Smutna kobieta fot. Fotolia

„Od lat nie mogę schudnąć. Myślałam, że to przez niedoczynność tarczycy. Problemem okazał się...”

Rzadko kiedy lekarz zleca badanie kortyzolu. A okazuje się, że to jeszcze większy problem niż zdiagnozowana niedoczynność tarczycy!
Listy od Czytelniczek / 25.08.2017 15:41
Smutna kobieta fot. Fotolia

"Wszystko zaczęło się w 2014 roku, kiedy trafiłam do endokrynologa z podejrzeniem niedoczynności tarczycy. Tak naprawdę to sama ją u siebie podejrzewałam, ponieważ od dłuższego czasu czułam się fatalnie, a gwoździem do trumny okazało się odkrycie niedoczynności u mojej siostry, która była w 10 tygodniu ciąży. Wcześniej żaden lekarz nie powiedział jej, że powinna zbadać sobie poziom TSH. A już szczególnie, jeśli planuje zajście w ciążę. To samo było z moją babcią. Potężną niedoczynność tarczycy wykryli u niej dopiero wtedy, gdy leżała w szpitalu po rozległym udarze. Z tego szpitala już niestety nie wyszła...

Karmi piersią 3-letniego synka i pokazuje to na zdjęciach. Internauci: „To kobieca pedofilia!”

Wracając jednak do mnie, moje TSH wynosiło wtedy ok. 4. Niby w górnej granicy normy, ale pani endokrynolog uznała, że to już niedoczynność. Chwała Bogu. Rozpoczęłam proces leczenia - Euthyrox 50, zalecono ćwiczenia w celu zmniejszenia masy ciała. Przeciwciała w normie. Nie miałam nawet niedoboru witaminy D. Mimo zmiany stylu życia, zapisu na siłownię i utraty kilku kilogramów dawkę zwiększono do 75, ponieważ 50 nie zbiła wyniku TSH nawet o kilka procent.

6 miesiąc leczenia - pani endokrynolog (podkreślę, że leczyłam się u niej prywatnie) zaleciła usg tarczycy + zbadanie kortyzolu. Spytała, czy mam jakieś wyniki badań TSH z okresu dzieciństwa/dojrzewania. Miałam. Wyniki wygrzebałam w szufladzie u rodziców w mieszkaniu. Pokazałam pani doktor. Okazało się, że niedoczynność tarczycy można było stwierdzić już wtedy, kiedy miałam 11 lat. W 2014 roku miałam lat 25. Lekarze z Centrum Zdrowia Dziecka po prostu olali temat stwierdzając, że to wszystko przez wkroczenie w etap dojrzewania. „Przecież nie ma się czym przejmować” - powtarzali mojej mamie.

Zrobiłam USG - drobne guzki na tarczycy. Kortyzol też nie wyszedł dobrze. Wyszedł wręcz tragicznie - poziom tego hormonu w moim przypadku ponad dwukrotnie przekraczał normę. Pojawiło się podejrzenie guzów na nadnerczach. Skierowano mnie na tomografię i zalecono badanie krwi po wzięciu deksametazonu - leku, który stopuje wydzielanie kortyzolu w sytuacjach, gdy w organizmie nie ma żadnych guzów aktywnych hormonalnie. To jak się bałam, wiem tylko ja.

Na szczęście na nadnerczach nic nie było. Pani doktor stwierdziła, że „tak po prostu mam” - przez styl życia, ćwiczenia, temperament. Ja jednak wiem, że kiedyś tak nie było. To co się dzieje z moim organizmem nie jest „normalne”. Na dodatek nikt nie powiedział mi co robić, jak obniżyć poziom tego hormonu.

Mamy 2017 rok i dopiero teraz trafiłam na dietetyczkę (a dietetyk to przecież nie endokrynolog!), która kazała mi ponownie wykonać to badanie. Wszystko przez spory przyrost wagi w ostatnim roku - aż 7 kg. Oczywiście oznaczenie poziomu kortyzolu nie jest refundowane przez NFZ. Badanie opłaciłam z własnej kieszeni. I powtórka - znowu wynik dwukrotnie przekracza normę. Tyle, że dziś jestem mądrzejsza.

Z dnia na dzień przestałam pić kawę, herbatę (tak, zieloną też), colę. Codziennie jem śniadanie przed wyjściem do pracy - ponoć niejedzenie w ciągu godziny od pobudki również ma wpływ na zwiększenie poziomu kortyzolu. Codziennie kładę się spać i wstaję o tej samej godzinie. Ale wszystkich stresów nie da się przecież wykluczyć.

Dodatkowo okazało się, że mimo z pozoru dobrych wyników TSH i przeciwciał, Euthyrox w moim organizmie praktycznie w ogóle nie przemienia się w aktywny hormon. To dlatego lekarze ciągle zwiększali mi dawkę (aktualnie - 100). A wystarczyło policzyć to z kalkulatorem i powiedzieć o konieczności suplementowania magnezu, selenu, cynku i witaminy D. Niby mało, ale robi różnicę.

W październiku kolejne badania. I już jestem przerażona, co wyjdzie..."

- Monika

40% chorych nie wie, że ma tę chorobę. Prowadzi do tego, że jeden z narządów przestaje działać