Zuzia na mnie krzyczy

On - wybitny krakowski aktor, zyskał powszechną sławę za sprawą roli Ferdka ze "Świata według Kiepskich". Ona z powodzeniem stawia pierwsze kroki w zawodzie.
On, Andrzej Grabowski, to wybitny krakowski aktor, który zyskał powszechną sławę za sprawą roli Ferdka ze "Świata według Kiepskich". Ona, Zuzanna Grabowska, z powodzeniem stawia pierwsze kroki w zawodzie, choć debiutowała już w łonie matki.




Czego uczą się od siebie nawzajem, dlaczego Zuzanna studiuje z dala od rodzinnego Krakowa i jakie horrory przeżywała w dzieciństwie?

Zuziu, jaki tak naprawdę jest Twój tata i Wasze wzajemne relacje? To partnerstwo czy podległość? Ma wciąż wpływ na Ciebie albo Ty na niego? Słucha się Ciebie czasami?
Andrzej Grabowski: To ja najpierw odpowiem: zdarza się. Zuzia wtrąca się w momentach tak zwanych krytycznych. Potrafi powiedzieć, że jej się to albo tamto nie podoba, potrafi mnie opieprzyć. Nie powiem za co, bo po co? Ja jestem tylko człowiekiem, a człowiek ma swoje słabości, przyzwyczajenia, które nie są najlepsze. I ja je też posiadam, jak każdy z nas. Powiem więcej, obawiam się nawet, że Roman Giertych też je posiada. Zuzia bardzo krzyczy na mnie, jak jem lody.
Zuzanna Grabowska: Duże lody. Bo nie chcę, żebyś był gruby. Już teraz jesteś dorodny. Nie lubię też, jak palisz papierosy.
A.G.: Ale dzisiaj już nie palę, zauważyłaś?
Z.G.: Od kiedy?
A.G.: Od rana.
Z.G.: Ach, jak dobrze, że się starasz.
A.G.: Staram się codziennie. Każdego wieczoru przysięgam sobie "od jutra nie palę", po czym ledwo się budzę koło siódmej...
Z.G.: Tato, jak możesz? Przecież już tak długo nie paliłeś.
A.G.: Nooo, parę tygodni. Teraz wspomagam się pastylkami. Zuza ma też wpływ na moje życie, bo zmuszam ją do wypowiedzi na konkretny temat i z tego wynika rada dla mnie. Jest osobą młodą, trochę inaczej patrzy na świat niż ja.

Ale nie jest to wymiana wyłącznie jednostronna?
A.G.: Oczywiście, że nie! Staram się Zuzi przekazać doświadczenia, zwłaszcza zawodowe. Niekoniecznie muszą być one do końca słuszne, ale na razie się sprawdzają. Niektóre doświadczenia są "nieprzekazywalne", bo czasy są inne. Za mojej młodości kultowym zajęciem było picie wódki. Jak się było artystą, należało pić wódkę. Kto nie pił, ten kapował; kto nie pił, był dziwakiem. To zjawisko nie występuje obecnie na taką skalę.

To się Zuzia napatrzyła.
A.G.: Nasiąkła różnymi historiami od dziecka, problemami moimi i kolegów. Jest przyzwyczajona.
Z.G.: To dla mnie ludzkie sprawy.

Czy tata zajmował się Tobą i młodszą siostrą, poświęcał Wam czas, czy raczej skupiał się na pracy?
Z.G.: Mną się tata generalnie zajmował więcej niż Kasią, bo jak się zaczął serial o Kiepskich, miała niecałe dziewięć lat. Gdy ja byłam mała, tata jeszcze nie był tak medialny. Wstawał do mnie w nocy, wyręczał mamę, zajmował się mną.

Czym konkretnie?
Z.G.: Konkretnie to tata nie miał za bardzo cierpliwości. Pamiętam, jak mi kiedyś tłumaczył skracanie ułamków. Jego "pomoc" skończyła się jednak koszmarną awanturą, bo tata dostał szału. "Jak możesz tego nie rozumieć?", krzyczał raz po raz. Ja się popłakałam, trzasnęłam drzwiami. Przy każdej próbie nauczenia mnie czegoś tata się szybko irytował.

Złość szybko mu przechodziła?
Z.G.: Błyskawicznie. Było mu głupio. Taki typ.

Umie przeprosić?
Z.G.: Umie, ale mu to ciężko przychodzi.

Jesteś "córeczką tatusia"?
Z.G.: Jestem córeczką pierworodną, ma do mnie słabość. Nie jeden raz wyciągał mnie z kłopotów, pomagał bez zrzędzenia. Bo jestem zapominalska, roztargniona, zresztą po nim. Kiedyś jechał przez całe miasto, bo na lotnisku okazało się, że zapomniałam paszportu.

Zdaje się Zuziu, że z aktorską rodzinką jak Twoja – mama, ojciec, brat ojca, czyli wujek Mikołaj, i ciocia, jego żona – wielkiego wyboru nie miałaś?
Z.G.: Do rodziców i wujostwa niech pani dorzuci większość znajomych i przyjaciół rodziny – też aktorów. Janka Frycza – chrzestnego ojca mojej młodszej siostry, Jana Peszka, Jerzego Grałka. Michał – syn wujka Mikołaja też będzie artystą.
A.G.: Mój ojciec całe życie organizował teatrzyki amatorskie, kochał występować, co mnie do szewskiej pasji doprowadzało, bo się wstydziłem, gdy na akademiach mówił monologi sołtysa Kierdziołka.

Słynne od ponad pół wieku teksty Jerzego Ofierskiego, zaczynające się zawsze od "Cie, choroba..."
A.G.: Z jednej strony byłem dumny, z drugiej było mi wstyd.

Jako dziecię musiał Pan występować przed gośćmi w domu?
A.G.: O nie, nigdy!
Z.G.: A mnie zmuszałeś, żebym grała na przyjęciach na gitarze.
A.G.: Bez przesady. Namawiałem, ale nie zmuszałem.
Z.G.: Ale dla mnie to był horror, choć ani razu nie zagrałam.
A.G.: To jak cię mogłem zmuszać?
Z.G.: Bo zawsze mówiłeś: "Ale zagraj, zagraj", żeby w końcu samemu grać na gitarze.
A.G.: Ja ciebie tylko prosiłem.

Ufff, to uzgodniliśmy oficjalną wersję. Wracajmy do początku. Kiedy pomyślałaś: ja też będę aktorką?
Z.G.: Nie umiem tego określić. Kiedy byłam mała, wydawało mi się, że wszyscy ludzie są aktorami. Wszyscy dorośli, bo wychodzili do teatru. Nie wiedziałam, że może być inaczej. Nie cierpiałam teatru Słowackiego, bo tam rodzice wychodzili i zostawiali mnie samą. Gdy nadchodziła godzina 18.00, wymyślałam różne podstępy, żeby tylko mama została. U innych rodzice byli wieczorami, a u nas nie.

Nie było komu bajek opowiadać.
Z.G.: Było. Pani Zosia opowiadała, ale chodziło o obecność rodziców. Pamiętam, jak wybuchłam płaczem, gdy tata wrócił z teatru z białymi włosami. Tak się przestraszyłam, że kazałam mu zmywać włosy przy mnie, natychmiast. To były chyba "Damy i huzary".
A.G.: Albo służący w "Amadeuszu".
Z.G.: Wiem tylko, że miałam parę lat. Aktorstwo było dla mnie czymś naturalnym, ale byłam tak nieśmiała, że rodzicom nie przyszło do głowy, że mogłabym zostać aktorką. A potem wszystko potoczyło się naturalnie. Ty, tato, chyba nawet nie wiedziałeś, na co zdaję?
A.G.: Dowiedziałem się po fakcie.

W Krakowie, gdzie wszyscy się znają, zdawałaś do szkoły aktorskiej?
Z.G.: To było bardzo dobre doświadczenie, bo się za pierwszym razem nie dostałam. Naiwnie myślałam, że przyjdę na egzamin jako osoba anonimowa.

A tu w komisji wujek, druga ciocia?
Z.G.: Na dodatek Mikołaj, dyrektor Teatru Starego. Byłam zdenerwowana sytuacją, bo zorientowałam się, że to był zły pomysł. Potem dostałam się do Warszawy.

Mieszkasz blisko renomowanego Teatru Powszechnego im. Hübnera.
A.G.: To mieszkanie ja kupiłem, żeby mieć dach nad głową, bo akurat kręciłem "Bożą podszewkę". Potem córka zajęła mieszkanie i znów nie miałem gdzie mieszkać. A jak nie miałem gdzie się podziać, musiałem sobie kupić coś innego.

Słusznie, nie wypada mieszkać z dorosłym dzieckiem.
A.G.: Też sądzę, że to bez sensu. Jak sprawić, żebyś zechciała mieszkać ze mną, córeczko? Ja, ty albo nawet twój narzeczony?

A propos, widziałam Pana zdjęcie w tabloidzie, z jakąś szatynką.
A.G.: Raz z brunetką, raz z szatynką, raz z koleżanką Zuzi, raz z kuzynką.

Napisali, że to coś poważnego.
A.G.: Tak, poważnie pisali? Ale wie pani, że w tych gazetach czasami piszą nieprawdę? Naprawdę!

Wiem. Zuziu, nie martwisz się o tatusia, jak tak go widzisz to tu, to tam na tych różnych zdjęciach?
Z.G.: O to się nie martwię. Martwię się tylko, że za dużo pracuje, pali i za szybko jeździ samochodem. Jak robi sobie maratony po kraju, od teatru do teatru... Niby przyzwyczaiłam się, ale kilka razy było nerwowo. Bardzo się przestraszyłam, gdy miał wypadek. Jechałam swoim samochodem do Warszawy, gdy usłyszałam w radiu o wypadku: "Andrzej Grabowski zderzył się z tirem". Dzwonię, on nie odbiera. Myślałam, że się sama rozwalę na autostradzie. Dodzwoniłam się, jak tatę opatrywali w szpitalu, ale on tej rozmowy wcale nie pamięta.
A.G.: Wina była tego, co wypalał trawę w pobliżu autostrady. W dymie nic nie widziałem. Zatrzymałem się, ale samochód, co jechał za mną z prędkością 90 kilometrów na godzinę, wjechał mi w tył. Łeb rozłupany, wstrząśnienie mózgu, krwiak. Szwów nie widać, bo akurat w tym miejscu, tak się szczęśliwie złożyło, mam jeszcze włosy.

To był pech, ale poza tym wiem, że lubi Pan ostrą jazdę.
A.G.: Przesada. Oprócz samochodów lubię motocykle.
Z.G.: Parę razy tata mnie przewiózł motocyklem. Było super. Po nim mam smykałkę do kierownicy. Ostatnio nakręciłam serial o kurierach rowerowych mknących ulicami Warszawy. Wśród nich jest jedna dziewczyna i to jestem ja.

Musisz mieć niezłą kondycję.
Z.G.: Dałam z siebie wszystko. Rower to świetna sprawa, gdy samochody stoją w korkach.

Zuziu, widziałaś wszystkie role ojca? Wspaniałe kultowe sztuki Schaeffera, seriale "Złotopolscy", "Kiepscy", "PitBull", "Odwróceni"?
Z.G.: Większość spektakli Schaeffera, "Audiencję", "Opis obyczajów" według Kitowicza widziałam po wielekroć jako dziecko. Teatr przenikał się z rzeczywistością. Mama przed chwilą w kulisach, teraz koło mnie, znów wychodzi. Dla małego dziecka to były granice płynne. Z jej opowieści wiem, ile ról zagrała, będąc ze mną w ciąży.

To się nazywa wczesny debiut.
A.G.: Anka grała na scenie do piątego miesiąca ciąży Alę w "Tangu". Raz nawet usnęła na spektaklu, gdzie przez trzy czwarte pierwszego aktu leży w łóżku na scenie.
Z.G.: Zasnęła i tylko czuła ruchy dziecka. Obudziła się minutę przed wygłoszeniem swojej kwestii.

Teraz Zuzia jest już po drugiej premierze dyplomu u profesor Anny Seniuk i za chwilę wypływa na szerokie wody. Niech Pan powie szczerze, nie boi się Pan o los córki?
A.G.: W tym zawodzie można co najwyżej wróżyć z fusów. Mam kolegów, którzy kończyli studia, jako fantastyczni celerzy (krakowskie, od "ocena celująca" – przyp. red.) i są nikim. I takich, którzy ledwo przeszli przez szkołę i są wielkimi aktorami. Czasami szkoła teatralna rozbudzi człowieka, czasami zepsuje. Jak każdy ojciec martwię się o dziecko. Zawsze jej pomogę. Oby tylko zdrowie dopisało. A na razie dopisuje. Jeszcze jak dzisiaj rzuciłem palenie...

Życzę wytrwałości.
A.G.: Dziękuję. Która to już? Szósta godzina bez papierosa. Za 45 minut będzie siódma. To nie są żarty.

Zuziu, w filmie "Świadek koronny" i serialu "Odwróceni" Twój tata gra brutalnego mafiosa, gwałciciela. Co czujesz, jak go takim widzisz?
Z.G.: Staram się nie widzieć. Specjalnie nie poszłam na film, a serialu nie oglądam. Tak samo było z mrocznym "PitBullem", w którym tata grał ponurego policjanta Gebelsa. On kręcił film, a ja miałam dziwne odczucia.

Podobno im więcej aktor umie, tym lepiej. Pan ponoć wspaniale śpiewa arie operowe.
A.G.: Mam niezły słuch i głos. Kiedyś się nauczyłem arii Caravadossiego z opery "Tosca" Pucciniego, bo tak sobie wymyśliłem do pewnej włoskiej sztuki. To wprawdzie aria tenora, ale ja ją śpiewam barytonem. Sztuka zeszła z afisza, ale aria weszła na stałe do mojego repertuaru. Śpiewam ją zazwyczaj na bankietach, jak się troszeczkę zanietrzeźwię i chcę się popisać. Głos mam taki, że jak się mnie słucha po paru winach, można uwierzyć, że ma się do czynienia z wielkim śpiewakiem.
Z.G.: Recytujesz wtedy jeszcze wiersze Jesienina.
A.G.: Śpiewam i recytuję, stojąc na stole.

O tańcach na stole słyszałam, ale...
A.G.: Ja na stole tylko mówię wiersze i śpiewam, bo uważam, że tak to się powinno robić.

Kolega Maciej Kozłowski chwalił Pana występy.
A.G.: Słyszał mnie na Cyprze w wieczór, gdy skończyliśmy zdjęcia do "Odwróconych". Cudnie było, a po trzech whisky poniosło mnie.
Z.G.: Teraz jedziemy z tatą i siostrą do Egiptu na krótki wypoczynek. Będziemy pływali, a ja będę oglądać filmy, bo robię to na okrągło. A tata niech śpiewa, co chce.
A.G.: Biorę ze sobą książkę, którą dostałem od znajomego, autorstwa Tadeusza Klimowicza o prawdziwych historiach miłosnych – "Pożar serca, czyli 16 smutnych esejów o miłości". I nadal nie będę palił. To już będzie jakiś koniec drugiej połowy trzeciego tygodnia całkowitej abstynencji nikotynowej.

Rozmawiała: Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)