Władca pielmieni

Rosyjska superprodukcja fantasy "Wołkodaw" to istna tortura. Poza tym film jest brutalny, pełen nużących i niepotrzebnych scen mordów.
Władca pielmieni

Właściwie nie rozumiem, dlaczego kina nie używa się do torturowania ludzi, tak jak czasem wykorzystuje się w tym celu muzykę. Weźmy na przykład taki "Wołkodaw". Po 30 minutach seansu gotowa byłam wyznać, że to ja w podstawówce zamknęłam kota w szafie na przyrządy fizyczne, a po godzinie – że osobiście przygotowałam zamachy na World Trade Center. Po kolejnej przypomniało mi się, że to jednak moja matka.

"Wołkodaw" jest rosyjską odpowiedzią na "Władcę pierścieni", najdroższą w dziejach tamtejszej kinematografii produkcją opartą na bestsellerowym książkowym cyklu o przygodach tytułowego Wołkodawa, całymi garściami czerpiącą z tradycji i mitologii słowiańskiej. Niestety, wersja filmowa bardziej przypomina naszego nieszczęsnego "Wiedźmina" niż osławioną trylogię Petera Jacksona. Nawet realizacyjny rozmach nie jest w stanie ukryć ubóstwa wyobraźni, płycizn scenariusza, braku magicznej aury, nieciekawych bohaterów, mizernych efektów specjalnych. Historia zemsty i miłości, w którą wpisany jest jeszcze konflikt potężnych sił, pełza ciężko po ziemi jak sztuczny dym, którego użyto tu w nadmiarze. "Wołkodaw" jest poza tym brutalny, pełen nużących i niepotrzebnych scen mordów.

Przy okazji chciałabym zaapelować do dystrybutorów filmowych, którzy z kolei nagminnie mordują rosyjskie nazwiska, nazwy czy tytuły, pisząc je po angielsku. Reżyser "Wołkodawa" (a nie "Volkodava") to swojski Nikołaj Lebiediew, a nie Nikolai Lebedev – tak jak Fiodor Dostojewski to nie Fyodor Dostoevsky. Nawet jeśli w angielskiej wersji brzmi to bardziej światowo, to w niczym nie zmienia faktu, że Lebedev zrobił film koshmarnye nudny. I w gruncie rzeczy prowincjonalny.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój

"Wołkodaw. Ostatni z rodu Szarych Psów", reż. Nikołaj Lebiediew, Rosja 2006, 136’, SPI, premiera: 13 lipca 2007.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)