Tomasz i Robert Stockingerowie

Syn woli snowboard, ojciec – narty. Wrócili opaleni i pełni wrażeń. Świetny tydzień dla zdrowia i... ojcowsko-synowskich uczuć.
/ 16.03.2006 16:57
 
Liliana Śnieg-Czaplewska: Pamiętasz moment, gdy pomyślałeś, że ojciec jest cool, super, jazzy, w porzo i w ogóle nie jest wapniakiem ani rozkapryszoną gwiazdą?
Robert Stockinger: Często mam takie momenty. W sprawach sportowych na przykład zgadzamy się, w tenisie – przede wszystkim! Na korcie tata potrafi zachowywać się na luzie, jak mój rówieśnik. Jest twardym zawodnikiem, umie walczyć.

– Ostro gracie?
R. S.: Już tylko ja wygrywam.

– Nie dajesz ojcu forów?
Tomasz Stockinger: Dawanie forów jest obraźliwe. Z dumą gratuluję Robertowi kolejnych zwycięstw nade mną!

– Wasze sportowe początki?
R. S.: Najpierw był hokej na łyżworolkach, miałem chyba z osiem lat.
T. S.: A zaraz potem ping-pong! Przez pierwszy miesiąc graliśmy prawie codziennie.
R. S.: Potem pochłonęła mnie piłka nożna, bo na każdego chłopaka przychodzi taki moment i zacząłem szaleć na boisku.
T. S.: A ja go chciałem odciągnąć od piłki, bo uważam, że tenis jest bardziej elegancki. To inna kultura, inne towarzystwo... Był mały, gdy zaczęło zaciekawiać go, dokąd wychodzę z rakietą, torbą i po co. Udało się, dziecko szybko połknęło bakcyla. Niestety, za późno zapisałem go do szkółki tenisowej, miał 13 lat. Po paru miesiącach wygrał turniej, choć był nowicjuszem.

– Zdarzają się Wam trudne rozmowy, na trudne tematy?
T. S.: No, czasem muszą być, jak to między ojcem a synem, między mężczyznami. Ale jakoś nam się udaje dochodzić do porozumienia. Ochrzanić też się zdarza.
R. S.: Za co? Za co?
T. S.: Za darmo, za darmo... A za to na przykład, że można być lepiej zorganizowanym. Mniej tracić czasu na gry komputerowe. Może wtedy byłoby więcej czasu na naukę, lepsze oceny, wypoczynek. Ale jak się ma dużo czasu, to się nim szasta.

– Robert, będziesz aktorem czy sportowcem?
R. S.: Od zawsze słyszę w domu: „Wszystko, tylko nie to”.
T. S.: Jest tyle innych zawodów na „a”. A lekarz, a prawnik, a architekt? Więc po co akurat miałby wybierać ten ryzykowny, często niewdzięczny?

– Co myślisz o popularności ojca?
R. S.: Już się przyzwyczaiłem do min, uśmiechów, że ktoś się obraca, ktoś kogoś szturcha. Za granicą jest spokojniej.
T. S.: Podczas naszych ostatnich wakacji w Club-Med byli wielbiciele białego szaleństwa z różnych zakątków świata, od Brazylii po Rosję. Polaków było mało, ale to dla mnie akurat dobrze, bo gdy jestem mało rozpoznawalny, naprawdę odpoczywam.


– Po co Wam jeszcze nauka jazdy na nartach?
T. S.: Jeszcze dwa lata temu na samą myśl, że miałbym się znaleźć na stoku, oblewał mnie zimny pot, a w rozmowie pomijałem temat nart. Ale przyszedł moment, gdy odwiedziłem Ustroń i pozazdrościłem radości w oczach narciarzy. Pomyślałem: „Jeżeli teraz nie spróbuję wziąć chociaż kilku lekcji i pokonać strachu, to w tym życiu już mi się nie uda i mam to z głowy”. Podjęliśmy to wyzwanie z Robertem. Dla niego było to prościutkie, już po kilku godzinach śmigał na desce.

– Pozazdrościł mu Pan wtedy?
T. S.: Oczywiście, choć ja mam więcej satysfakcji, pokonując... opór materii i wszystkie inne przeciwności. Bo tak już w życiu jest, że bardziej cenimy to, co przychodzi z trudem. Moją pięćdziesiątkę obchodziliśmy w zeszłym roku na stoku w Austrii. Chwalę się i będę głośno chwalił, bo pokonałem obawy, sprostałem wielkiemu wyzwaniu. To daje kopa i pewności siebie. W Cervinii Robert trenował snowboard w grupie dla zaawansowanych, ja – w piątej na siedem, pod względem umiejętności. Jak na drugi sezon to chyba nieźle?

– Tak z ręką na sercu, niech Pan się przyzna: jak się tak wciąż przegrywa z własnym dzieckiem, na korcie i na stoku, to nie jest chyba uczucie w pełni komfortowe?
T. S.: Pamiętam dzień, kiedy mój syn pierwszy raz wygrał ze mną w tenisa. On promieniał szczęściem, ale ja byłem szczęśliwy jeszcze bardziej, bo czekałem na ten dzień. Bo to znaczyło, że się rozwija, idzie we właściwym kierunku.

– Młodzi mężczyźni jeżdżą za szybko, szarżują, roznosi ich energia. Robert, jesteś szalony czy zrównoważony?
R. S.: Na desce jeżdżę dosyć szybko, ale bez szaleństw. Gdy czuję, że przekraczam pewną granicę, zapala mi się czerwona lampka i zwalniam.
T. S.: Narty to satysfakcja, adrenalina, słońce, prędkość. Sport daje mnóstwo zadowolenia, radości, wiele pozytywnych odczuć. Tydzień temu wróciliśmy, a ja wciąż mam w oczach szczyty, biel tras, skrzący się śnieg. A ty, synu?
R. S.: Na zasypanej ulicy, choć to Ursynów, mam wrażenie, że muszę się obrócić i zacząć krawędziować.
T. S.: To były świetne dni. Robert mi powiedział: „Tata, dziękuję za wszystko, za wakacje życia”. On wchodzi w towarzystwo, w świat. Pierwszy raz zobaczył, jak wygląda ośrodek narciarski z najwyższej półki. Ze wszystkim na wyciągnięcie ręki i portfelem zamkniętym w sejfie, bo wszystko jest do dyspozycji, czyli all inclusive. Wreszcie nie nudził się. Każdy z nas wybierał coś dla siebie z oferowanych atrakcji. Po przyjeździe jest się bogatszym o nowe przeżycia i doświadczenia. I wiosna wydaje się bliżej niż tym, którzy nie ruszali się z miasta.

Rozmawiała Liliana Śnieg-Czaplewska/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)