In vitro od kuchni

Oddział patologii ciąży. Na sześć zajętych łóżek pięć okupowanych jest przez kobiety zapłodnione igłą. Każda historia ciężka.
/ 04.04.2011 08:52

Oddział patologii ciąży. Na sześć zajętych łóżek pięć okupowanych jest przez kobiety zapłodnione igłą. Każda historia ciężka.

15 jajeczek

Lidka ma trzydzieści lat. Kiedyś już była w ciąży, ale maleństwo zabiła tarczyca, którą trzeba było, jak płód, usunąć. To było z innym facetem. Jej obecny ma problem ze spermą, co kosztowało ich dodatkowe wydatki i wysiłki, jakby samo in vitro nie wystarczyło.

Sześć miesięcy przed procedurą Lidkę zgodnie z zasadami zaczęto szpikować hormonami, aby pobudzić jajniki do wzmożonej produkcji. Skutków ubocznych? Tyle, że trudno wymienić od strasznych obrzęków i wypadania włosów zacząwszy. Potem codzienne badania USG, żeby określić moment owulacji i wreszcie pobranie. Partner poszedł dwie godziny wcześniej ulżyć sobie nad świerszczykiem w plastykowy kubeczek, jej pod narkozą wybrali długą igłą 15 jajeczek.

Od tego momentu życie zaczęło kwitnąć w probówce. W końcu udało się pomyślnie zapłodnić 9 komórek, dwie przeznaczono do wszczepu, resztę do zamrożenia na kolejne próby. Znowu szpital, znowu manipulacje w pochwie, ale wracasz do domu pewna, że nasionka są w tobie. Lidce utrzymało się jedno, co jest zwykle założeniem. Po sześciu tygodniach zaczęła krwawić, więc wylądowała w szpitalu - worek płodowy otacza duża skrzeplina. Szanse są 50/50. „Jak nie wyjdzie, to sprawimy sobie psa, więcej już tego nie zniosę” - mówi blada, mizerna dziewczyna w szpitalnej pościeli.

Niepewność

Marta i Kasia są jeszcze w fazie, że o ciąży nawet nie mówi się w tygodniach. Owszem zostały zaimplantowane przez jajeczka, ale ich ciała przyjęły to kiepsko. Straszne opuchlizny, jajniki wypompowane na 8 cm i wystające z brzucha jak guzy, płyn w jamie brzusznej. U Marty odkryli nawet wodę w płucach, więc cały czas jest na sterydach. Kasia wygląda jakby była w dziewiątym miesiącu.

Obie są pełne zapału i nadziei, Kasia skończyła zaledwie 24 lata, więc ma jeszcze kilka lat na starania. Bo wiadomo jak jest - tylko co drugiej udaje się za pierwszym razem. Marta ma nadzieję, że zagnieżdżą się oba jajeczka, bo chciałaby mieć dwójkę i wie, że dla niej lepiej załatwić całą sprawę jednym rzutem.

Dziewczyny siedzą w szpitalu dziesięć dni. Ciągle robią im badania, starają się zapanować nad hormonami i reakcjami immunologicznymi. Czy coś z tego będzie? Może, ale żaden lekarz nie chce obiecywać, bo na monitorze serduszka jeszcze wciąż nie widać.

Bliźniaki

Ola ma 36 lat i mówi, że jest już stara i dla niej to ostatni gwizdek. Gdy miała osiemnaście lat urodziła córkę w młodzieńczym, jednorocznym związku, z którego wyszła jako samotna matka. Po dziesięciu latach poznała nowego partnera i w końcu postanowili powalczyć o potomstwo. Naturalnie się nie dało, więc w grę ruszyły strzykawki. Pierwsza ciąża się nie przyjęła. Strach, łzy, zniechęcenie. W badaniach lekarze odkryli jednak poważną anemię i Olę przez rok leczono na krew.

Za drugim razem się udało. I to od razu podwójnie. Wielka radość, choć trzeba będzie dobudować piętro do domu. W ósmym tygodniu miny rzedną, bo Ola ląduje na patologii z krwawieniem. To przy bliźniakach częste - uspokajają lekarze. Wychodzi po tygodniu, kolejny miesiąc żyje jak staruszka ograniczając wszystkie zbędne ruchy, aby krwiak się lepiej wchłonął.

Teraz, w dwudziestym tygodniu, ląduje w tym samym łóżku z twardnieniem brzucha. Macica za szybko zaczęła się kurczyć, potrzeba kroplówek z magnezem. Ola się nie zraża i odbębnia kolejny szpitalny wyrok ze spokojem wyjadaczki. Wybiera w gazetach podwójne wózki, zastanawia się nad szerokością drzwi do supermarketu.

Walka

Rozmawiając z nimi nad szpitalnym bulionem w kubku nabieram do wszystkiego innej perspektywy. Dotąd macierzyństwo wydawało mi się wyzwaniem samym w sobie i roztrząsałam głównie trud decyzji o odstawieniu tabletek. Tutaj nagle stanęłam oko w oko z kobietami, dla których poświęcenie minimum pół roku życia na żmudne przygotowania do połączenia jajeczka i spermy jest największym błogosławieństwem. Od początku wiedzą, na co się piszą - że szanse są ograniczone, skutki uboczne częste, a ciąża po in vitro ma największe szanse na komplikacje. A mimo to się nie poddają, bez żalu rezygnują z pracy, seksu na kilkanaście miesięcy, urody, sportów, przyjemności. Coś nie pozwala nie wątpić, że będą z nich kiedyś świetne matki. Oby udało się tym razem.