Weronika i Cezary Pazurowie

Złota para polskiego show-biznesu opowiada o trudnej drodze do szczęścia i stabilizacji.
/ 16.03.2006 16:57
Krystyna Pytlakowska: Zaproszenie do jury międzynarodowego festiwalu Festroia w Portugalii to chyba wyróżnienie dla producenta?
Weronika Marczuk-Pazura: Na pewno. Od siedmiu lat prowadzę firmę Sting, zajmującą się produkcją filmową i telewizyjną. Cieszę się, że nasz zespół został zauważony. Dzięki temu nawiązaliśmy kontakty z przedstawicielami branży filmowej z całego świata.

– Bardziej to wycieczka czy praca?
W. M.-P.: Przede wszystkim nowe doświadczenie. I wyzwanie. Miałam szansę obejrzeć najlepsze filmy z całego świata oraz podyskutować o nich w gronie znakomitych specjalistów.
Cezary Pazura: A ja rzeczywiście wreszcie pojechałem na wycieczkę! Odprowadzałem żonę do pracy i… na plażę. Widzi pani, byłem tam tylko mężem mojej żony.
– I bardziej to Pana cieszy, czy przeszkadza Panu?
C. P.: Cieszy, jestem z niej dumny.

– Jest Pani kinomanką?
W. M.-P.: Jeśli ma o tym rozstrzygać to, że bardzo lubię oglądać filmy, a oglądam ich sporo, to można tak powiedzieć.

– W Pana przypadku to oczywiste: jest Pan kinomanem.
C. P.: Jedynie rodzina potrafi zaangażować moją uwagę bardziej niż dobry film, a jedyną sprawą, która nie pozwala mi na częste oglądanie filmów, bywa brak czasu.

– Czuje się Pani kobietą sukcesu?
W. M.-P.: Tak, aczkolwiek nie oznacza to, że wszystko już zrobiłam i osiągnęłam. Człowiek sukcesu to dla mnie ktoś, kto postawił w życiu na rozwój. Dużo zależy od podejścia do życia, bo przecież każdy człowiek odnosi sukcesy – mniejsze i większe. Sęk w tym, że nie każdy chce je zauważyć i nie każdy potrafi się z nich cieszyć.

– W spółce producenckiej, którą Pani prowadzi, jest też Pani mąż i Olaf Lubaszenko. Chyba niełatwo było panom zaakceptować szefową – kobietę?
W. M.-P.: Kiedy firma powstała, nie miałam z nią nic wspólnego. Zaczynałam wtedy studiować prawo, miałam swoje sprawy na głowie, pracę. Wspólnicy zawiedli się jednak na osobach kierujących spółką. Firma nie była w najlepszej kondycji. Zastanawiali się, czy ją zamknąć, czy postawić na nogi. Zwrócili się do mnie o pomoc.
C. P.: Poprosiliśmy Weronikę, by objęła zarządzanie firmą. Zgodziła się i po kilku latach udało jej się wyprowadzić firmę na prostą.

– Do stabilizacji i szczęścia długo się dochodzi?
W. M.-P.: Oczywiście! Gdyby było łatwo, nikt by szczęścia nie cenił. Trzeba dawać coś od siebie, aby dostać coś w zamian.


– Czyli w szczęście trzeba inwestować?
W. M.-P.: Jak najbardziej. Pracę nad sobą. Czas, cierpliwość, wiarę, że się uda. I dużo miłości.

– Kiedy wychodziła Pani za Cezarego, bała się Pani?
W. M.-P.: Kiedy poznałam Czarka, pozostały mi dwa tygodnie do powrotu na Ukrainę, gdzie miałam już zaplanowane życie zawodowe. Związek wydawał się najmniej odpowiednią rzeczą. Ale to było silniejsze ode mnie. Nie wiedziałam, co się dzieje. Pamiętam komentarze moich przyjaciółek. Pytały: „Co z tobą? Nigdy cię takiej nie widziałam”. A ja nie byłam w stanie odejść od telefonu – albo rozmawiałam z Czarkiem, albo czekałam na jego telefon.

– Dopadła Panią miłość.
W. M.-P.: Dokładnie. Nawet po 11 latach tamte odczucia są mi bardzo bliskie, wszystko to dobrze pamiętam. Wtedy przeżywałam coś tak silnego, że nie potrafiłam trzeźwo myśleć. Wiedziałam jednak, że to coś niezwykłego. Niektórzy ludzie całe życie szukają swojej drugiej połówki. Wierzę w to, że mnie się udało. A przecież mogło mnie to nigdy nie spotkać. Miałam już 23 lata.

– Już? Czy dopiero?
W. M.-P.: Wtedy uważałam, że już. Na Ukrainie dziewczyny szybko dojrzewały i szybko wychodziły za mąż. W wieku 17 lat robiło się maturę i zaraz potem rozpoczynało się dorosłe, samodzielne życie. Po dwudziestce już cała rodzina i sąsiedzi również zaczynali się niepokoić, dlaczego ona jeszcze nie jest przy mężu. Teraz sytuacja się zmieniła, ale wtedy to było naturalne. Obecnie, gdyby nasza córka w wieku 17 lat oświadczyła, że planuje zamążpójście, nie poparłabym tego, bo już wiem, co to jest dojrzała miłość i dojrzali rodzice.

– W Polsce dłużej dochodzi się do dorosłości?
W. M.-P.: W większości przypadków do 21. roku życia, a czasem nawet dłużej dzieci są dziećmi, czyli praktycznie żyją beztrosko. Wszystkie problemy są na głowie rodziców. Na Ukrainie mniej osłania się dzieci przed problemami. Dziecko musi być przede wszystkim odpowiedzialne. Mając pięć lat, o szóstej rano chodziłam z bańką po mleko, miałam obowiązki w domu i w szkole. Działałam w samorządzie szkolnym. Co tydzień organizowaliśmy koncerty, wyjazdy krajoznawcze, sprzątanie świata, spotkania z rodzicami. Teraz, kiedy Czarek i ja patrzymy na Nastkę, czasami mówimy: „Gdybyśmy my mieli takie dzieciństwo...”. Ale po przemyśleniu sprawy dochodzę do wniosku, że wolę jednak swoje. Każdy model dzieciństwa ma swoje plusy i minusy. Moje na pewno było bardziej pracowite, ale też myślę, że jednak również bardziej emocjonujące.

– Odziedziczyła Pani dziecko już odchowane. Pewnie nie było łatwo?
W. M.-P.: Na początku było wiele niewiadomych w mojej głowie. Nie wiedziałam, jak to będzie. Ale cieszyłam się, że będę miała kilkuletnią córkę.

– Nie obawiała się Pani odpowiedzialności?
W. M.-P.: Nie. Odpowiedzialnym się jest lub nie. Ja jestem. Poza tym to, co wydaje się łatwe, zupełnie mnie nie interesuje. Uważam, że im łatwiej przyjdzie, tym łatwiej pójdzie.

– A więc na wszystko trzeba samemu zapracować?
W. M.-P.: Najlepiej. To, co poparte jest pracą, jest trwałe. A im trudniej, tym większa satysfakcja. Dlatego też staram się do wszystkiego w życiu dochodzić sama.
C. P.: Kiedy Weronika dowiedziała się o moich problemach, o dziwo nie wystraszyła się. Miała w sobie tyle siły, że była ponad to.



– Gdyby był Pan mężczyzną bez przeszłości, z kupą pieniędzy, od razu by uciekła?
C. P.: Gdybym wtedy był facetem z kupą pieniędzy, pewnie nie nazywałbym się Czarek Pazura i może we mnie, a może w moich pieniądzach zakochałaby się jakaś inna Weronika (bo na pewno nie moja).
W. M.-P.: Nie chciałabym wchodzić w cudze zorganizowane już życie. Nic na zasadzie: nie miałaś – dostałaś. Źle bym się z tym czuła. A tu była inna sytuacja. Czarek był wolny, ale zraniony. Czułam, że to jest mężczyzna z dużym potencjałem. Mimo że wszystko wydawało się być w rozsypce, postanowiłam to poskładać. Tak podpowiadało mi serce.

– Ile Nastka wtedy miała lat?
W. M.-P.: Cztery i pół roku. Pamiętam, jak pierwszy raz podeszła do mnie uśmiechnięta śliczna dziewczynka.

– I od razu Panią zaakceptowała?
W. M.-P.: Tak. Była już rok bez matki. Czarek nie przyprowadzał do domu żadnych kobiet. Dziecko było albo z nim, albo z dziadkami. Nietrudno było zauważyć, że Nastka potrzebuje matczynej opieki. Garnęła się do każdej „cioci”. Zaczepiała, zagadywała, opowiadała.
C. P.: Natychmiast więc padło pytanie: „Czy ciocia Weronika do nas przyjdzie i czy zostanie z nami?”.
W. M.-P.: A po niecałych dwóch tygodniach zapytała, czy może mówić do mnie „mamo”. I czy ja będę jej mamusią. Tak więc z wzajemną akceptacją nie miałyśmy najmniejszych problemów. Zresztą inna sprawa, że Anastazja wszystko z tamtego okresu wyrzuciła z pamięci, jak niepotrzebny bagaż.

– Życie sprzed Pani?
W. M.-P.: Częściowo również życie ze mną. Ona nie pamięta pierwszego naszego spotkania ani innych sytuacji z tamtego czasu. Zna to wszystko z opowieści. W tej chwili jest bardzo szczęśliwą nastolatką.

– Potrafi Pani na nią krzyknąć, zakazać czegoś?
W. M.-P.: Jeżeli sytuacja tego wymaga, oczywiście, że tak. Powiem więcej: Nastusia potrafi sama się tego domagać. Mówi czasem: „Mama, ty mnie, proszę, wychowuj”. Z dziećmi jest podobnie jak z mężczyznami – wolność oznacza brak zainteresowania. Oznacza, że nam, kobietom, nie zależy.

– Słyszałam, że rodzicom Cezarego nie przyszło łatwo traktować Panią jak matkę ich wnuczki. I myślę, że to chyba bardzo musiało boleć?
W. M.-P.: Mieli prawo do nieufności, choć wtedy na pewno nie było mi z tym łatwo. Moi rodzice zawsze mi pomagali, ale nigdy, choćby w najmniejszym stopniu, nie ingerowali w moje dorosłe życie. Jak ktoś ma takie doświadczenia z rodzicami, tym bardziej trudno pogodzić się z taką sytuacją.

– Życie jednak wszystko weryfikuje?
W. M.-P.: Trwało to dość długo. Czarek był bardzo zżyty z rodzicami i stał się jeszcze bardziej, kiedy został bez żony. W dodatku mama ostrzegała go przed pierwszą żoną. Okazało się, że miała rację. Gdy ja się pojawiłam, w rodzicach Czarka było jeszcze dużo lęku o przyszłość syna i wnuczki. Nie od razu uwierzyli, że razem będziemy szczęśliwi.

– Czego się bali? Za młoda? Z innego kraju?
W. M.-P.: Wszystko dotyczyło konkretnej sytuacji, w której udział brali ludzie z określonymi doświadczeniami. Nikt nie chciał źle i pewnie każdemu w tamtej chwili wydawało się, że robi dobrze.
C. P.: To nie był problem Weroniki, ale kobiety w ogóle. Jakakolwiek inna, która znalazłaby się na jej miejscu, też miałaby trudności w przyjęciu do rodziny.



– Wierzą Państwo w to, że wszystko jest w górze zapisane?
C. P.: Na pewno nic się nie dzieje bez przyczyny.
W. M.-P.: Wierzę, że wszystko miało się tak ułożyć – niczego nie chciałabym zmienić. Wszystko jest po coś, aby nas czegoś nauczyć, wzbogacić wewnętrznie.

– Cezary pomagał Pani? Czy mężczyzna w ogóle może pomóc w takiej sytuacji?
W. M.-P.: Czarek był wtedy w zupełnie innym świecie. Nie dostrzegał moich problemów. Przełomowym momentem była jego czterdziestka. Wtedy rzeczywiście stał się głową rodziny. Już nie powierza mi tylu spraw. Dostrzegł, że kiedyś nie było mi łatwo. Teraz nieba by mi przychylił.

– Dlaczego wtedy nie mieliście własnych dzieci?
W. M.-P.: Chyba przeoczyliśmy moment, kiedy powinnam była je urodzić. Chcieliśmy uporządkować swój świat. Wtedy przeżywałam chwile załamania, nie myślałam o sobie. Zadawałam sobie pytania, czy nam się uda, czy przetrwamy, czy to wszystko ma sens? Dziś wiem, że wszystko można przeżyć i pokonać, jeśli jest się razem.

– Ma Pani swoją pracę, szanowany zawód. Nie jest Pani od nikogo zależna. Taka świadomość pomaga?
W. M.-P.: Potrzebuję takiej świadomości, bo tak zostałam wychowana.
C. P.: Weronika jest bardzo aktywną kobietą. Nie wyobrażam sobie, że mogłaby nie robić nic – byłaby wtedy bardzo nieszczęśliwa.

– Związek z Cezarym był pierwszym poważnym?
W. M.-P.: Był pierwszym dojrzałym. Z perspektywy czasu wiem, że poprzednia miłość, choć wspominam ją bardzo miło, była młodzieńcza.

– A dlaczego Czarek?
W. M.-P.: Czarek ma to coś, czego najczęściej kobiety szukają w mężczyznach. To męskość nie na pokaz. Został wychowany w kulcie rodziny. Potrafi dowartościować kobietę. Jest też wrażliwy.

– Panie Czarku, dlaczego Weronika?
C. P.: Do czasu, kiedy ją poznałem, nie wierzyłem, że takie kobiety istnieją.

– Mąż mówi, że jest Pani piękna?
W. M.-P.: Codziennie. Mówi też inne miłe rzeczy. A ja wtedy czuję, że mogę wszystko.


– Oboje Państwo sporo pracujecie – nie odbywa się to ze szkodą dla miłości?
W. M.-P.: Dlaczego?

– Bo nie ma się czasu dla siebie?
C. P.: Właśnie dzięki temu ma się taki czas.
W. M.-P.: Najważniejsza jest dobra organizacja.

– A dzisiaj mieli Państwo czas dla siebie?
W. M.-P.: Wstałam o siódmej, poćwiczyłam, popracowałam przy komputerze, odpowiedziałam na maile. I wstał mąż.
C. P.: Cześć, kochanie, o której jemy śniadanko?
W. M.-P.: Słońce świeci. Siedzimy przy stole, jemy sałatkę z tuńczykiem, rozmawiamy, ładujemy akumulatory na cały dzień.
C. P.: A to dopiero początek dnia.

Rozmawiała: Krystyna Pytlakowska
Zdjęcia Piotr Porębski/Metaluna
Stylizacja Jola Czaja
Makijaz Jarek Korniluk/Metaluna
Fryzury Jaga Hupało & Thomas Wolff hair design


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)