POLECAMY

Miałam branie, facetów zmieniałam jak rękawiczki. Jestem po trzech rozwodach i żyję w kłamstwie

Od kilku miesięcy udaję moją siostrę. Nie jestem oszustką, naprawdę. Po prostu nie mam innego wyjścia.

/ 2 tygodnie temu
Miałam branie, facetów zmieniałam jak rękawiczki. Jestem po trzech rozwodach i żyję w kłamstwie fot. Fotolia

To ja zawsze byłam tą ładniejszą. Popularniejszą. Lubianą przez rówieśników. Moja starsza o dwa lata siostra spędzała czas z nosem w książkach. Ale to ona zwiedziła świat, skończyła studia w Londynie, ma apartament z wielkim tarasem i nosi, szyte na miarę, sukienki. Ja po trzech rozwodach znowu mieszkam z mamą w swoim panieńskim pokoiku. I pracuję w okienku na poczcie na trzy czwarte etatu.

Już w liceum byłam pewna, że świat wkrótce będzie należał do mnie. Chłopaków zmieniałam jak rękawiczki, mogłam mieć każdego. Na naukę nie miałam czasu, ale jakoś się prześlizgiwałam z klasy do klasy. Raz zagrałam jako statystka w reklamie i od tamtej pory uważałam, że czeka mnie kariera modelki. Albo aktorki. Za to Kama całe dnie spędzała na nauce. Była prymuską w każdym przedmiocie. Laureatką olimpiad. Uczestniczką kół naukowych. Po maturze zaczęła studiować zarządzanie i ekonomię. Znała już biegle niemiecki i angielski, więc zaczęła uczyć się francuskiego.
Ja maturę oblałam, ale nie przejęłam się tym, bo byłam wtedy zakochana w pewnym Adamie. Zaszłam w ciążę, ale miesiąc po ślubie poroniłam. Pół roku później byliśmy już rozwiedzeni.

Tymczasem Kama obroniła magisterkę w Londynie, bo tam kończyła studia. Nie wróciła do Polski – pojechała na studia MBA do Paryża. W tym czasie ja finalizowałam mój drugi rozwód. Kazik był bogatym biznesmenem, starszym ode mnie o 15 lat. Poznaliśmy się, gdy pracowałam jako hostessa na targach wędliniarskich. Gdy zobaczyłam jego willę z basenem – przyjęłam oświadczyny. Wkrótce Kazik uznał, że pora postarać się o dziedzica. Gdy w ciągu dwóch lat nie zaszłam w ciążę, wysłał mnie na badania. Okazało się, że nie mogę mieć dzieci z powodu komplikacji po poronieniu. Następnego dnia spakował mnie i wyrzucił z domu. Po rozwodzie nie dostałam nic, bo nie wiedziałam, że wśród różnych papierów, które podpisałam przed ślubem, była również intercyza.

Okazało się, że nie mogę mieć dzieci z powodu komplikacji po poronieniu.

Kama w końcu wróciła do Polski i przez kolejnych pięć lat pięła się po szczeblach kariery: była szefem wydziału, potem dyrektorem finansowym. Zmieniała pracę, firmy, zdobywała wyższe stanowiska, zarabiała coraz więcej. A ja w tym czasie poznałam męża numer trzy. Karol grał w kasynie, gdzie podawałam drinki. Kilka razy przy mnie wygrał i uznał, że przynoszę mu szczęście. Trzy miesiące po ślubie jego dobra passa się skończyła. Przegrał wszystko, narobił długów i zniknął. Trochę mi zajęło, zanim udało mi się go znaleźć i przeprowadzić rozwód.

Na zainteresowanie nie narzekałam

Wtedy wprowadziłam się z powrotem do mamy i znalazłam pracę na poczcie. Rok później mama miała udar. Nie mówi, z trudem się porusza. Kama zatrudniła opiekunkę, która spędza z mamą całe dnie.
I wszystko jakoś działało, aż do dnia, gdy moja siostra zwariowała.
Pewnie źle było z nią już wcześniej, ale nie utrzymywałyśmy ze sobą zbyt bliskich kontaktów. Pewnego dnia dostałam telefon.

– Pani Edyta? Czy wie pani, co się dzieje z Kamą? Od trzech dni nie było jej w pracy – usłyszałam głos mężczyzny, który przedstawił się jako jej zastępca.
Miałam klucze do apartamentu siostry, pojechałam więc do niej. Znalazłam ją skuloną na balkonie w samej koszuli nocnej. Brudną i zziębniętą. Cały czas coś niezrozumiale mamrotała pod nosem. Zadzwoniłam po pogotowie, które odwiozło ją do szpitala psychiatrycznego. Według lekarzy, jej zapaść miała związek z przepracowaniem i nadmiernym stresem.
– Musi jak najwięcej odpoczywać. Za jakiś czas wróci do równowagi psychicznej – tłumaczyli.

Miesiące mijały, a Kama dalej nie wracała do pracy

Wyszła ze szpitala, ale zamieszkała z nami. Pani Jadzia opiekowała się teraz i mamą, i nią. Z Kamą dało się normalnie porozmawiać, ale była całymi dniami bardzo zmęczona, przede wszystkim spała. Pojawił się jeszcze jeden problem: zaczęło być krucho z pieniędzmi. Pensja Kamy składała się z premii, dodatków, teraz przychodziła tylko część zasadnicza. Prawdziwe kłopoty zaczęły się jednak, gdy ZUS uznał, że Kama nie ma na razie szans na powrót do pracy i musi przejść na rentę. Jej mieszkanie wynajęłam, ale cały  zysk szedł na spłatę kredytu. Pewnego dnia Jadzia powiedziała, że dłużej nie może czekać na zaległe wynagrodzenie. Wybłagałam jeszcze miesiąc. Gdy zamknęły się za nią drzwi, usiadłam i zaczęłam płakać.

Następnego dnia rano zadzwonili z byłej już firmy Kamy

Poprosili, żebym wpadła po jej dokumenty. Po powrocie do domu rzuciłam teczkę  na stolik w przedpokoju.
– Pani Edyto, to chyba ważne, jakieś zaświadczenia pani Kamy. O, tu jest jej dyplom. Ojejku! Pani Kama była kiedyś blondynką. Na tym zdjęciu jest do pani tak podobna jak bliźniaczka – pani Jadzia trajkotała, przeglądając dokumenty, a w mojej głowie zaczął kiełkować z pozoru absurdalny pomysł.
– O dziękuję, szukałam ich cały ranek – skłamałam.

Ubrałam się w elegancką garsonkę, upięłam włosy, założyłam okulary. Wyglądałam jak bizneswoman..

Wzięłam dokumenty Kamy i zaczęłam szukać pracy. Zabrałam teczkę do pokoju i zaczęłam przeglądać. Kamy dyplomy, życiorys, świadectwa pracy... Zaczęłam działać, ale nie wierzyłam, że coś z tego będzie. W pracy zeskanowałam kilka dokumentów i zaczęłam szukać pomocy w necie. Jedno forum, drugie i już miałam program do łączenia różnych plików graficznych oraz instrukcję, jak go używać. Męczyłam się kilka wieczorów, w końcu miałam przed sobą piękny dokument o rozwiązaniu ostatniej umowy o pracę z Kamą za porozumieniem stron. Miałam w ręku teczkę pracownika, o którego zatrudnieniu marzy pewnie każda firma. Tylko co z tego? Przecież ja nie mam żadnych zawodowych kwalifikacji!

Pomimo wątpliwości, zaczęłam przeglądać oferty pracy. Gdy pani Jadzia po raz kolejny zapytała o pieniądze, podjęłam decyzję. Wybrałam pięć ofert z mniejszych firm, zapakowałam kopie dokumentów do kopert i wysłałam.
Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Z szefami trzech firm umówiłam się na spotkania. Ubrałam się w elegancką garsonkę, upięłam włosy, założyłam okulary. Wyglądałam jak bizneswoman...

Nie miałam wyjścia, musiałam zaryzykować

Jasne, że się denerwowałam. Ale nagle okazało się, że moje marzenia o karierze aktorki nie były takie bezpodstawne. Umiem łgać jak z nut.
– Dlaczego ta firma? Mówiąc szczerze, mam dosyć korporacji. Tam liczą się tylko słupki. Ta gonitwa to nie dla mnie. W małej rodzinnej firmie, takiej jak ta, liczy się człowiek. Liczy się indywidualne podejście do klienta, pracownika. I właśnie tego mi potrzeba – recytowałam po kolei na każdej rozmowie.
Wybrałam producenta opakowań. Może brzmi to banalnie, ale firma prowadzona przez ojca i syna miała klientów w całym kraju, Rosji, na Ukrainie. Padło na nich, bo wyglądało na to, że jedyny obcy język, jaki może mi się tu przydać to rosyjski, a jego znajomości nie deklarowałam. Poza tym miałam głównie nadzorować działania firmy w kraju, bo senior miał zamiar przejść na emeryturę. Miałam dostać gabinet, służbową komórkę, laptopa i samochód. Dzień przed rozpoczęciem pracy wpadłam w panikę. "Przecież od razu się na mnie poznają. Pójdę do więzienia. Co ja narobiłam" – przez natłok myśli nie mogłam zasnąć. Ale gdy przypomniałam sobie o mamie i siostrze, wiedziałam, że muszę zaryzykować.

Radzę sobie w firmie, bo korzystam z porad siostry

Następnego dnia pewnym krokiem wkroczyłam do firmy. – Dzień dobry, pani Kamilo – zagadnął miłym tonem portier. Chwilę mi zajęło, zanim skojarzyłam, że mówi do mnie.
– Chciałbym się przedstawić. Jestem Stanisław. Proszę się o wszystko pytać mnie, ja tu wszystkich najlepiej znam – starszy pan uśmiechnął się i puścił do mnie oko.
W progu gabinetu czekał na mnie właściciel i zabrał mnie na spotkanie kierowników działów. Patrzyli na mnie życzliwie, tak mi się przynajmniej zdawało. Po południu przyszedł do mnie człowiek z działu IT.
– Tu ma pani hasło do Oniksa
– rzucił i zaczął coś podłączać do mojego komputera.
Spanikowałam. Jakiego Oniksa? Jezu! Byłam pewna, że za chwilę komputerowiec zobaczy moje przerażenie i wybiegnie z gabinetu, krzycząc "oszustka". Zamknęłam oczy.
– A to jeszcze nikt pani nie pokazał Oniksa? – usłyszałam spokojny głos. – To jest taki nasz program do zarządzania zamówieniami, spedycją. Wszyscy w nim pracują.

Potem przez godzinę cierpliwie tłumaczył mi działanie programu. To wcale nie było takie trudne! Szczególnie że miałam patrzeć tylko na zestawienia, podsumowania, raporty... Odetchnęłam z ulgą.

"Płatny seks to nie zdrada. To jest odreagowanie." Czy faktycznie?

Pierwszy tydzień był łatwy, bo wszyscy wiedzieli, że się uczę. Ale już w kolejnym usłyszałam:
 – Pani Kamilo, jutro mamy zebranie operacyjne wszystkich kierowników. Będziemy planować najbliższy kwartał. O, tu są dokumenty. Może zdąży je pani przejrzeć. Wróciłam do domu. Kama była w wyjątkowo dobrej formie, dlatego postanowiłam spróbować.
– Wiesz, siostra, bo ja mam teraz nową pracę. Lepszą. I mam jutro takie zebranie, na które muszę przejrzeć dokumenty – powiedziałam, ale nie zdradziłam, że udaję ją, bo bałam się jej reakcji.

Kama wzięła dokumenty i zaczęła je przeglądać. Zobaczyłam, że jest w swoim żywiole. Po kilku minutach zaczęła coś do siebie mówić.
– Długie tuby się nie sprzedają. Są za drogie. Trzeba obniżyć koszty. Pudełka dla firm cateringowych... To jest przyszłość...

Moja mądra siostra, chociaż nie pamiętała, że wieczorem trzeba umyć zęby, najwyraźniej ciągle była doskonałym menedżerem. Postanowiłam jej zaufać. Następnego dnia na zebraniu powtórzyłam mniej więcej to, co usłyszałam od niej. Koledzy kiwali głową z aprobatą, a po południu wpadł do mnie właściciel.
– Pani Kamilo. Po dzisiejszym zebraniu wiem, że mogę spokojnie iść na emeryturę – zawołał, pocałował mnie w rękę i poszedł.
Obiecałam sobie, że go nie zawiodę. Całymi wieczorami czytałam podręczniki do ekonomii, rozmawiałam o zarządzaniu z Kamą. Mówiła, że jest ze mnie taka dumna. Dobrze, że nie znała prawdy.
Gdy dostałam pierwszą pensję, zapłaciłam pani Jadzi. I dołożyłam jej premię za cierpliwość. Zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia, muszę brnąć w to dalej.

Kiedyś do biura przyszła policja. Serce podeszło mi do gardła. Gdy asystentka wpuściła ich do mojego gabinetu, chciałam od razu wstać i przyznać się do wszystkiego, żeby mieć to już za sobą. Na szczęście nie mogłam wydobyć głosu.
– Przepraszamy za kłopot, ale w sąsiedniej firmie było włamanie... – zaczął mówić policjant. Nie wiem, co było dalej, chyba na chwilę straciłam przytomność.
– Pani Kamo, wszystko dobrze? Już czuje się pani lepiej? – dotarł do mnie nagle głos sekretarki.

„Z mężem łączy mnie już tylko wspólny adres i kredyt”. LIST OD CZYTELNICZKI

Kilka dni temu asystentka zostawiła mi kartkę na biurku. "Dzwonił Jacek Biernacki. Mówi, że znacie się ze studiów. Prosi o kontakt". Znowu spanikowałam. Na szczęście byłam sama. Wzięłam kilka głębokich oddechów, uspokoiłam się.
– Moniko, uprzedź wszystkich, że nie chcę mieć z tym człowiekiem nic wspólnego. Nie dawaj mu mojego numeru, powiedz ochronie, że gdyby przyszedł, nie wolno mu wejść. Tak, znałam Jacka. Po tym, co mi robił, nie chcę więcej słyszeć jego imienia – moje małe przedstawienie zrobiło wrażenie na asystentce.

Kama czuje się coraz lepiej. I zaczyna zadawać pytania. Pewnie będę musiała jej w końcu powiedzieć, że ukradłam jej życie. Dla jej dobra. I mamy. Ale czy zrozumie?

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)