Ostatnia śmierć mistrza

Ingmar Bergman odszedł. Ta wiadomość zaskoczy pewnie wielu, bo w powszechnej świadomości ten reżyser nie żyje już od dawna.

Ostatnia śmierć mistrza fot. ONS


Nic dziwnego, wszak dla kina umarł jeszcze w 1982 roku, zamykając karierę wspaniałym "Fanny i Alexander". Jego późniejsza twórczość teatralna, literacka czy radiowa była już słabo znana poza granicami Szwecji, a kolejne filmowe scenariusze – bardzo osobiste – realizowali już inni: Bille August ("Dobre chęci"), Liv Ullman ("Wiarołomni") i syn artysty Daniel ("Niedzielne dzieci").
Sprawdzam w internetowym archiwum (www.ingmarbergman.se), jakie teksty reżysera cieszą się dziś największym wzięciem. Okazuje się, że w tym roku teatry od Tel Awiwu, przez Budapeszt, Berlin, po Brukselę grają "Sceny z życia małżeńskiego". Jest więc obecny Bergman antymieszczański, śmiało obnażający hipokryzję w relacjach rodzinnych, małżeński "teatr uczuć". Reżyser robił to zresztą tak skutecznie, że po telewizyjnej premierze "Scen..." (1973) przez Szwecję przetoczyła się fala rozwodów.

Od kilku lat Bergman niemal nie kontaktował się ze światem, spędzając czas na swojej wyspie Faro. Czytał i pisał. Dużo spacerował i jeździł rowerem, bo jak mawiał: "demony nie lubią świeżego powietrza". W tym czasie świat pracowicie wznosił jego pomnik, przyznając nagrody imienia Bergmana, organizując tygodnie bergmanowskie na Faro i liczne przeglądy jego twórczości – między innymi w Polsce, gdzie ku zaskoczeniu organizatorów seanse przyciągały tłumy.
Już dawno temu twórca "Persony" mógł spocząć na laurach i odcinać kupony od dawnej świetności, do końca jednak zaskakiwał szczerością i odwagą rzadką u twórców, którzy dorobili się statusu mistrzów i geniuszy. W 2004 roku ukazały się "Trzy dzienniki", wstrząsający zapis trwającego kilka miesięcy umierania ostatniej żony reżysera Ingrid von Rosen. Tu Bergman obnaża się do końca, ze swoimi słabościami, z błędami, lękiem przed śmiercią, który towarzyszył mu przez całe życie. Wiele jego filmów osnutych jest wokół pytań o sens istnienia, wyrasta z poczucia absurdu naszej egzystencji, z ambiwalentnych uczuć wobec wiary i obaw przed nicością. Z wątpliwości i ze strachu. Z osamotnienia. "Dla Bergmana być samotnym oznacza zadawać pytania. A robienie filmów jest odpowiadaniem na nie" – napisał niegdyś francuski reżyser Jean-Luc Godard.
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

Niepokoje dzielili z reżyserem filmowi bohaterowie, którym często kazał umierać, jak osamotnionej Agnes z "Szeptów i krzyków" (1972), staremu profesorowi Bergowi z "Tam, gdzie rosną poziomki" (1957) czy zagubionemu mężczyźnie z "Gości Wieczerzy Pańskiej". W "Siódmej pieczęci" (1956) znalazła się słynna scena, w której rycerz gra w szachy ze Śmiercią, by ostatecznie przegrać. Partia, którą rozgrywał z nią Bergman, przebiegała dużo burzliwiej. Jak na ironię twórca ogarnięty obsesją śmierci przeżył wielu swoich bliskich i współpracowników, choćby aktorkę Ingrid Thulin czy operatora Svena Nykvista. Nic dziwnego, że Liv Ullman pytana niedawno o to, czym zajmuje się na Faro jej były życiowy partner, odpowiedziała: – Rozmawia z duchami.

W 1990 roku w książeczce "Bergman. Rozmowy" reżyser półżartem wyznał dwóm krytykom, jak wyobraża sobie swoją pośmiertną egzystencję: – Wydaje mi się, że w piekle będę musiał siedzieć w sali projekcyjnej i oglądać swoje filmy przez dwie albo trzy wieczności. Myślę, że to będzie moja kara. Nie wiemy, czy twórca "Fanny i Alexandra" jest w piekle, czy w niebie, czy też rozpłynął się w nicości, ale jedno jest pewne: Ingmar Bergman już nie zadręcza się pytaniami. Ingmar Bergman już wie. Wszystkie wątpliwości pozostawił nam.

Małgorzata Sadowska/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/9 lat temu
powstal w 2003