Listy, listy, listy...

Kiedyś były moją pasją, jeszcze kilka lat temu. Pisałem ich dużo, do wielu osób, poczty elektronicznej mało kto używał, pisywałem więc na kartkach, na pa­peteriach wykonanych przy użyciu komputera (obrazki drukowane w dolnym rogu strony – pierwsza strony na kolorowo, pozostałe czarno-białe; do tej pory wzory papeterii są zapisane u mnie na dysku).
/ 17.05.2008 23:48
Kiedyś były moją pasją, jeszcze kilka lat temu. Pisałem ich dużo, do wielu osób, poczty elektronicznej mało kto używał, pisywałem więc na kartkach, na pa­peteriach wykonanych przy użyciu komputera (obrazki drukowane w dolnym rogu strony – pierwsza strony na kolorowo, pozostałe czarno-białe; do tej pory wzory papeterii są zapisane u mnie na dysku).

Adresatów było wielu, dzisiaj – nie pozostał nikt, ani jedna osoba z tamtych, do których wówczas pisałem. Dzi­siaj nikt już nie chce otrzymywać listów pisanych nocami piórem lub długopi­sem, na kilku, czasem kilkunastu stronach (bywały i takie, w okresie mojej sa­motności w Koninie potrafiłem do przyjaciółki napisać w przeciągu weekendu dwadzieścia stron). Nikt nie ma czasu i chęci by takie wypracowania przeczytać, mało tego: nikt nie ma chęci i czasu (wiem, powtarzam się), by napisać równie długą odpowiedź. Sztuka korespondencji tradycyjnej między ludźmi zanika.Listy, listy, listy...

O wiele prościej i szybciej jest wklepać kilka zdań i wysłać przez sieć, o wiele ła­twiej porozmawiać przez wszechobecne komunikatory. Rozleniwiło się społe­czeństwo...

Znikła magia skupienia nad kartką papieru, słów kreślonych złotym pió­rem, niebieskim atramentem, przy blasku świecy i księżyca. Z takich listów ema­nowało uczucie, dowód przyjaźni, czasu poświęconego drugiej osobie. Nie ma już emocji towarzyszących oczekiwaniu na kopertę w skrzynce, rozdzierania jej drżącymi z niecierpliwości rękami, pożerania wzrokiem kolejnych linijek byle szybciej, następnie powtórne czytanie, powolne smakowanie myśli drugiej oso­by, która zechciała nam cząstkę siebie ukazać. Tego już nie ma, trudno kogokol­wiek do takiej korespondencji namówić. W wiecznej pogoni za własnym ogonem nie ma miejsca na takie hobby, na pisanie kilku, czy nawet kilkunastu listów w tygodniu. Zazwyczaj można zostać wyśmianym, posądzonym o sfiksowanie, bo któż to widział, by w dobie maili proponować tradycyjną pisaną korespondencję...

A ja bardzo miło wspominam okres, gdy tygodniowo przychodziło do mnie co najmniej dziesięć listów, gdy wieczorami przy muzyce odpisywałem na nie, jakoś tak się składało, że zawsze korespondowałem z kobietami, łatwiej mi się z nimi kontakt nawiązywało, zresztą – pisać umiałem od zawsze, to mi dobrze wychodziło, w przeciwieństwie do bezpośrednich spotkań i rozmów. Czasami za­stanawiam się, czy są jeszcze ludzie, dla których listy, te pisane ręcznie, przez dwie, trzy godziny, zaklejane i wysyłane pocztą, mają tak wielkie znaczenie, jak dla mnie parę lat temu. Zadaję sobie pytanie, czy kiedykolwiek udałoby się wrócić do takich znajomości „listowych”, gdzie widzi się literki pisane ręcznie, nie wklepywanych przez klawiaturę.

Owszem, lubię maile, dwa-trzy tygodniowo wysyłam do osób, z którymi mam stały kontakt, ci, którzy ze mną takie listy wymieniają wiedzą, że jeśli tylko pozwolić mi na rozpisanie się, to potrafię naprawdę spore elaboraty tworzyć. Ale to mimo wszystko nie jest to. Brakuje skupienia, brakuje tego poświęcenia cząst­ki siebie, fragmentu własnej duszy zamykanego w atramentowych literach. Dziś te literki zamieniamy w kod zerojedynkowy, zamiast znaczków przyklejamy za­łączniki, zamiast biegać na pocztę wciskamy przycisk „Wyślij”, zamiast przesyłać zdjęcie z dedykacją, podpinamy skany... Komercja, elektronika, globalizacja...

A czynnik duszy ludzkiej, to, co w nas najważniejsze, najpiękniejsze, świadczące o naszym człowieczeństwie, przysparzający sympatii, przyjaźni, uczuć – schodzi na plan dalszy, przytłoczony pogonią za rzeczywistością, zostaje zepchnięty gdzieś daleko, głęboko, z rzadka jedynie wyciągany na światło dzienne – gdy so­bie przypomnimy. Szkoda mi tego.

Czasem mam ochotę zapytać, kto chciałby taką korespondencję utrzymy­wać. Problem w tym, że nie mam gdzie tego pytania zadać, problem w tym, że się boję. Czego? Grzmiącego śmiechu, spojrzeń politowania, znaczącego stuka­nia w czoło... Siedzę więc cicho... i wspominam...

Rafał Wieliczko