Żegnaj, Janosiku!

Marek Perepeczko odszedł w wieku 63 lat.
Wyjątkowo ciepło Polska żegnała swojego Janosika. Nie było gazety, która nie przypomniałaby jego sylwetki. Przyjaciół i znajomych, którzy nie wyraziliby wielkiego żalu z powodu jego nagłej i przedwczesnej śmierci. „To dla mnie wielki wstrząs. Za wcześnie, żeby o nim mówić. Świadomość, że Marek umarł, jeszcze do końca do mnie nie dotarła”, powiedział Marian Kociniak.
„Atletyczna budowa, a jednocześnie delikatność, wrażliwość, wdzięk”, mówił Andrzej Łapicki. Dorota Chotecka, która partnerowała mu w „13 posterunku”, podkreślała: „To był dusza człowiek”. „Nawet gdybym chciał o nim powiedzieć choć jedno złe słowo, to nie mogę, bo on na to nie zasługuje”, dodawał Witold Pyrkosz. Nikt nie miał wątpliwości, że żegna człowieka dużego formatu. Dobrego i szlachetnego wbrew temu, co zgotowało mu życie.

Zadra w sercu
Wcześnie stało się jasne, że ma niezwykłe predyspozycje do zawodu aktora. Chyba dlatego zarzucił pomysł pójścia na architekturę jak ojciec. Wysoki, świetnie zbudowany dzięki wioślarstwu i koszykówce, które uprawiał prawie wyczynowo, wzbudzał podziw. „W Warszawie były dziesiątki klubików, które miały jeszcze tradycje sprzed wojny. Przychodziła tam wspaniała akademicka młodzież i to zastępowało dzisiejszą siłownię. To miało jakiś sens, wdzięk, poetykę”, wspominał tamte czasy.
Ale oprócz warunków fizycznych miał też wielki talent i niezwykłą osobowość. Zdaniem jego wieloletniej znajomej Wiesławy Czapińskiej - taką ciepłą, wzbudzającą zaufanie. Dlatego tak świetnie wypadł w roli Malutkiego w „Kolumbach”, w „Panu Wołodyjowskim” czy pierwszym polskim westernie – „Wilczych echach”.
Szybko jednak okazało się, że w polskim kinie brakuje dla niego miejsca. Marzył o roli Kmicica, ale dostał ją jego najbliższy przyjaciel, Daniel Olbrychski. „W tamtej epoce do zagrania były dwie role – Janosik i Kmicic. Jerzy Hoffman wybrał Daniela do roli Kmicica, dla mnie więc został Janosik. Chciałem go zagrać i nigdy tego nie żałowałem”, mówił po latach. Cieszył się z popularności, jaką przyniosła mu ta rola. Jednak reżyserzy widzieli go odtąd raczej w rolach – jak mawiał – mało rozgarniętych matołków. Bez końca pytany o Janosika Marek Perepeczko żartował: „Bardzo bym prosił, żeby na pogrzebie nie grała mi kapela góralska. Lubię muzykę góralską, ale bez przesady”.
Wtedy Andrzej Wajda dał mu radę: „Nie mam tu dla ciebie roli w Polsce. Musisz nauczyć się dwóch języków obcych i wyjechać, bo tu cię nikt nie będzie angażował”. Marek nie wyjechał. Ale po latach powiedział: „Wajda miał rację, a ja go nie posłuchałem. Generalnie w życiu niczego nie wykorzystałem. Widać taka fatalna charakterologiczna przypadłość”.

Nikt tylko ty
Kiedy w latach 80. zdecydował się na wyjazd, było już za późno. I chyba znów zabrakło mu determinacji. Nie jechał na Zachód z zamiarem podbicia tamtejszego kina i teatru, tylko w odwiedziny do swojej ukochanej Agnieszki Fitkau. Jedynej miłości życia. Poznali się w kolejce do dziekanatu PWST w Warszawie jako 19-latkowie i odtąd nie wyobrażali już sobie życia bez siebie. Marek Perepeczko nigdy nie mógł zrozumieć, co taka piękna dziewczyna zobaczyła „w ogolonym na łysą pałę głupolu”, którym był wtedy. Chyba jednak sami nie podejrzewali, że ten związek przetrwa wszystko: i rozłąki, i kłótnie, i zdrady. „Gdy szli Nowym Światem, nie było człowieka, który by się za nimi nie obejrzał. Tak byli piękni”, wspominała jedna z przyjaciółek pary.
Pod koniec lat 70. Agnieszka pojechała do Australii jako modelka Mody Polskiej. I zakochała się w tym kraju. Po powrocie marzyła już tylko o ponownym wyjeździe. Uzgodnili, że ona pojedzie pierwsza, on zaraz za nią. Nie wyszło. Ogłoszono stan wojenny i Marek musiał zostać w kraju na cztery lata. Był zdruzgotany.
Samotny, bez pracy, zaczął się pogrążać w rozpaczy. Ważył 120 kilogramów. Kiedy wreszcie mógł do niej dołączyć, był już innym człowiekiem.
Po pierwszych miesiącach na Zachodzie, kiedy na specjalnej diecie udało mu się w dwa i pół miesiąca zrzucić 24 kilogramy, czuł się wspaniale. Raz podczas ulicznego joggingu przyszło mu ścigać się z kangurem. „Nie muszę dodawać, kto był szybszy”, żartował, opowiadając tę historię. Wraz z tamtejszą Polonią założył teatr amatorski. Po okresie euforii znowu nadeszły ciężkie czasy. Nie miał pracy, utrzymywała go Agnieszka. Zaczął tyć i chorować. Tęsknić za Polską. „Zostałem cztery lata, o cztery za dużo”, komentował swój wyjazd.

Stracone złudzenia
Tyle że po powrocie znów okazało się, że nie trafił w swoje miejsce i swój czas. Nie potrafił się odnaleźć w nowej rzeczywistości. „Marek ma trudny charakter. Nie lubi, a może nie chce lub nie umie zjednywać sobie zwierzchników. Raczej ich sobie zraża. Konformizm jest tą cechą osobowości, którą – jak mniemam – straszliwie pogardza”, mówiła Wiesława Czapińska.
Długo nie miał żadnej propozycji. W maleńkim mieszkanku za Żelazną Bramą klepał biedę. „Nie założyłem hurtowni butów, nie przerzucałem zagranicznych samochodów. Żyłem wspomnieniami, pogrążałem się w refleksjach. Brzmi to pretensjonalnie, ale tak było”, mówił. „Przerwy w tym zawodzie nie są wskazane, powroty niekiedy bywają utrudnione”.
Bardzo przeżywał utratę urody i formy. Jak zwykle autoironiczny mawiał, że nie potrafi się obronić przed pokusą dobrze skonstruowanego deseru. Ale nie potrafił też zmusić się do żadnej aktywności fizycznej. Kiedy wznawiano „Janosika”, nie włączał telewizora, żeby nie oglądać pięknego mężczyzny, jakim był przed laty. „Mam wagę przerażającą, chciałbym schudnąć 50 kilogramów”, mówił. Wszyscy uważali, że był zdrowy i silny. Nikt nie chciał wierzyć, kiedy twierdził: „To legenda. Jestem schorowanym starym człowiekiem”.
Wielką przyjemność sprawiały mu odwiedziny u matki. „Właściwie żyję po to, żeby pójść do mamy i miskę zupy u niej zjeść”, mawiał. Po jej śmierci tylko nadzieja, że Agnieszka wróci z Australii, trzymała go przy życiu. Mimo że ona związała się już z innym mężczyzną, nigdy nie zerwali ze sobą kontaktu. „Lubimy z Markiem swoje towarzystwo, dlatego wciąż – mimo odległości i długich rozstań – jesteśmy małżeństwem. Bywa, że nie mamy kontaktu kilka miesięcy, ale zawsze pamiętamy o 21 czerwca”, mówiła Agnieszka. 21 czerwca był dniem, w którym się poznali. Marek, kiedy tylko mógł, dzwonił do niej na antypody i rozmawiali. Sprawdzając przed pierwszym telefonem w taryfikatorze cenę połączenia, pomylił Australię z Austrią. „Zapłaciłem najwyższy rachunek w Polsce. To było w latach 80. Porozmawiałem z żoną godzinę, spłacałem rok”.

Na spokojnych wodach
Talent Perepeczki postanowił wykorzystać Maciej Ślesicki. Najpierw powierzył mu rolę ojca-mafiosa Agnieszki Włodarczyk w „Sarze”, która od tamtej chwili trochę traktowała go jak ojca. „On często nazywał mnie »córeczką«, ja jego »tatusiem«.”, wspominała aktorka. Potem zagrał w „13 posterunku” rolę komendanta Słoika.
Środowisko wybrzydzało na sitcom, mówiono o upadku Marka. Ale on cenił każdą pracę. „Nie wstydzę się tego serialu i tej roli”, mówił. Miał świadomość, że nie odbuduje swojej pozycji aktorskiej. „Z filmem na razie nie mam nic wspólnego. Po perypetiach zdrowotnych zmieniłem się zewnętrznie i chyba dla kamery nie jestem interesujący”, mówił.
Potem na sześć lat został dyrektorem teatru w Częstochowie. Był w swoim żywiole. „Teatr to intymny wieczór widza z ulubionymi aktorami, z ulubioną sztuką. Więcej nie będę mówił, bo się rozkrochmalę”, żartował. Do Perepeczki przyjeżdżali reżyserować między innymi Janda, Hanuszkiewicz. Ale on nie potrafił dostosować się do wymagań natury – jak to określał – towarzyskiej. „Duży i nieco zwalisty Marek jest w życiu prywatnym człowiekiem w jakiś sposób bezbronnym, co maskuje pewną oschłością w stosunku do otoczenia. Wykształcony i bardzo inteligentny, jak naprawdę niewielu jego kolegów zna się na sztuce”, mówiła Wiesława Czapińska. Tydzień po otrzymaniu nagrody od prezydenta Częstochowy ten sam prezydent odebrał mu dyrektorstwo za niskich lotów repertuar.

Kwestia charakteru
Ale Perepeczko nie rozpaczał z tego powodu. Nie miał żalu do losu za to, że nie dał mu więcej szans. Nie czuł też zawiści do kolegów, którym ułożyło się dużo lepiej. „Był niesłychanie miłym i uczynnym kolegą, co w tym zawodzie zdarza się niezwykle rzadko”, powiedział już po śmierci Perepeczki Andrzej Łapicki.
Nabrał dystansu do swojego życia, do zawodu. Mawiał: „To ryzykowne zajęcie. Jak ktoś je wybierze, czasem musi cierpieć. I nie utyskiwać, że mu ciężko. Bo są ludzie, którym jest jeszcze ciężej”. W innym zaś wywiadzie dodawał: „Wydaje się, że posiadłem niebezpieczną cechę tumiwisizmu, i to w przesadnym stopniu. Zniechęcają mnie przejawy chamstwa, niedelikatności, kombinatorstwa. Irytują mnie, sprawiają, że odwracam się plecami. Nie walczę. Nie jest to metoda godna polecenia”.
Czy żałował wyboru zawodu, jakiego dokonał przed laty? Chyba trochę tak. „Byłem zdecydowanie za młody. Młodego człowieka trudno odwieść od takiej decyzji. A potem trzeba ponosić konsekwencje. W tym zawodzie o wszystkim decyduje charakter, umiejętność sprzedania się, przebicia i pracy. Do tego trzeba mieć charakter”.
Nauczył się cieszyć z tego, co ma. Czerpać przyjemność z drobiazgów. „Nie mam mercedesa ani wielkiej willi. Po zagraniu w »13 posterunku« kupiłem sobie sześcioletnią hondę”, mówił. Dzielił życie między Częstochowę, gdzie od czasu dyrektorowania wciąż wynajmował mieszkanie i trzymał część ogromnego księgozbioru, i „wytworny apartament na 15. piętrze bloku z czasów PRL”. Palił cygara. „Bardzo rzadko, bo szkodzą, ale faktycznie tylko kubańskie. Załatwia mi je pani Basia z bazaru. Ja kupuję wyłącznie zleżałe. Nie będę płacił za sztukę 40 złotych, jak mogę je mieć za 8 złotych”.
Do tych przyjemności z czasem doszły długie codzienne rozmowy przez telefon i spotkania z Agnieszką, która wróciła po 20 latach. Nie zamieszkali razem, bo po tylu latach życia osobno oboje potrzebowali przestrzeni życiowej. „Nie możemy sobie pozwolić na takie mieszkanie, jakie byśmy chcieli mieć – wielkie, 200-metrowe. Zawsze marzyłem na przykład o dużej bibliotece. A moja żona ma prawo mieć garderobę. Życie z niezależną kobietą w małym mieszkaniu może być ryzykowne”, mówił Marek. Mimo to trudno było o większą miłość. Oni sami określali swój związek jako najnowocześniejszy model nie najmłodszego małżeństwa. Jedno, co doskwierało Markowi, to brak pieniędzy na rozpieszczanie Agnieszki. „Jestem lekko niezaradny życiowo. Muszę wyznać ze skruchą, że nie dostarczyłem mojej żonie takiej oprawy, na jaką zasługuje”, mawiał.

W ciszy i samotności
Na dwa dni przed śmiercią Marek odwiózł Agnieszkę do Łodzi na spotkanie z fanami serialu „M jak miłość”. Potem pojechał do Częstochowy. Mieli do siebie dzwonić co wieczór. To już był rytuał. Kiedy przez dwie, trzy godziny nie można się było dodzwonić do któregoś z nich, wiadomo było, że trzeba będzie trochę poczekać. Ale kiedy w środę 16 listopada telefon milczał, Agnieszka wiedziała, że coś jest nie tak. Nie może sobie darować, że w tej ostatniej chwili nie mogła potrzymać go za rękę...
Marek Perepeczko odszedł w wieku 63 lat.

Magda Łuków/ Viva!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)