"Drużyna A" - We-Dwoje.pl recenzuje

To nie jest mądry film, tak jak mądry nie był sam serial. Nie zmienia to faktu, że można to obejrzeć, mimo absolutnie rekordowego nagromadzenia absurdów, czasem kiepskich tekstów i mało wyrafinowanej gry aktorskiej. Ba, można się nawet czasami ubawić. Nawet jeśli lata nastoletnie już dawno za nami.
/ 21.07.2010 08:22

To nie jest mądry film, tak jak mądry nie był sam serial. Nie zmienia to faktu, że można to obejrzeć, mimo absolutnie rekordowego nagromadzenia absurdów, czasem kiepskich tekstów i mało wyrafinowanej gry aktorskiej. Ba, można się nawet czasami ubawić. Nawet jeśli lata nastoletnie już dawno za nami.

Bo i serial miał swój urok. Czy naprawdę od zakończenia serialu Drużyna A upłynęło już 23 lata? Przygody najemników, wyjętych spod prawa komandosów były jednym z pierwszych, prawdziwie kapitalistycznych seriali jakie zawitały do naszego kraju wraz z nowym ustrojem. Ci, którzy jako dzieci siadali wtedy przez telewizorami, byli zafascynowani krótkimi opowiastkami o przygodach bohaterów, których nie imały się żadne prawa fizyki. Drużyna A mogła wszystko, udawało jej się wszystko, wszystko też uchodziło na sucho. Wśród najmłodszych i tych ciut … mniej młodszych miała rzesze swoich wielbicieli, którzy dzisiaj, mając już własne rodziny, wspominają ją z prawdziwą nostalgią.

 

Nostalgicznym wspomnieniem dzieciństwa była też wiadomość, że Drużyna A doczekała się remaku. Szkoda tylko, że wiek już nie ten sam, bo możliwość zniesienia kolejnych absurdów jest dzisiaj znacznie mniejsza niż w wieku lat nastu. A historia w zasadzie mogłaby spokojnie stać się przyczółkiem do serialu. Czwórka komandosów, weteranów wojny, tym razem w Iraku zostaje wrobiona w morderstwo i osadzona w wiezieniu. Chcąc oczyścić swoje imię, z pomocą agenta CIA uciekają, aby wyjaśnić, kto stoi za ich uwięzieniem. Ich tropem rusza (bo oczywiście kobieta być musi) porucznik Charisa Sosa (Biel), która, a jakże, czuje do jednego z panów coś znacznie więcej niż tylko zawodowe zainteresowanie…

Będzie więc pościg. W zasadzie całe 117 minut tego filmu składa się z ciągłego gonienia kolejnych osób, przez kolejne osoby. I tak, porucznik Sosa goni naszych zbiegów, oni zaś gonią tych, którzy ich wrobili, ci zaś najchętniej widzieliby wszystkich martwych. Wszyscy do swoich pościgów i ucieczek korzystają z kolejnych, coraz to bardziej wyrafinowanych broni i gadżetów. Szczytem wszystkiego jest lądowanie powietrzne … czołgiem, przy wykorzystywaniu siły odrzutu, jaką dają kolejne wystrzały. Pierwsza godzina filmu to sprowadzone do granicy satyrycznego absurdu biegi, jazdy, strzelaniny i wybuchy. Można się zmęczyć, bo dłużyzn nie brakuje. Brakuje niestety humoru, tak przyjemnie przedstawionego w serialu. Otrzymujemy go dopiero po mniej więcej godzinie, kiedy to film zdecydowanie zwalnia a bohaterowie mają wreszcie do wypowiedzenia więcej niż jedno zdanie pod rząd. I tutaj jest już znacznie lepiej, bo okazuje się jednak, że scenariusz przewidział jakąś fabułę a satyra wcale nie jest temu filmowi obca. Nawet aktorzy przywdziewają jakieś znacznie bardziej znośne pozy. Oczywiście trudno tutaj o wielkie aktorstwo (co w takim filmie robi Liam Neeson?), ale nie sposób bohaterów, a tym samym aktorów nie lubić, bo sami wydają się całkiem nieźle bawić. A my z nimi.

Fakt, kto oczekuje tutaj głębokiej, dramatycznej analizy wojny (a wiem, że i tacy byli) może poczuć się srogo zawiedziony. To nie jest ani film wojenny, ani dramatyczny, tylko sensacyjny i komediowy. Absolutnie niemądry i często bezsensowny. ABSURDALNY. Ale jakiś urok ma i – zwłaszcza tym którzy oglądali serial – trudno jest mu się oprzeć. Co nie znaczy, że chętnie wrócilibyśmy do niego ponownie. A jeśli już, to przynajmniej nie prędko.

Redakcja poleca

REKLAMA