"O północy w Paryżu" - Polki.pl recenzują

Piękny, spokojny, refleksyjny film, na dodatek osadzony w jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Takie klimaty, taki nastrój i filmową liryczność może wykreować tylko prawdziwie wybitny reżyser, prowadzący dobrych, albo doskonałych aktorów. Piękny, wartościowy film i świadectwo europejskiego geniuszu Woodego Allena. Teraz już nie szkoda mi, że opuścił Nowy Jork.
/ 14.03.2007 07:32

Piękny, spokojny, refleksyjny film, na dodatek osadzony w jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Takie klimaty, taki nastrój i filmową liryczność może wykreować tylko prawdziwie wybitny reżyser, prowadzący dobrych, albo doskonałych aktorów. Piękny, wartościowy film i świadectwo europejskiego geniuszu Woodego Allena. Teraz już nie szkoda mi, że opuścił Nowy Jork.

Historia jest znana i stara jak świat. Kiedy Woodego Allena napiętnowali w jego ojczyźnie za związek z adoptowaną córką, spadły zyski z jego filmów. Amerykanie niechętnie wydawali na Allena pieniądze w kinie. W odpowiedzi na bunt rodaków, Allen przeniósł siebie i swoje filmy do Europy. Zaczęła się wtedy zupełnie nowa era Allena jako reżysera. To były inne filmy, jak inna była kultura w których się działy. Jak i u amerykańskiego Allena, były te lepsze i te gorsze opowieści, jak na razie jednak uwielbienie dla reżysera w Europie trwa. I nic nie wskazuje na to, żeby miało być inaczej.
Tym bardziej, że jego najnowszy film jest podobno tym najbardziej kasowym w jego filmografii. Zyski już oscylują w okolicach 100 milionów dolarów. Jest więc sukces. I wiele argumentów na to, żeby wybrać się do kina. Bo sama historia też jest bardzo urokliwa. Bohater Allena to Gil, amerykański scenarzysta, pracujący właśnie nad swoją pierwszą powieścią. Gil (Owen Wilson) przyjeżdża do Paryża z narzeczoną Inez (Rachel McAdams) i jej rodzicami. Inez chce jak najwięcej korzystać z uroków miasta zakochanych, niekoniecznie włączając do swoich zajęć narzeczonego. Znacznie bardziej zafascynowana jest przypadkowo spotkanym znajomym Paulem, któremu poświęca większość czasu. Opuszczony Gil snuje się po ulicach Paryża, z których pewnej nocy zabiera go tajemniczy samochód. Tak trafia do klubu, gdzie przyjęcie wydają … Zelda i Scott Fitzgerald. Przy sąsiednim stoliku siedzi Salvador Dali i Ernest Hemingway, który obiecuje dać książkę Gila do sprawdzenia Gertrudzie Stein. Na przyszłego pisarza uwagę zwraca też tajemnicza muza Adriana (Marion Cotiliard), która stanie się swoistą przewodniczką Gila po Paryżu innej epoki. Epoki minionego Paryża, innego, chociaż równie magicznego i pociągającego jak ten dzisiejszy.

Lubię tego Allena z czasów Nowego Jorku. Tego śmiesznego, cynicznego, bystrego obserwatora, który widział w codziennym życiu coś więcej niż inni. Do tego europejskiego trudno było mi się przyzwyczaić i dopiero „O północy w Paryżu” jednoznacznie wygrało moje filmowe serce. To nie jest już Allen zabawny, ale równie wartościowy co ten nowojorski, bo też refleksyjny, spokojny, patrzący na świat i życie z perspektywy jego doświadczonego uczestnika. A te obrazy jakie kreuje, te szczegóły! Wszystko dopracowane jest w najdrobniejszym, najmniejszym elemencie. Dosłownie wsiąkamy w klimat, jaki Allen kreuje swoją mistrzowską ręką, klimat kultury, paryskiego życia lat 20tych XX wieku. Przepiękna scenografia otacza doskonałych aktorów, którzy – pod wodzą mistrza – wydają się wydobywać się z siebie jeszcze więcej talentu. Wielkie brawa dla Owena Wilsona, który jednoznacznie zerwał w końcu łatkę aktora idiotycznych komedii romantycznych. Wilson to aktor dojrzały, w pełni wymiarowy, tak dobry jak towarzyszący mu, bardziej utytułowani koledzy po fachu. Naprawdę trudno jest mi ocenić kto jest tutaj najlepszy, bo wspaniali są wszyscy, Marion Cotiliard, Adrien Brody, Michael Sheen, Alison Pill, Kathy Bates, Rachel McAdams… Po prostu wszyscy. Nawet Carla Bruni, o udziale której było bardzo głośno długo przed rozpoczęciem produkcji, wydaje się tutaj być idealnym dopełnieniem całej tej paryskiej historii. Historii urokliwej, urzekającej, spokojnej, ale wciągającej. Podającej morał, ale sposób zupełnie nie nachalny, niemalże oczywisty. W filmie zakochali się widzowie, zakochali się w nim też krytycy. I całkiem słusznie! Zdziwieni doskonałym przyjęciem filmu w Europie i na świecie, Amerykanie już zarządzili ponowną, tym razem szeroką dystrybucję filmu w kinach. Paryska opowieść trafi do multipleksów i małych miast w Stanach Zjednoczonych. Kto wie, może jeszcze pożałują, że dali Allenowi uciec. Ten film jest wspaniały, wspaniały, wspaniały!

P.S. Okropny ten nasz plakat. Zagraniczny znacznie ładniejszy.

Fot. Materiały prasowe dystrybutora filmu

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)