Wywiad z Iwoną Słabuszewską - Krauze, autorką głośnej powieści "Ostatnie fado"

Wygodna jak rozpuszczalna, świeża jak palona!
/ 08.06.2011 07:37

Rozmowa z Iwoną Słabuszewską - Krauze, autorką głośnej powieści "Ostatnie fado".

Twoja książka „Ostatnie Fado” szybko znalazła się na literackim szczycie – od kilku tygodni jest w pierwszej dziesiątce bestsellerów, Dzień Dobry TVN poświęcił jej cały program a w radiu RMF majówka wybrzmiała dźwiękami fado. Skąd taki sukces?

Ogromnie się cieszę, że książka została tak dobrze przyjęta. Pisanie jej było dla mnie samej ogromną przygodą. Poznawanie obcego miasta i snucie historii w realiach, które dopiero poznawałam wymagało pracy, ale też autentycznego zafascynowania. Niektórzy, żeby pisać, zamykają się w domu, ja wręcz przeciwnie – musiałam z tego domu wyjeżdżać. Nie wiedziałam do końca, jaka będzie fabuła, ona się zmieniała, bo też każdy mój pobyt w Lizbonie wnosił coś nowego, co trzeba było uwzględnić przy pisaniu. W trakcie pisania pojawiali się też nowi bohaterowie, którzy mieli być incydentalni, a rozrastali się do ważnych postaci. Na przykład Fernando Pessoa początkowo był bezimiennym poetą, który miał na chwilę pojawić się kartach książki. Zaczęłam poznawać jego życie i miejsca, z którymi był związany i okazało się, że tego nie sposób zamknąć w kilku rozdziałach. Moja osobista fascynacja został przekuta w książkę. Może dzięki temu udało mi się przenieść czytelników na ulice Lizbony, i zapleść wokół nich ciekawą historię.

Do Lizbony wybrałaś się z Anią Dziewit-Meller, której bardzo się twoja książka podobała. Jak ci się z nią pracowało?

Bardzo dobrze. Podążałyśmy z ekipą Dzień Dobry TVN śladami bohaterów Ostatniego Fado, zaglądałyśmy w dość niezwykłe, czasami zupełnie nieturystyczne zakątki Lizbony i było to na tyle intrygujące, że część ekipy zadeklarowała chęć przeprowadzki.

Chwilami było też śmiesznie, kiedy na przykład Ania Dziewit-Meller po raz piąty musiała powtarzać przed kamerą to samo zdanie, bo znowu przejechał tramwaj… Ale robiła to świetnie, z wyśmienitym poczuciem humoru i zaangażowaniem. To był fajnie spędzony czas.

Alicja – bohaterka Twojej powieści „Ostatnie Fado” – odkrywa Lizbonę i Portugalię po raz pierwszy. Jak to było z Tobą? Jaka jest wasza historia – twoja i Lizbony?

To zauroczenie Lizboną trwa od dobrych kilku lat. Trafiłam tam trochę przypadkiem, na kilka godzin. Ta chwila spędzona wtedy w Lizbonie skutecznie zachęciła mnie do powrotu, a w zasadzie do ciągłych powrotów…

Miasto poznawałam stopniowo podczas kolejnych pobytów, najpierw chłonąc po prostu jego klimat, nastrój, poznając ludzi, obserwując życie toczące się na uliczkach i w podwórkach. Któregoś razu wpadliśmy z mężem na pomysł trochę odmiennego zwiedzania miasta. Przed wyjazdem każde z nas przygotowało dla drugiej osoby kilka zadań, które trzeba było wykonać w Lizbonie. Dopiero na miejscu wymieniliśmy się karteczkami – tematy zadań były niespodzianką dla każdego z nas. Ja na przykład musiałam pójść do konkretnej, lokalnej kawiarni po to, aby przyjrzeć się ludziom, wyobrazić sobie, kim są oraz co będą robić po wyjściu z kawiarni. Niektóre zadania wymagały odwagi lub sprytu –  wejść do opuszczonego budynku z zachowanymi stiukami i azulejos, dostać się do piwnicy banku, która była pozostałością rzymskich budowli. Jedno z zadań męża polegało na złapaniu promu i popłynięciu na drugi brzeg Tagu. Miał opisać jak miasto wygląda z tamtej strony i wyobrazić sobie co czują  lokalni mieszkańcy podróżujący codziennie promem do pracy w Lizbonie. Zadania wykonywaliśmy osobno, a potem dzieliliśmy się wrażeniami. Chcieliśmy w ten sposób lepiej poznać to miasto, poczuć się jego częścią.
Te zadania bardzo rozbudzały wyobraźnię i pozwoliły mi dostrzec rzeczy, których pewnie bym nie zauważyła. No i muszę przyznać, mąż wziął w ten sposób udział w pisaniu książki...

Alicja odkrywa też rodzinne sekrety – te ukryte w starych kufrach, zapomniane, intymne. Jak to jest z tymi sekretami? Zdradzać czy nie zdradzać?

Odkrycie niektórych sekretów może zmienić bieg życia. Może wzbogacić związek, relacje rodzinne albo przyjacielskie, ale może też je zniszczyć. To nie zmienia faktu, że sekrety nas pociągają, intrygują, są kuszące. Czy je odkrywać? Każdy będzie miał inne zdanie. Ja osobiście lubię odkrywać, lubię iść po nitce do kłębka…

Czym jest tytułowe „Ostatnie fado” – możesz zdradzić?

Nie mogę…

Witold Bereś, autor kilkunastu książek, producent filmowy i publicysta, powiedział: "Ostatnie fado" wciąga jak strumień, proponując czytelnikowi niezwykłe przeskoki w czasie, temacie i przestrzeni. To wszystko składa się na klimat tej kobiecej - a nie babskiej (!) – perspektywy. Co miał na myśli pisząc o kobiecej perspektywie? Czy Twoja książka jest „kobieca”?

Napisałam książkę o Lizbonie i jej mieszkańcach, ale też o odkrywaniu własnych uczuć, o przyjaźni, miłości, dążeniu do odkrycia tajemnicy. Patrząc na tematykę, większość osób powie, że to jest książka kobieca. Jedna z czytelniczek napisała, że książka tworzy naprawdę romantyczną - lecz nie ckliwą i tandetną, całość. Moim zdaniem uchwyciła sedno. To jest ta subtelna różnica, pomiędzy perspektywą babską, a kobiecą.

Z drugiej strony, wiem, że Ostatnie fado podoba się też mężczyznom, zwłaszcza, że jeden z wątków dotyczy postaci autentycznej - Fernanda Pessoi. Dlatego nie chciałabym, aby zakwalifikowanie do literatury kobiecej zniechęciło męską część czytelników do sięgnięcia po książkę.

Jakie masz plany literackie?

Myślę o kolejnej książce, również rozgrywającej się w kilku różnych miejscach na ziemi. To będzie duży projekt, wymagający czasu.

Gdy przeczytałam „Ostatnie Fado” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ten magiczny klimat, który stworzyłaś już gdzieś się pojawił. Pomyślałam o „Amelii” a także klasykach realizmu magicznego – Marquezie, Angeli Carter. Kto inspirował Cię przy pisaniu powieści? Skąd ta magia?

Bardzo lubię literaturę iberoamerykańską, lubię książki które uwodzą klimatem, i takie, z których coś we mnie zostaje. Márquez taki na pewno jest. Niektóre książki mają po prostu dobrą energię, inne odkłada się i nigdy do nich nie wraca, nawet jeśli mówią o ważnych sprawach.
Pisząc chciałam, żeby moja książka zostawiała w czytelnikach poczucie pozytywnego niedosytu. Żeby intrygowała, wciągała, ale jednocześnie dobrze nastraja do świata, dawała taki wewnętrzny spokój. Udało mi się?

"Niektóre historie, które przeżyliśmy albo które przeżywamy, giną w zakamarkach naszej pamięci unieważnione przez to, co dzieje się teraz, dzisiaj, albo przez to, co wydarzy się za chwilę. Inne trwają wiecznie." Tym zdaniem rozpoczynasz swoją powieść. Czy opowiesz o tych chwilach ze swojego życia, które będą trwać wiecznie?

Kiedyś jako dziecko wdrapałam się na wysokie drzewo w sadzie i tak mi było tam dobrze, że obiecałam sobie, że ten moment zapamiętam. I zapamiętałam do dzisiaj. Potem wiele było takich chwil w moim życiu, kiedy robiłam sobie stop-klatkę i mówiłam „chwilo trwaj”.
Pamiętam na przykład jak czułam się, kiedy pierwszy raz spojrzałam na mojego synka. Albo kiedy omal nie spadając z klifu prosto w szalejący ocean zrozumiałam na czym polega siła natury i żywiołów. Pewne obrazy, a nawet trudne do określenia uczucia towarzyszące przeżywanym chwilom, pozostają w nas na zawsze.

Rozmawiała: Ania Pamuła.