Odlot na kółkach

Znowu stoisz od godziny w korku? A gdyby tak wznieść się ponad ulicę i polecieć prosto do celu... Chciałbyś?

Lawinowo rośnie liczba samochodów. Zapychają się nimi miasta. Dotychczasowy system transportu przestaje prawidłowo działać. Wszystko dlatego, że funkcjonuje tylko w dwóch wymiarach – auta suną jedno obok drugiego, wzajemnie sobie przeszkadzając. Sytuacja poprawia się tylko tam, gdzie wykorzystujemy trzeci wymiar – wysokość. Wystarczy spojrzeć na wiadukty, metro lub tory kolejki biegnące ponad ulicami. A gdyby pójść krok dalej i skonstruować latające samochody?



Próby wynalezienia maszyny, która uniosłaby się ponad ulice miasta, zostały podjęte wkrótce po zbudowaniu pierwszych samochodów. Swoje miejsce w historii lotnictwa znalazł Aerocar zbudowany w 1957 roku przez Multona Taylora. Był to niewielki samochód, ale mógł ciągnąć sporo dłuższą od siebie przyczepę, w której znajdowały się skrzydła, ogon i napęd śmigłowy. Gdy kierowcę naszła chęć na wzniesienie się w powietrze, do samochodu doczepiało się zawartość przyczepki, znajdowało kawałek wolnej drogi służącej za pas startowy i już można było startować. Maszyna uzyskała nawet certyfikat amerykańskiej Federal Aviation Authority i została uznana za w pełni funkcjonalny samolot. Jednak Aerocar pozostał tylko ciekawostką, a nam chodzi o coś, co może zastąpić zwykłe samochody.
Pojazd powinien być tak bezproblemowy w obsłudze jak współczesne auta. Jego rolą ma być uproszczenie i przyśpieszenie miejskiego transportu. Będzie poruszać się wśród gęstej zabudowy, pomiędzy setkami podobnych pojazdów. Pani lub pan domu, którym właśnie skończyły się cukier i piwo, powinni móc szybko wsiąść do pojazdu i skoczyć do sklepu dwie przecznice dalej. Maszyna musi więc być bezpieczna, wygodna, prosta w obsłudze, szybka, oszczędna i w miarę tania. Tylko tyle?

Natchnienie z filmu
Zadanie okazuje się znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Do ideału latającego samochodu najbardziej zbliżył się inżynier Paul Moller, który od ponad 40 lat pracuje nad podobnymi konstrukcjami. Początkowo jego maszyny w niczym nie przypominały samochodów – prawdę mówiąc, bliżej im było do latających talerzy. Zmieniło się to dopiero pod koniec lat 80.
W 1982 roku pojawiła się wizja, która do dziś inspiruje konstruktorów latających samochodów. Wtedy to Ridley Scott nakręcił film "Łowca androidów". Pokazał w nim chyba najbardziej niezwykłe i kompletne przedstawienie miasta przyszłości. Oczywiście są tam i latające samochody. Noszą nazwę spinner – dysponują nimi policja, tajniacy i wszelkie służby specjalne.
Pomysł rozwinął Luc Besson w "Piątym elemencie", gdzie główny bohater Korben Dallas lata taksówką. Ruch w Nowym Jorku w 2263 roku odbywa się na wielu poziomach, wyraźnie widać, że pojazdy podążają wyznaczonymi pasami powietrznymi.
Żaden z tych filmowych pojazdów nie przypomina pokracznego latającego talerza – na szczęście zauważyli to również konstruktorzy współczesnych prototypów. To wtedy Paul Moller zarzucił dotychczasowe wzornictwo.
Jego maszyna oznaczona jako M400 Skycar to czteroosobowy pojazd (polot?) o pięknej, opływowej, czerwonej karoserii.
Kilka lat temu Moller był tak pewny sukcesu, że zaczął przyjmować przedpłaty na swój latający samochód. Niestety, mimo wielkiego entuzjazmu okazało się, że wciąż nie sposób zbudować naprawdę bezpiecznej maszyny, która stałaby się w powietrzu tym, czym samochód na ziemi. Zrezygnowawszy z seryjnej produkcji, konstruktor chciał sprzedać jedyny egzemplarz M400 w serwisie eBay, jednak nie uzyskał satysfakcjonującej go ceny i zrezygnował z transakcji.
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

Samochód pionowego lądowania
A szkoda, bo M400 to pierwszy pojazd, który może spełnić marzenia o lataniu do pracy. Dla użytkownika najważniejsze jest bezpieczeństwo. W Skycarze nie ma zionących ogniem silników odrzutowych ani szatkujących pasażera śmigieł. Maszyna napędzana jest przez cztery bezpiecznie obudowane wirniki.
Nawet gdy jeden z nich przestanie działać, pojazd może nadal lecieć, korzystając z mocy pozostałych. W razie gdyby zawiódł cały napęd, pozostają spadochrony, które bezpiecznie opuszczą wehikuł na ziemię.
Ponieważ kierowanie ciągiem ośmiu silników napędzających cztery wirniki nie jest łatwe, w M400 znajdzie się złożony system kontroli lotu, który zapewni mu stabilność oraz bezpiecznie wykona kluczowe manewry – start i lądowanie.
Oczywiście nie może być mowy o jakichkolwiek pasach startowych – nie każdy ma za domem ogródek o długości półtora kilometra. Pozostaje więc pionowe wznoszenie. Maszyna startuje, kierując ciąg wirników w dół, a gdy osiągnie zamierzony pułap, przenosi ciąg do tyłu, uzyskując prędkość poziomą.
Tu jednak zaczynają się pojawiać wątpliwości. Żaden zwykły kierowca, a to oni mają być użytkownikami M400 i jego następców, nie wykona sam manewru podejścia do pionowego lądowania. Musi to za niego zrobić komputer, a konstrukcja takiej jednostki jest niezwykle skomplikowana. – System, który będzie samodzielnie kontrolował pionowy start i lądowanie, jest co najmniej 10 razy trudniejszy do stworzenia niż ten stosowany w klasycznych samolotach – mówi Mark Moore, inżynier NASA.
W tej chwili jedynym samolotem potrafiącym wznosić się i lądować pionowo jest AV-8B Harrier II. Wystarczy jednak spojrzeć, jak niepewnie wygląda podczas tego manewru, by zrozumieć, że stworzenie komputera, który wykona to bez pomocy człowieka, będzie szalenie trudne i kosztowne.

Kierowca czy pilot?
Kolejny problem to cena maszyny. Paul Moller twierdzi, że za pierwszy model M400 klienci zapłacą około 500 tysięcy dolarów. Jego zdaniem, gdy rozpocznie się masowa produkcja, cena spadnie 10-krotnie. Co prawda za 50 tysięcy dolarów można kupić luksusową limuzynę, ale bogatych entuzjastów to nie zniechęca.
Choć pół miliona dolarów to niemało, część specjalistów twierdzi, że za tę cenę nie może powstać bezpieczny latający samochód. – Za radio z systemem nawigacji GPS płacę 18 tysięcy dolarów. Do mojego samolotu potrzebuję dwóch takich urządzeń – mówi Thomas A. Bowen, inżynier z Mooney Airplane Company. – Czyżby w pojeździe Mollera miało nie być radia?
Na horyzoncie widać też inne problemy. Na razie do kierowania latającym pojazdem potrzebna jest licencja pilota. Jej zdobycie wymaga wylatania dziesiątek godzin z instruktorem i wyłożenia ogromnych sum pieniędzy. A przecież samochodosamolot ma być pojazdem dla każdego...
Kolejna sprawa to hałas i ciąg, jakie wytwarza maszyna. W tej chwili próba lądowania w ogródku spowodowałaby ogłuszenie wszystkich sąsiadów i przeoranie trawnika przed kilkoma sąsiednimi domami. Można sobie wyobrazić ryk silników i fruwające wszędzie krzaki, kiedy o 7.30 wszyscy lecą do pracy...
Mimo zastosowania licznych środków bezpieczeństwa nietrudno przewidzieć, jak mogłaby wyglądać niewinna stłuczka dwóch maszyn nad miastem – zburzenie kilku kwartałów ulic stałoby się codzienną niedogodnością nowego systemu transportu.
Czy to znaczy, że powszechny powietrzny transport pozostanie tylko mrzonką grupy entuzjastów?
Niekoniecznie. Instytucje takie jak NASA poważnie o tym myślą. Właśnie w amerykańskiej agencji kosmicznej powstał program PAVE (Personal Air Vehicle Exploration – Badania Osobistych Maszyn Latających). Choć badacze z NASA zajmują się też latającymi samochodami, zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że przyszłość transportu powietrznego będzie inna. Mają to być małe latające taksówki – kilkuosobowe samoloty startujące i lądujące na niewielkich lotniskach, pilotowane przez zawodowców. To pewniejsze niż niebo pełne plastikowych pudeł pędzących we wszystkie strony z prędkością 400 kilometrów na godzinę.
A co z latającymi samochodami? Czy możemy już o nich całkiem zapomnieć? Wydaje się, że mimo wszystko mają przyszłość – takie pojazdy mogą być wymarzonym środkiem transportu dla niektórych służb czy firm. Latające pogotowie nie utknie w korku, powietrzny radiowóz łatwiej dogoni przestępcę, a firma kurierska szybciej dostarczy przesyłkę.
Trzeba też mieć sporo pokory, pamiętając, że pod koniec XIX wieku, przed rozpowszechnieniem się samochodów, rozważano, jak też za sto lat ludzkość poradzi sobie z masą końskiego nawozu zawalającego ulice wielkich metropolii.

Piotr Stanisławski/ Przekrój Nauki
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)