniej w „Przeszłości”.

Nawet pogoda ma tu znaczenie dramaturgiczne – deszcz i burze odzwierciedlają wewnętrzny niepokój bohaterów, a sam dźwięk deszczu, jak przyznaje reżyser, działa na niego mocniej niż jego obraz.

Dlaczego warto się wybrać

„Historie równoległe” to film, w którym forma jest tak samo ważna jak fabuła – a to rzadkość w kinie, które coraz częściej stawia na łatwą narrację kosztem detalu. Farhadi po raz kolejny udowadnia, że najciekawsze historie rodzą się na granicy tego, co widzimy, i tego, co sobie wyobrażamy. A skoro w tle pobrzmiewa muzyka rodem z „Dekalogu”, polscy widzowie mają dodatkowy powód, by poczuć się w tej opowieści trochę jak u siebie.

„Historie równoległe” w kinach od 14 sierpnia. Dystrybucja: Monolith Films.