Francuski numer

Numer może i francuski, ale wykonanie polskie.
 
Mam nadzieję, że wbrew hasłom na plakatach „Francuski numer” nie jest jednak „najlepszą komedią roku”, bo oznaczałoby to, że przez najbliższe osiem miesięcy nie czeka nas już nic śmiesznego. Na szczęście nie jest też z pewnością komedią najgorszą, już raczej zmarnowaną.

Pomysł był genialnie prosty: umieścić w jednym samochodzie ormiańskiego ciężarowca (Piotr Borowski), czarnego studenta (Yaya Samake), „prawdziwego Polaka” (Jan Frycz) i jego syna (Jakub Tolak), już „Europejczyka”. Za kierownicą rozklekotanego mercedesa siedzi zaś przedstawicielka tak zwanej warszawki (Karolina Gruszka), która oficjalnie wywieźć ma całe towarzystwo do Paryża, nieoficjalnie zaś – w pole.
Resztę, niestety, dopisano na kolanie: komedia debiutanta Wichrowskiego ma i błyskotliwe scenki, i fajne obserwacje rozmaitych polskich przypadłości, i zabawne dialogi, lecz generalnie kręci się w miejscu, psuje i nie może nabrać rozpędu jak wspomniany już mercedes. Ormianin w ogóle nie istnieje jako postać, wątek gangsterów tropiących merca jest dramatycznie słaby, nie mówiąc o wpadkach realizacyjnych (auto ma stłuczkę, której ślady nagle znikają).
Jeśli ktoś ratuje ów bałagan, to z pewnością Jan Frycz w brawurowej roli zakompleksionego, spiętego i uprzedzonego Polaka, który powoli otwiera się na „obcych”. Scena, w której pod wpływem trawki idzie w tany w młodzieżowym klubie, jest po prostu fantastyczna. Ale to tylko przebłyski tego, czym „Francuski numer” mógłby być, gdyby go solidnie wymyślono i dopracowano. Na razie, niestety, niedorobiony film to wciąż typowo polski numer.

Małgorzata Sadowska

„Francuski numer”, reż. Robert Wichrowski, Polska 2006, ITI Cinema, premiera 17 marca


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)