Kamila Szczawińska - wielki powrót supermodelki

Muza Roberto Cavallego pokonała chorobę i wraca do zawodu. Czy wróci na szczyt?
Kamila Szczawińska - wielki powrót supermodelki fot. Iza Grzybowska/Voyk Management
– Łatwo wrócić na szczyt?
Jeszcze tego nie wiem. Nie wiem nawet, czy to możliwe. Wiem, że jestem inną Kamilą niż ta sprzed lat. Myślę sobie: Co ma być, to będzie. Wspaniale, jeśli los uśmiechnie się do mnie po raz drugi, ale wiem też, że to wymaga ode mnie ogromnej pracy. 

– Tęskniłaś za modelingiem? 
Ta praca jest uzależniająca. Daje wiele satysfakcji. Teraz w modelingu można mieć więcej niż 20 lat. Na szczęście dla mnie. Małgosia Bela i Anja Rubik nadal są przecież na topie, mimo że Małgosia jest w branży chyba od 20, a Anja od 12 lat.

– Ale z jakichś powodów sześć lat temu powiedziałaś: „Koniec”?
Potrzebowałam stabilizacji w życiu. W pewnym momencie coś we mnie pękło. Nie wytrzymałam psychicznie presji i życia na walizkach. Nie wiedziałam, w jakim mieście czy kraju obudzę się następnego dnia. Nie byłam w stanie niczego zaplanować. Ani wyjechać na wakacje. Kiedy zaczynałam pracę w modelingu, miałam 17 lat. Byłam wtedy jeszcze „przy mamie i tacie”. Samą pracę bardzo lubiłam. Kiedy byłam wystylizowana, przygotowana do wyjścia na wybieg, czułam się świetnie, czułam się atrakcyjną kobietą. Pokazy, w których chodziłam, dodawały mi pewności siebie. Problemem był brak poczucia bezpieczeństwa. Zero stabilizacji.

– Z tego powodu lekarze stwierdzili u Ciebie nerwicę?
Nagle spadła na mnie duża odpowiedzialność, spore pieniądze, ale też konieczność zarządzania swoją karierą. To dziesiątki decyzji, a ja nie byłam przygotowana, żeby je podejmować. Prosto z rodzinnego domu trafiłam do świata, który kręci się w zawrotnym tempie.
To była praca od rana do nocy. Czasem bez snu, a zawsze bez odpowiedniego odpoczynku. A do tego kończyłam jeszcze liceum! Ja wiem, że to brzmi fajnie: dzisiaj jestem w Paryżu, jutro w Nowym Jorku, a pod koniec tygodnia w Mediolanie. I takie życie budzi zawiść, bo wielu się wydawało, że żyję jak w bajce. A że nie miałam czasu dla znajomych, przyjaciół, więc wydawało się, że zadzieram nosa. Tymczasem ja tęskniłam. Za rodzicami, za normalnym życiem, spotkaniami z przyjaciółmi. I w pewnym momencie, po sześciu latach pracy jako modelka, powiedziałam: „Dość”.

– Kiedy odnosiłaś największe sukcesy, byłaś jeszcze dzieckiem.
Tak też się czułam. Dzisiejsze 18-latki są inne. Ja byłam nieśmiałą dziewczyną, wychowaną w małej wsi pod Poznaniem. Dokoła domu był las, łąki, rzeka. Nasz blok stał niedaleko ośrodka Monaru, w którym pracowała moja mama. Zresztą pracuje do dziś, jest specjalistą terapii uzależnień. Już wtedy wiedziałam, że chcę pracować z ludźmi, nie wiedziałam jeszcze, że pójdę na psychologię.

– Już od dzieciństwa chciałaś być modelką?
Nie, skąd! Najpierw chciałam być nauczycielką. Potem przez moment chciałam iść do zakonu. Jeszcze potem zostać instruktorką jazdy konnej. Kocham konie. W Monarze były zajęcia hipoterapii. Pomagałam w stajni i przy okazji jeździłam. Dzisiaj mam dwa konie: Nirvanę i Debiuta. Obydwa już na emeryturze, w stadninie u przyjaciół na Lubelszczyźnie.

– Jak więc trafiłaś do modelingu?
Namówiła mnie koleżanka. Razem jeździłyśmy konno, a ona powtarzała: „Jesteś wysoka i szczupła. Musisz spróbować”. Zaczęłam od pokazu na schodach w poznańskim Okrąglaku. Prawdziwym początkiem pracy jako modelki był mój udział w pokazie jednej z polskich projektantek na targach poznańskich. Tam spotkałam dziewczynę, która mnie „wyskautowała”. Wysłała moje zdjęcia do agencji w Mediolanie. Po trzech miesiącach zaprosili mnie do wzięcia udziału w pokazie. Nie zapłacili za podróż, a na samolot nie było mnie stać, więc wsiadłam do autobusu. I jechałam tak sama przez pół Europy. Jechałam i płakałam. Bo nie wiedziałam, co mnie czeka, nie czułam się bezpieczna, chyba nawet nie chodziło o to, czy się spodobam, ale czy dam radę.

– Co zrobiłaś z pierwszymi zarobionymi pieniędzmi?
To było kilka tysięcy złotych. Nigdy wcześniej nie miałam tyle pieniędzy w ręku. Część tej sumy oddałam tacie, bo jego firma akurat przeżywała kryzys. Za drugą część wykupiłam konia, który miał iść na rzeź, moją ukochaną Nirvanę, która jest ze mną już 12 lat.

– Przeskok ze wsi do wielkiego świata musiał być szokujący?
Zdecydowanie większe wrażenie zrobiło to na innych niż na mnie. Kiedy ktoś mnie pytał, gdzie ostatnio byłaś, a ja
odpowiadałam: „Na Karaibach”, słyszałam, że jestem chwalipiętą. Albo snobką. Kiedy szłam ulicą i kogoś nie zauważyłam, bo byłam zamyślona, zaczepiano mnie zdaniem: „Co, gwiazdo? Odbiło ci? Znajomych już nie poznajesz?”. To było tym bardziej przykre, że po powrocie do Polski lgnęłam do ludzi. Bo z jednej strony żyłam w twardym świecie modelingu, po drugiej stronie spotykałam ludzi, którzy niesprawiedliwie mnie oceniali.

– Samotność między ludźmi? 
Pamiętam sesję na Karaibach. Polecieliśmy na prywatną wyspę należącą do Donalda Trumpa. Przepiękny resort, piękna plaża, palmy, ocean. Każdy miał swój domek, jeździł meleksem po wyspie. Słowo „raj” opisuje to miejsce najtrafniej. A ja? Siedziałam i płakałam, bo czułam się sama jak palec. Albo wisiałam po nocach na Skypie czy telefonie. Czułam się, jak w bańce mydlanej. Nic nie cieszyło, kiedy moi bliscy byli o tysiące kilometrów stąd.

– Świat pięknych ubrań, drogich marek nie zawrócił Ci w głowie? 
Starałam się w miarę możliwości korzystać z tego, że podróżuję po świecie. Przed przylotem do Paryża sprawdzałam, co się dzieje w muzeach, jakie są wystawy. Wtedy jeszcze ubierałam się „antymodowo”, czyli po prostu miałam fatalny gust (śmiech). Chodziłam w glanach, punkowych spodniach, taka chłopczyca. Dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim dorobiłam się własnego stylu. Chociaż dzisiaj też najlepiej czuję się w trampkach. Natomiast szalenie mi imponowało, że mogłam pracować z takimi niezwykłymi fotografami, jak Mario Testino czy Helmut Newton. 

– Które sesje były niezapomniane?
Sesja z Helmutem Newtonem dla włoskiego „Vogue’a”. Prowokował. Zaczepiał. Drażnił. Momentami trochę mnie przerażał. Wspaniale wspominam sesje dla Ralpha Laurena z Bruce’em Weberem. Robiliśmy zdjęcia w różnych częściach świata. Delikatny make-up, naturalne światło, długie plaże, palmy, przepiękne wnętrza. Przemiła ekipa, atmosfera spokoju na planie. Sposób, w jakim byłam pokazywana jako kobieta w tych sesjach, był mi bardzo bliski. Czułam harmonię. Dlatego robiliśmy mnóstwo sesji i pokazów. 

– W którym momencie powiedziałaś: „Dość”? Co przesądziło o zakończeniu kariery?
W 2007 roku pojawiłam się po raz ostatni na światowym wybiegu u Stelli McCartney. W podjęciu decyzji pomógł mi mój przyszły mąż. Widział, że jestem już bardzo zmęczona modelingiem, że nie jestem w stanie normalnie funkcjonować. Zaczął mnie przekonywać: „Zostań w domu, odpocznij”. Dał mi poczucie bezpieczeństwa. Poza tym chcieliśmy mieć dziecko. Czuliśmy, że to ten moment.

– Jak udało Ci się w tym całym szaleństwie nie przegapić tej miłości?
Praca w modelingu nie służy związkom. Ciągłe wyjazdy, rozłąka, tęsknota. Jednak w tej relacji wszystko potoczyło się od początku naturalnie. Bez ciśnienia. Nie było presji: „Już, już związek”. Swojego przyszłego męża poznałam ponad siedem lat temu na pokazie Deni Cler w pałacu w Wilanowie. Pokaz reżyserował Mariusz Treliński. Po pokazie przedstawił nas sobie Robert Kupisz. Zaczął od słów: „Musisz poznać superdziewczynę”. Po pokazie poszliśmy z Piotrem i moją przyjaciółką na kolację. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Następnego dnia zadzwonił. Potem wyjechałam do domu i kiedy przyjeżdżałam do Warszawy, spotykaliśmy się. Dużo ze sobą rozmawialiśmy. Dziś wiem, że u mnie nie sprawdzało się budowanie związku na odległość. Muszę mięć kontakt z partnerem na co dzień, widzieć się z nim, rozmawiać. Nawet jeśli Piotr wraca z pracy nieprzytomny, wystarczy mi, że leżymy przytuleni do siebie. Poczucie bliskości jest dla mnie bardzo ważne. 

– Czy Wasz związek jest partnerski? 
Zdecydowanie. Szczególnie teraz, kiedy więcej zawodowo pracuję. Piotr zawsze był aktywny, ale angażował się w obowiązki domowe. Kiedy dzieci były malutkie, wstawaliśmy w nocy na zmianę. Rano wstaje wcześniej ode mnie i robi dzieciom śniadanie. Teraz Kalina ma trzy lata, a Julek cztery i pół roku. W zależności od tego, kto ma więcej obowiązków w pracy, to drugie przejmuje obowiązki w domu.


– Dlaczego zaczęłaś studiować psychologię kliniczną? Żeby radzić sobie z własnymi problemami?
Odkąd pamiętam, ciekawiły mnie mechanizmy, które kierują ludzkimi zachowaniami. Jak się tworzą relacje międzyludzkie, jakimi meandrami podążają. Moja mama pracowała w Monarze, pomagała ludziom wyrzuconym poza nawias społeczeństwa. Pomaganie ludziom w trudnej sytuacji to była nasza rodzinna codzienność. I niedawno obroniłam dyplom z psychologii. Wiedza psychologiczna pomaga w wychowaniu dzieci. Kiedy widzę, że mój syn staje się nerwowy, rozmawiam z mężem o tym, że to my musimy się uspokoić. Bo najczęściej przyczyna złego zachowania dziecka leży w zachowaniu rodzica. Żyjemy w pędzie. Mamy mniej cierpliwości.

– Nie myślałaś o tym, aby pracować jako psycholog?
Mam taki zamiar. Teraz skupiam się na pracy w modelingu, tych dwóch zawodów nie da się chyba pogodzić. Mam przecież jeszcze rodzinę. Ale w zawodzie modelki popracuję jeszcze tylko kilka lat. Potem chcę zająć się psychologią.

– Jakie warunki, po kilku latach przerwy, musisz dziś spełniać?
Pracuję ciałem, więc muszę o nie dbać. Być zawsze w formie. Utrzymywać wagę, trenować. Powrót do dobrej kondycji po dwóch ciążach wymagał pracy. Kiedy dziewięć miesięcy po urodzeniu Julka zaczęłam znowu trenować, bardzo źle się czułam. Zrobiłam badania. Okazało się, że znowu jestem w ciąży. Po urodzeniu drugiego dziecka – Kalinki – pojawiły się problemy z kręgosłupem. Musiałam więc zacząć rehabilitację. Przychodził do mnie terapeuta manualny, reperował mi kręgosłup. Potem sama miałam zająć się odbudowaniem mięśni, które odciążyłyby kręgosłup. Trzy miesiące po porodzie zapisałam się na zajęcia taneczne Latin-aero. Ostry taniec, rozciąganie, spalanie kalorii. Zaczęły rysować mi się mięśnie na brzuchu, na nogach i rękach. Usłyszałam: „Fajnie wyglądasz. Dlaczego nie pracujesz?”. Pewnego dnia zadzwonił telefon z pytaniem, czy nie wzięłabym udziału w pokazie. Dostałam propozycję prowadzenia warsztatów dla kandydatek do konkursu Miss Polonia. I to był przełom. Zaczęłam wtedy myśleć na poważnie o powrocie. Do ćwiczeń doszła jeszcze zdrowa dieta, którą się pasjonuję. 

– I pewnego dnia odkryłaś jeszcze pole dance.
Po rozmowach z koleżankami, które ćwiczyły taniec na rurze, postanowiłam spróbować. W głębi ducha myślałam na początku, że pewnie nie dam rady z moim długim, chudym ciałem. Po dwóch, trzech miesiącach czułam się jak ryba w wodzie. Zobaczyłam, że moje ciało zmienia się na plus. Żaden inny sport nie dał wcześniej takich efektów. Na siłowni czy basenie nudziłam się. A pole dance to ciągle coś nowego. Do tego skóra na brzuchu, która nie była w najlepszej kondycji po ciążach, nagle stała się sprężysta. Moje ciało zaczęło wyglądać dobrze na zdjęciach i zaczęłam też dostawać coraz więcej propozycji. 

– Co już Ci się udało?
Wystąpiłam w kilku pokazach mody i sesjach zdjęciowych dla magazynów. Również w kampanii Deni Cler, Klifa i lookbooku La Manii. Na Instagramie i Facebooku zaczęłam promować zdrowy tryb życia i w związku z tym dostałam poniedziałkowy cykl poradnikowy w „Pytaniu na śniadanie”. Moją nową pasją jest kuchnia. Jedzenie organiczne. Uczę się sztuki prezentacji i wystąpień publicznych, żeby nie tylko chodzić po wybiegu, ale też prowadzić pokazy mody. Właśnie przygotowuję się do gali Warsaw Fashion Weekend. Podjęłam też współpracę z agencją w Mediolanie, która odkryła mnie 12 lat temu. Wróciłam właśnie z sesji i spotkań z klientami we Włoszech. Miałam też pomysł, aby nawiązać współpracę z moją dawną agencją w Nowym Jorku, ale stwierdziliśmy z mężem, że ewentualna praca tam wymagałaby radykalnych zmian w naszym życiu. Musielibyśmy zabrać dzieci, zmienić dom, mąż pracę, a dzieci przedszkole. Za duży stres. Na razie zostaję w Europie. Ale kto wie…

Zobacz: Szczawińska przez karierę w modelingu nabawiła się poważnej choroby
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)