Mateusz Kusznierewicz

Nam pierwszym opowiedział o związku z Dorotą Zawadowską-Woyciechowską, jak mówi - kobietą jego życia.
 
Wszystko w jego życiu zaczęło się układać. Dzięki hojności sponsora najlepszy polski żeglarz trenuje na Florydzie, a w Warszawie czeka na niego nowa miłość.

Kiedy wchodzi do kawiarni warszawskiego hotelu Sheraton, gdzie jesteśmy umówieni, w płaszczu z rozwianymi połami, ze swoim charakterystycznym uśmiechem i amerykańską opalenizną, wygląda jak zachodni gwiazdor kina. Nie ma kobiety, która nie zatrzymałaby na nim wzroku. Nie tylko dlatego, że jest tak przystojny, ma 193 centymetry wzrostu i nienaganną figurę, ale głównie z powodu aury sukcesu, która otacza go niewidzialną mgiełką. Właśnie przyleciał na tydzień do Warszawy z Miami. Swój czas dzieli ostatnio właśnie między te dwa miejsca. Na Florydzie trenuje z Dominikiem Życkim, byłym mistrzem Polski w klasie Finn i swoim byłym największym rywalem. W Warszawie czeka na niego kobieta jego życia, jak ją sam określa - Dorota Zawadowska-Woyciechowska.

Krystyna Pytlakowska: - Promienieje Pan...
Mateusz Kusznierewicz: Bo wreszcie czuję, że żyję. Wszystko zaczyna się układać; moje marzenia, cele, które sobie wytyczyłem, nabierają kształtów. Czuję, że jestem absolutnie szczęśliwy.

- Widać, że ma Pan niesamowity power. To za sprawą miłości?
Też, ale nie tylko. Nie jestem już zawieszony między różnymi światami. Wreszcie w moim życiu dzieje się coś takiego, co napełnia mnie mocą. Jakbym się unosił troszeczkę w powietrzu. Ale jednocześnie mocno stąpam po ziemi, która stała się przyjaźniejsza dla mnie.

- Fajnie być z siebie dumnym?
Dumny to ja raczej nie jestem - rodzice wychowali mnie w skromności, z krytycznym nastawieniem do tego, co robię. Nawet gdy wróciłem ze złotym medalem, tata od razu zapytał: „No dobrze, a co robimy dalej? Musimy wymyślić lepsze maszty, nowe żagle, bo widziałem, że źle tobie szło na silnych wiatrach”. Pamiętam, że następnego dnia zabraliśmy się do pracy. Celebracja nie trwała zbyt długo.

- Nie miał Pan chwili oddechu?
Nigdy. Cały czas w pędzie po sukcesy, nowe przeżycia i szczęście. Dopiero od niedawna potrafię cieszyć się tym, co mam, co zdobyłem.

- A co Pan ma?
Wiele. Wszystko. Nową łódkę klasy Star. Dominika Życkiego, który okazał się świetnym partnerem. Sukcesy. Zimę spędzam na treningach w Miami i w Warszawie. Podróżuję, jeżdżę na narty, gram w golfa. Zacząłem nowy etap w swoim życiu, a to daje mi mnóstwo optymizmu. Mam dobre przeczucia co do przyszłości.

- Zeszły rok stanowił przełom?
Był pełen niepewności, był niestabilny. Zbyt dużo miałem w nim znaków zapytania. Wydałem swoje wszystkie prywatne oszczędności, mimo pomocy Polskiego Związku Żeglarskiego. Nie wiedziałem, jak długo dam radę tak funkcjonować. Taka sytuacja bardzo stresuje.

- Bo to kosztowny sport.
Wszystko w nim jest drogie - kapoki, pianka, odpowiednie buty, linki, nie mówiąc już o łódce, podróżach, wynagrodzeniu dla trenera i samych treningach. Dlatego tak marzyłem o tym, by pozyskać głównego sponsora, bez którego pomocy nie dalibyśmy rady kontynuować naszych przygotowań do Pekinu. Wiedziałem, że wsparcie Mercedesa i Omegi nie wystarczy, że muszę zapewnić naszemu zespołowi komfort finansowy, żebyśmy mogli przez najbliższe trzy lata żeglować w optymalnych warunkach. I zapewniłem. Kontrakt z Erą podpisany jesienią dał mi wielkie poczucie bezpieczeństwa.

- Jak się szuka sponsora?
Przed igrzyskami w Atlancie napisałem na maszynie coś w rodzaju listu intencyjnego: że żegluję, w jakiej klasie, jakie mam wyniki, czego potrzebuję. Wysłałem go do 150 firm. Dostałem 10 odpowiedzi. Wszystkie negatywne... Nikt mi nie pomógł, a głównymi sponsorami byli moi rodzice. Ale po sukcesie w Atlancie w 1996 roku sponsorzy sami się do mnie zgłosili, miałem budżet zabezpieczony na następne cztery lata. Rok pływania kosztował wtedy około 400 tysięcy złotych, dzisiaj ponad dwa razy więcej. Niewyobrażalne pieniądze. Dzięki Erze dziś nie muszę się o nic martwić. Mam pieniądze, menedżera, który się wszystkim zajmuje, wsparcie agencji marketingowej, doradcę public relations - całą grupę ludzi, którzy dla mnie pracują. Mogę teraz skoncentrować się wyłącznie na żeglowaniu.

- I dzięki temu Pan fruwa nad ziemią?
Dzięki temu mam spokój, nie muszę być swoim szoferem, księgowym, kurierem czy sekretarką, mieć wszystkiego na głowie. Ale fruwam z innego powodu. Tyle się wydarzyło. Pamięta pani, jak rozmawialiśmy pod koniec lata? Już wtedy byłem bardzo szczęśliwy.

- Chociaż w Pana życiu nastąpiła zawierucha. Pomyślałam: co napawa go takim szczęściem? Przecież zawaliło mu się małżeństwo.
Nie chcę już do tego wracać. To były trudne chwile, ale teraz wiem, że wszystko, co dzieje się w życiu, ma swój głębszy sens. Cierpienie wzbogaca wewnętrznie, daje wiedzę życiową, o której wspomnieliśmy na początku rozmowy. Nie można żyć w nieustannym paśmie szczęśliwości. Czyż wtedy docenialibyśmy to, co los nam daje dobrego?

- Uważalibyśmy pewnie, że to wszystko jest normalne i nam się należy?
Właśnie to mam na myśli. Bez porażek nie ma zwycięstw. Kiedy stoję na podium i słyszę „Mazurka Dąbrowskiego”, wiem, że trzeba te chwile zachować w sobie na długo, bo mogą się nie powtórzyć. Ale kiedy się powtarzają, znowu jestem w euforii, że jeszcze raz osiągnąłem sukces.

- Dla tych kilku chwil warto żyć?
Dla tych chwil warto. Ale jeszcze dla czegoś innego.

- Dla miłości?
Dla miłości.

- To ona uskrzydla?
Uskrzydla.

- Kiedy pytałam Pana o Dorotę Zawadowską-Woyciechowską parę miesięcy temu, mówił Pan, że to tylko przyjaźń?
Między nami jest wielka przyjaźń, która przerodziła się w miłość. Połączyły nas wspólne pasje: podróże, golf, żeglarstwo, a potem chemia, która powoli narastała. Dopiero od kilku miesięcy jesteśmy razem. I jest bardzo, bardzo...

- Niecały rok temu mówił Pan, że długo się z nikim nie zwiąże?
Wiosną ubiegłego roku byłem kawalerem, wolnym mężczyzną. I myślałem sobie, że pobędę nim jeszcze dwa, trzy lata, do momentu, gdy poznam kogoś dla mnie ważnego.

- I będzie Pan szumiał, flirtował, miał romanse?
Na nic się nie nastawiałem, nie planowałem żadnych romansów, flirtów, dodatkowych rozrywek. Poddałem się losowi. A oddałem sportowi. W życiu tak jest, że może czasami lepiej nie szukać, szczęście samo przyjdzie.

- To, co jest między Panem a Dorotą, to poważna sprawa?
Bardzo, dlatego zdecydowałem się o niej powiedzieć. Nie chcę domysłów, spekulacji na nasz temat, polowań z aparatami fotograficznymi i tak dalej.

- Zaskoczył Pan przyjaciół, że zakochał się w dojrzałej kobiecie?
Rzadko się zdarza, że ludzie tworzący parę są rówieśnikami. Nigdy nie wybierałem swojej partnerki, kierując się jej wiekiem. Ja po prostu zakochałem się w pięknej i mądrej kobiecie. Zresztą Dorota ma w sobie tyle młodzieńczości, że starczy jej dla nas wszystkich. Piękne białe róże, które jej kupuję, wyglądają przy niej jak zwiędłe wiechcie. Dlatego mówię, że ona jest dla mnie jak rozkwitający kwiat. Niesamowita. Tak śliczna, pełna pomysłów, energii. Czy pani wie, że ona ćwiczy dziennie więcej niż ja? Golf, tenis, jogging, joga. Uwielbia sport, chociaż na wyczynowym się nie zna. Ale nie musi. Proszę mi jednak wybaczyć, nie będę dalej reklamować naszego związku. Pod tym względem też wydoroślałem. Chcielibyśmy zostawić naszą prywatność dla siebie. Kiedyś mówiłem dziennikarzom o sobie wszystko, odpowiadałem na każde pytanie. Teraz nie mam potrzeby dzielenia się ze światem szczegółami naszego życia prywatnego. Z prawdziwą przyjemnością mogę opowiadać o sobie, o żeglarstwie, o moich sukcesach, porażkach i codziennym życiu sportowym. O miłości - nie, dziękuję.

- Zmienił się Pan?
Wszyscy się zmieniamy. Ja też dorastam. Nie jestem już taki niecierpliwy jak kiedyś. Wydaje mi się też, że nie jestem już takim samotnikiem. Jestem zadowolony z tego, co robię i jakim jestem człowiekiem - ambitnym, wyznaczającym sobie coraz to nowe cele, który bardzo dobrze wie, że może osiągnąć jeszcze więcej. Jestem życiowym optymistą. A w mojej partnerce znalazłem dużo mądrości i wsparcia. Mam komplet.

- Nie może Pan być takim mężczyzną na każde zawołanie? Przykręcającym karnisze?
Ależ ja przykręcę każdy karnisz. I mógłbym dla miłości zrezygnować ze wszystkiego, ale nie wiem, czy tej drugiej osobie dobrze byłoby z tym. Gdybym porzucił żeglarstwo, przecież nie byłbym sobą. Pewnie stałbym się zdziczałym, zgorzkniałym nudziarzem.

- Irena Kusznierewicz, pańska mama, powiada, że żona żeglarza powinna - jak żona marynarza - znosić jego nieobecność.
Mama ma rację, dobrze wie, jak to wygląda - te ciągłe wyjazdy. Ale przecież taka forma związku pomiędzy kobietą a mężczyzną nie dotyczy tylko żeglarzy. Wiele osób podróżuje. W sprawach służbowych, prywatnych. Rozstania zdarzają się często i wydaje mi się to jak najbardziej naturalne. A powroty przecież są cudowne. Należy mieć tylko do tego odpowiedni stosunek. Zrozumieć to, zaakceptować.

- A jeśli nie, to w końcu drogi się rozchodzą?
Tak bywa.

- Przyjaźni się Pan nadal z Agnieszką?
Tak, przyjaźnimy się. Jesteśmy w dobrych relacjach, na szczęście rozstaliśmy się w zgodzie i z szacunkiem dla siebie. Życzymy sobie jak najlepiej, wspieramy się czasami, ale prawda jest taka, że każde z nas rozpoczęło już nowy etap swojego życia.

- Wszystko więc układa się fantastycznie?
Świat jest piękny i harmonijny. Moje decyzje okazały się trafione. Czeka mnie - czuję - wspaniały rok. Na mistrzostwach świata chcielibyśmy z Dominikiem zdobyć medal. I zdobędziemy go, jeśli się naprawdę przyłożymy.

- Jest Pan urodzonym zwycięzcą?
Tak właśnie teraz patrzę na siebie: jestem zwycięzcą. Ale mam też pokorę, której nauczył mnie tata. Wiem, że nie można zrobić czegoś tak, by nie można było zrobić tego jeszcze lepiej.

Rozmawiała Krystyna Pytlakowska/ Viva!
Zdjęcia Krzysztof Opaliński
Charakteryzacja
Agnieszka Jańczyk
Produkcja sesji Ewa Opalińska


SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)