POLECAMY

Anna Kowalczyk: Splendor i groza pierwszych dni w placówce

Nie wierzyłam i nadal nie wierzę w te histerie i omdlenia rodzicielskie pierwszego dnia żłobka/przedszkola/szkoły (niepotrzebne skreślić). Normalna sprawa przecież – rodzisz, karmisz, wycierasz kupy i gluty, wtem! Krochmal na kołnierz, dresy w kant i odprowadzasz do placówki.

Anna Kowalczyk: Splendor i groza pierwszych dni w placówce fot. FREE

Placówkę dobierasz starannie, po wielomiesięcznym riserczu, zaangażowaniu ABW, CBA oraz detektywa Rutkowskiego. Ustaliłaś, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że ta niepozornie wyglądająca, pachnąca lawendą i pluszem pani – która zaraz dostanie w swe pomalowane (dla niepoznaki?!) dyskretnym, pastelowym lakierem szponiska owoc żywota twojego – ma czystą kartotekę i aktualną książeczkę szczepień. Zatrudniłaś też tłumacza przysięgłego, żeby wyjaśnił ci znaczenie drobnych hebrajskich literek na jej przedramieniu. Ustalił, że oznaczają "kocham Mariana" (ale może to jakiś szyfr bojowników ISIS, którzy porywają dzieci na żywe tarcze?!). Wiesz już też, że zrobiła go po pijaku na wakacjach w Mielnie, gdy miała 17 lat, ale dla pewności przekartkowałaś rejestr osadzonych na Białołęce z ostatniej dekady. Nie zaszkodzi. Zrobiłaś też mały, tyci, tyci podkop pod placówką, wszak Natasha Kampush też kiedyś szła do szkoły...

Czysto.

Na tydzień przed 1 września zaczynasz haftować inicjały na worku na kapcie i chociaż nigdy nie umiałaś haftować – a teraz nie umiesz nawet bardziej niż kiedyś – czujesz, że to właśnie powinnaś w tej chwili robić. Po co? Nie wiesz sama. Żeby się nie starło i nie odkleiło, ale głównie po to, żeby nie oszaleć. Korci cię też, żeby coś wydziarać krzyżykami na stópce lub rączce progenitury. Najchętniej "mój, Mój, MÓJ!!!", ale jakimś cudem się powstrzymujesz.

Na dzień przed nie możesz zmrużyć oka. W końcu, na cieniutkiej granicy między snem a katatonią, śnisz włochate łapy i ruchome piaski. Języki ognia i pęknięcia w podłodze. Coraz większe i większe... A potem wrzask dziecka wpychanego przemocą do białej furgonetki. I to, że nie możesz się ruszyć, ani nawet krzyczeć...

Dzień dobry, mamo! Wstawaj! Jedziemy już? 

O godzinie zero wieziesz dziecko do placówki, pozostawiasz zadowolone i uśmiechnięte, zaaferowane nowymi znajomymi, zabawkami, scenografią Kolejnej Wielkiej Przygody. "Pozostawiasz" to wielkie słowo, raczej niechętnie dajesz się wypchnąć pluszowym, lawendowym ramionom Pani Nauczycielki, która wszystko rozumie, ale ma-pani-taki-wyraz-twarzy, że inne dzieci zaczynają się jąkać, więc naprawdę, bardzo proszę. Będzie dobrze! Zadzwonimy! Zróbmy pa, pa!

Wychodzisz zielona. Siedzisz długo w samochodzie gapiąc się tępo przez okno i wypatrując skrawka czapeczki, kaloszków... Nie ma. Nie ma. 

Odpalasz auto, odpalasz radio, gra Metallica. James Hetfiled mruczy specjalnie dla ciebie refren "Mama said": 

"Let my heart go... Let your son grow..."

Powoli odzyskujesz oddech i kolory.

Będzie dobrze.

On też kiedyś szedł do przedszkola pierwszy dzień. I jego mama.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/rok temu
Dorota