Nazywam się Owen. Clive Owen

To już prawie pewne. To on będzie kolejnym Bondem. Brytyjczyk, który potrafi wykaraskać się z jeszcze większych tarapatów niż jego przyszły bohater.
Sam aktor na razie ani nie potwierdza, ani nie zaprzecza tym rewelacjom. Na powtarzające się pytania dziennikarzy odpowiada dyplomatycznie i niejasno: „To całe zamieszanie nie jest nikomu potrzebne. Nic jeszcze nie jest przesądzone. Pierce był naprawdę znakomitym Bondem. I zdaję sobie sprawę, że nawet jeśli na razie jest tą rolą trochę zmęczony, to może się to szybko zmienić. On odpocznie, a producenci otrzeźwieją. Przecież ten człowiek zarobił dla nich kupę szmalu. I ktokolwiek miałby być brany pod uwagę jako kolejny Bond, musi się liczyć z tym, że – zanim zacznie pracę – usłyszy od nich: »Pierce Brosnan to nasz człowiek. Robi świetną robotę. A panu jednak dziękujemy«”. Tym bardziej, że zmiana obsady prawdopodobnie pociągnie za sobą zmianę reżysera. „Chciałem nakręcić »Casino Royale«, ale kiedy dowiedziałem się, że zrezygnowano z Pierce’a Brosnana, odpuściłem sobie. Pierce był znakomitym Bondem swojego pokolenia i z pewnością znakomicie poczułby klimat lat 60. Bez niego nie ma to sensu”, zapowiedział zirytowany Quentin Tarantino.

Z twarzy podobny do nikogo
Sprawa jednak wydaje się przesądzona. Tajemnicą poliszynela jest, że Pierce Brosnan zażądał zbyt wysokiej gaży za podpisanie kontraktu na dwa kolejne odcinki. Producenci szybko zdecydowali się więc na podpisanie umowy z kimś innym. A nikt z aktorów branych pod uwagę, między innymi Colin Farrell czy Orlando Bloom, nie pasował tak dobrze do roli Bonda. Nie był tak jak Owen brytyjski i nie miał jeszcze „opatrzonej” twarzy, która kojarzy się z innymi wielkimi kreacjami.
Jeszcze do niedawna niewiele osób znało Owena. Zdarzało się, że ktoś pamiętał go z roli w „Gosford Park”. Ktoś inny wypatrzył go w „Tożsamości Bourne’a”. W Anglii pozostał w pamięci widzów po roli w popularnym serialu „Chancer” i po telewizyjnych reklamówkach BMW. Ale prawda jest taka, że po blisko 20 latach na scenie i przed kamerą, Clive Owen jeszcze do niedawna wciąż był Panem Nikt w światowym show-biznesie.
Przełom nastąpił dopiero w ubiegłym roku. Najpierw Clive zagrał główną rolę w megaprodukcji „Król Artur”, a następnie w „Bliżej” – u boku Julii Roberts i Jude’a Law.
To ten ostatni film „dał” mu nazwisko i zapewnił grad nagród: Złoty Glob, nagrodę brytyjskiego przemysłu filmowego BAFTA i nominację do Oscara. Głośno o Clivie będzie też za sprawą „Sin City”, filmu Roberta Rodrigueza, w którym zagrał z Bruce’em Willisem i Mickeyem Rourke.

Na dnie
Biografia Clive’a mogłaby posłużyć za scenariusz kolejnego filmu socjalizującego brytyjskiego reżysera Mike’a Leigha. Clive urodził się jako czwarty z pięciu braci (najstarszy jest obecnie handlowcem, dwaj kolejni – muzykami, niewiele wiadomo o najmłodszym), w 300-tysięcznym Coventry, które leży w środkowej Anglii, nie opodal Birmingham. Przeciętnemu Anglikowi kojarzy się głównie z dwoma rzeczami: miejscową drużyną piłkarską – obecnie drugoligową – i potężnymi fabrykami samochodów, które w dużej części pozamykała w latach 80. Margaret Thatcher. Uwielbiający czarny humor Anglicy żartują czasem, że Coventry to najbardziej „bombowe” miasto w kraju. Podczas powietrznej bitwy o Anglię w roku 1940 Luftwaffe niemal zrównało je z ziemią. 38 lat później bomby podłożyła tu IRA.
Ojciec Clive’a był piosenkarzem country. Ale przyszły Bond nie miał okazji docenić jego artystycznych zdolności. Kiedy skończył ledwie trzy lata, tatuś wyszedł z domu i nie wrócił. Nie widzieli się przez następne 16 lat. A Owenowie klepali biedę.
Po szkole średniej młody Clive chciał się usamodzielnić. Ale nic z tego nie wyszło. Nie potrafił znaleźć żadnej pracy.
Tym razem klepał jednak biedę już na własny rachunek – przez dwa lata żył z zasiłku dla bezrobotnych. Okres „pomiędzy” dzieciństwem a dorosłością do dziś wspomina jako horror: „Byłem wtedy w skrajnej depresji. Jedyne, co w tym czasie robiłem, to śpiewanie w pubie co piątek. Ale to było wszystko, na co mnie było stać. To zabawne, jak koszmarnie zmienia cię taka sytuacja. Jako bezrobotny nie masz sił ani ochoty na nic. Pamiętam, że całymi godzinami siedziałem w knajpach i pochłaniałem paskudne, tanie żarcie”.
W końcu, nie widząc innej szansy dla siebie, postanowił zostać aktorem i zdał do Royal Academy of Dramatic Arts – królewskiej szkoły aktorskiej – i karta zaczęła się odwracać.

Łut szczęścia
W filmie zadebiutował w 1988 roku. Za pieniądze zarobione w filmie „Vroom” spełnił swoje skrywane marzenie. „Kupiłem najbrzydszy skórzany płaszcz świata. Chciałem zaszaleć. Był długi, czarny i dosłownie obleśny. Potem długo pytałem siebie: »Coś ty najlepszego zrobił, Clive?«”. Płaszcz najwidoczniej przyniósł mu jednak szczęście. Dwa lata później angielskie bulwarówki okrzyknęły go symbolem seksu. Wszystko za sprawą roli Stephena Crane’a, sprzedawcy samochodów w serialu „Chancer”. I zaczęło się. W popularnych gazetach pojawiły się artykuły o jego trudnym dzieciństwie, relacjach z ojcem. Rozpoczęło się tropienie domniemanych romansów aktora i łączenie go w pary z ekranowymi partnerkami. Owen kipiał z wściekłości. Przez pewien czas w ogóle nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. Nie miał ochoty odgrywać roli kolejnej gwiazdki, której plakaty nastolatki wieszają sobie nad łóżkiem. „Jeśli zacząłbym myśleć o sobie jako symbolu seksu, szybko wszedłbym na bardzo grząski grunt. Nie wiem, czy nie popadłbym w samouwielbienie. A to by się źle skończyło. Bardzo mocno stoję nogami na ziemi. I lubię ten stan”, opowiada po kilkunastu latach. I zaraz dodaje, że po tamtym sukcesie przez następne lata nie zawsze mu się powodziło.
Podkreśla też, jak wiele zawdzięcza rodzinie. Żonę, Sarah Jane Fenton, poznał w bardzo romantycznych okolicznościach. Tuż po szkole aktorskiej, którą skończył w 1987 roku, Clive grywał sporadycznie w kilku angielskich teatrach. W jednym z nich, londyńskim Young Vic, obsadzono go w roli szekspirowskiego Romea. Julią była Sarah. Tyle że w ich wypadku wszystko skończyło się happy endem. Pobrali się w roku 1995. Wtedy też Sarah porzuciła na dobre aktorstwo. Dwa lata później urodziła się Hannah, po kolejnych trzech – Eve. Teraz Clive Owen w każdym wywiadzie podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina. I że nawet najlepsza impreza nie może się równać z oglądaniem filmów z córkami. „Zdecydowanie najlepsze są »Księga dżungli« i »Teletubisie«”, zapewnia.
41-letni Clive Owen nie zachłystuje się sukcesami. To, co udało mu się osiągnąć, uważa za wielkie szczęście. I wciąż jest zaskoczony, że może utrzymać się z aktorstwa. „Jestem dzieckiem klasy robotniczej. Pochodzę z małego, robotniczego miasta, w którym na twierdzenie: »Zostanę aktorem«, słyszy się: »Stary, zejdź na ziemię, nie masz szans«. Co gorsza, ci, co tak mówią, mają często rację. Ja sam się o tym przekonałem”. Dla Clive’a nadchodzą jednak bardzo dobre czasy.

Maciej Wesołowski/ Viva!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)