W kobietach siła! Himalaistka Kinga Baranowska opowiedziała nam o swoich wyprawach i o tym, dlaczego trzeba umieć zawrócić tuż przed szczytem

Piękna, delikatna, drobna i kobieca. Jak sama mówi: „Kobiety, mimo że słabsze fizycznie, są często bardziej wytrzymałe, a w czasie wyprawy ma to ogromne znaczenie i pozwala stawiać czoła trudnym warunkom”. Z himalaistką Kingą Baranowską, zdobywczynią dziewięciu ośmiotysięczników, rozmawiamy o tym, czy w górach można uciec od problemów i ile wysiłku kosztuje wspinacza zawrócenie tuż przed szczytem.

W kobietach siła! Himalaistka Kinga Baranowska opowiedziała nam o swoich wyprawach i o tym, dlaczego trzeba umieć zawrócić tuż przed szczytem fot. Arch. Kinga Baranowska

Co sprawiło, że zaczęła się Pani wspinać?

Wszystko zaczęło się w naszych pięknych Tatrach. Po prostu kiedy pierwszy raz się tam znalazłam, poczułam, że będzie to „dłuższa miłość”. Zaczęłam się wspinać na pierwszym roku studiów.

Mówi się, że mężczyźni są silniejsi fizycznie, ale to kobiety mają mocniejszą psychikę. Który z tych elementów jest ważniejszy w górach? Czy któraś płeć ma z jakiegoś względu łatwiej podczas wspinaczki? A może to wcale nie zależy od płci tylko indywidualnych cech człowieka?

Myślę, że pierwszoplanową rolę odgrywają tu indywidualne cechy człowieka, płeć ma mniejsze znaczenie. Wśród wybitnych, zdolnych himalaistów mogę wskazać zarówno wyjątkowych mężczyzn, jak i niezwykłe kobiety. To utalentowani ludzie, kochający góry. Wyróżnia ich pasja, konsekwencja i ciekawość kolejnych szczytów. Kobiety, mimo że słabsze fizycznie, są często bardziej wytrzymałe, a w czasie wyprawy ma to ogromne znaczenie i pozwala stawiać czoła trudnym warunkom.

W jednym z wywiadów wspomniała Pani, że profesjonalnego wspinacza można poznać po tym, że umie zawrócić tuż przed szczytem. Dla mnie, laika w tej kwestii, wiąże się to z ogromnym wyrzeczeniem – być tak blisko, ale dla bezpieczeństwa zrezygnować. Czy często podejmuje Pani w górach takie decyzje?

Kilka razy faktycznie zawróciłam spod szczytu, z różnych powodów. Kiedy stało się to po raz pierwszy, już po zejściu do bazy i po powrocie do Polski uświadomiłam sobie ważną rzecz. Ucieszyłam się, że potrafiłam to zrobić bez żalu, obiektywnie oceniając własne możliwości, warunki w górach, a jednocześnie z poczuciem wdzięczności za dodatkowe zaplecze doświadczeń, informacji, dzięki którym zawalczę w przyszłości o ten wyznaczony sobie cel. Tak jest po prostu lepiej, bezpieczniej. Nie mogłam postąpić inaczej. Bo nawet jeśli szczyt był na wyciągnięcie ręki, to ryzyko było zbyt duże.

Zostałam niedawno ambasadorką programu „Live InSync” i podzieliłam się z innymi kobietami swoją historią. Zapytały mnie, jaka jest moja relacja z „wewnętrznym krytykiem”, który często w takich sytuacjach uaktywnia komunikaty w stylu: „może byłaś za słaba, żeby zdobyć ten szczyt”, „nieodpowiednio się do tego przygotowałaś”. Z absolutną pewnością odpowiedziałam, że szybko wyciszyłam ten  niepotrzebnie podjudzający głos. Bo to właśnie emocje, uczucia i wiara w słuszność własnych decyzji wchodzą w interakcje z myślami, a tym samym kształtują nasze samooceny. Taka postawa jest mi bliska i staram się o nią dbać. To sprzyja i pomaga wyzwaniom, snuciu planów przed kolejnymi wyprawami.

Szczyt  Lhotse, w tle Everest (25.05.2012), fot. arch. Kinga Baranowska

Jakie cechy powinien mieć himalaista? Czy powinien umieć pracować w grupie, czy raczej być indywidualistą? Jak ważna tam wysoko jest pokora i umiejętność odpuszczania?

Zdecydowanie dobrze jest umieć pracować w grupie. Jedna z kluczowych zasad górskich brzmi: wychodzimy i wracamy  RAZEM. A to oznacza, że dbamy o siebie nawzajem, czujnie się wzajemnie obserwujemy. Pokora w drodze na szczyt jest niezbędna, ale to akt wielkiej dojrzałości. Spotkanie oko w oko z prawdą o sobie  nie zawsze jest łatwe. Bywa, że nie chcemy jej przyjąć, wdajemy się w niepotrzebne układy z przesadnymi ambicjami. Wolimy myśleć, że jesteśmy nieśmiertelni, świetni i pokonamy wszystkie przeciwności, idąc na skróty. Takie nastawienie plus złe przygotowanie fizyczne logistyczne zmniejsza szansę wejścia na szczyt.

Która wyprawa i dlaczego była dla Pani jak dotąd najtrudniejsza?

Kanczendzonga ‒ trzeci szczyt świata. Wyprawa była długa i bardzo wyczerpująca m.in. ze względu na wysokość góry.

Powszechnie mówi się, że himalaiści uciekają w góry od swoich problemów. Część z nich sprzeciwia się jednak takiemu myśleniu zaznaczając, że dopiero tam wysoko człowiek jest sam na sam ze swoimi kłopotami i wszelkie troski dopadają go wówczas najbardziej. Jakie jest Pani zdanie? Czy podczas wędrówki myśli Pani o tym, co zostało na dole, czy skupia się tylko na osiągnięciu celu?

Z pewnością nie da się „uciec” od problemów. One są jak dodatkowe kilogramy w plecaku. Lepiej mieć w sobie harmonię, bo wtedy dużo łatwiej się wchodzi na szczyt. Właśnie ta potrzeba poszukiwania przyjaznych relacji z własnym wnętrzem przekonała mnie do wzięcia udziału w akcji „Live InSync”. Jeśli czujesz się dobrze ze sobą i swoim życiem, wtedy łatwiej jest pokonywać wyzwania i osiągać cele. Kobiety, który wzięły udział w badaniu przeprowadzonym na zlecenie marki Activia, często podkreślały, że pokonywanie „wewnętrznego krytyka”  to dobra inwestycja we własny potencjał. Myślę podobnie.

Pozytywne  nastawienie oraz dobre poznanie siebie (czyli odpowiedzenie sobie na pytanie skąd biorą się te głosy krytyki) są świetnym kapitałem emocjonalnym, który wpływa na naszą przyszłość. To pomaga nam również przezwyciężać trudności, które pojawiają się na naszej drodze w życiu.

W tle Gasherbrum, fot. arch. Kinga Baranowska

Jak przygotowuje się Pani psychicznie do swoich wypraw? Czy da się w ogóle odpowiednio nastawić do takiego przedsięwzięcia?

Przed wyprawą zadaję sobie pytanie: czy jestem właściwą osobą na właściwym miejscu, czy dobrze się przygotowałam. I ważna jest uczciwa odpowiedź samej sobie. Wizualizuję sobie też to wejście, sprawdzam, jakbym się czuła w poszczególnych sytuacjach. To pomaga mi dobrze wszystko opracować sobie w głowie, przeanalizować wiele elementów szlaku na szczyt. Potem, już na miejscu, pozostaje „tylko” działanie.

Jak Pani najbliżsi reagują na wieść o Pani kolejnej wyprawie? Boją się o Panią? A może przyzwyczaili się już do tych wyjazdów?

Przyzwyczaili się, kibicują mi. Dość długo jestem już w górach.

Wspomniała Pani kiedyś, że bardziej ryzykowna od wspinaczki wydaje się jazda samochodem. Czy góry są faktycznie bardziej przewidywalne niż kierowcy na drogach?

To kwestia indywidualnego poczucia bezpieczeństwa. Faktycznie, chyba lepiej czuję się w górach, niż na drodze, gdzie zdarzają się przecież jeździć pijani kierowcy.

Myślenie Polaków wciąż się zmienia, wciąż jednak pokutuje wśród nas przekonanie, że każda kobieta powinna być matką Polką – zajmować się domem, mężem, dziećmi, pracą i być zawsze na posterunku. Pani tryb życia wyłamuje się temu stereotypowi. Czy to spotyka się czasem – w Pani odczuciu – z negatywnym odbiorem otoczenia?

Nie spotkałam się nigdy z negatywnym odbiorem, jednakże czasem myślę sobie, że dobre wychowanie dzieci to dużo trudniejszy szczyt niż jakikolwiek ośmiotysięcznik.

Jakie są Pani najbliższe plany zawodowe? Które szczyty czekają w najbliższym roku na zdobycie?

W tej chwili skupiam się głównie na pracy tu na nizinach; daje mi to ogromną satysfakcję. Z pewnością będę też często w naszych ukochanych Tatrach.

W drodze na Gasherbrum, fot. arch. Kinga Baranowska

Przeczytaj też inne nasze rozmowy z interesującymi osobami w naszym dziale Wywiady.

Kinga Baranowska – polska himalaistka z Wejherowa, zdobywczyni dziewięciu ośmiotysięczników. Jako pierwsza Polka zdobyła szczyty: Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzongę. Realizuje stworzony przez siebie program „Kobieca Strona Himalajów”, w ramach którego planuje zdobyć wszystkie 14 ośmiotysięczników bez używania dodatkowego tlenu z butli. Od niedawna jest ambasadorką kampanii „Live InSync” realizowanej przez markę Activia, której celem jest wzmacnianie wiary kobiet we własny potencjał i możliwości, zgodnie z myślą przewodnią:  SIŁA NAPĘDOWA = JA.

Tagi: kobietagórywywiad
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)