Martyna i Jakub Przebindowscy

Ona zamyka oczy, gdy on jako Karol w „Na Wspólnej” namiętnie całuje kobiety.
/ 14.09.2007 10:20
Za to jego trafia szlag, kiedy ona kokietuje innych facetów. Ona w ciągu 20 minut wymodliła na Jasnej Górze córeczkę, on zaplanował godzinę porodu. Gdyby według ich historii ktoś chciał napisać scenariusz komedii romantycznej, wyglądałby mniej więcej tak.

Część I - Proszę, ożeń się ze mną

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Martyna i Jakub chodzili do tej samej szkoły teatralnej w Krakowie. Gdy on był na trzecim roku, ona zaczęła studia na pierwszym. Mieszkali w akademiku, ale długo nie zwracali na siebie uwagi.
Jakub: Mieliśmy swoje towarzystwo, swoje życie. Tuż po skończeniu studiów przez Martynę Mikołaj Grabowski, u którego robiła dyplom, zaproponował kilku młodym aktorom wyjazd do Łodzi, do Teatru Nowego, gdzie obejmował dyrekcję. W tej grupie znalazła się Martyna i ja. W Łodzi zaprzyjaźniliśmy się całą drużyną, przebywaliśmy ze sobą non stop.
Martyna: Wszyscy razem byliśmy blisko siebie. Mieszkaliśmy w hotelu przy teatrze, każdy z naszej „jedenastki” miał osobny pokój, ale wspólną łazienkę. Jedliśmy razem śniadania, potem próby, obiad całą bandą, znów wszyscy do teatru. Niesamowita atmosfera, genialna praca zespołowa.
Jakub: Jak w teatralnym laboratorium, bardzo intensywny czas poszukiwań. Żyliśmy tylko sceną i próbami. Miłość narodziła się dwa lata później. Zawsze szukam wokół siebie ludzi, którzy mają poczucie humoru, a Martyna je ma. Tak, poczucie humoru to była pierwsza rzecz, na jaką zwróciłem uwagę.
Martyna: Pamiętasz jedno z naszych pierwszych spotkań? Tak strasznie mnie rozśmieszałeś… Ledwo się znaliśmy, a ja powiedziałam nagle: „Proszę, ożeń się ze mną, bo chcę do końca życia tak się śmiać”. Mówiłam żartem, przez myśl mi nie przeszło, że to może stać się prawdą.
Jakub: Patrzyliśmy na siebie, chodziliśmy razem po Łodzi i pewnego dnia zrozumiałem, że to jest właśnie to. Dokładnie z tą kobietą chcę żyć, z nią czuję się fantastycznie. Jestem w niej zakochany.

Część II - Pocałowałeś mnie w filharmonii
Było takie spotkanie, że już bardzo silnie wyczuwali napięcie między sobą. Coś między nimi było, ale nikt jeszcze tego nie nazywał. Zadecydował jeden moment.
Jakub: Pamiętam, było lato, poszliśmy na spacer. Szliśmy Piotrkowską i tam po raz pierwszy pocałowałem Martynę.
Martyna: Przepraszam, ale pierwszy raz pocałowałeś mnie w filharmonii.
Jakub: To był przypadek. Orkiestra grała tak nudno, że musiałem coś zrobić.
Martyna: Bywało, że wśród naszych przyjaciół z teatru narzekałam na Kubę. Znajomi mówili do mnie: przestań gadać i tak skończycie razem.
Jakub: Zamieszkaliśmy w końcu razem, ale trwało to krótko, bo zaczęliśmy być w ciągłych rozjazdach. Pracowałem w Warszawie i w Krakowie, Martyna dużo grała w Łodzi. Pisaliśmy do siebie mnóstwo odręcznych listów i sms-ów.
Martyna: Zawsze kiedy Kuba wychodził na poranny pociąg, znajdowałam list: „Kochana Liluś…”. Wszystkie te listy trzymam, a SMS-y, które mi przysyłał, spisałam w małym kajeciku.
Jakub: To były rozłąki trzy-, czterodniowe, ale dłużyły się nam okrutnie. Pół roku później zapraszaliśmy na nasze wesele.

Część III - Rzeczy nazwane po imieniu
To był związek pesymistki z optymistą. Oczarowanych sobą mimo wszystko. Jakuba zachwyciło w Martynie poczucie humoru, oczywiście uroda. Ale nie tylko.
Jakub: I to, że szybko chodzi…
Martyna: Przestań!
Jakub: …oraz kilka drobiazgów, na przykład to, jak się ubiera, urządza mieszkanie, patrzy na sztukę. Plus śląskie, racjonalne podejście do życia. Martyna działa punktowo.
Martyna: To się nazywa przedsiębiorczość.
Jakub: Moja żona potrafi nazywać rzeczy po imieniu. A nazywa je po to, by coś z nimi dalej zrobić. Potrafi jasno i trzeźwo spojrzeć na sytuację.
Martyna: Ale bywa, że tracę głowę. Zwłaszcza jeśli to dotyczy mnie, mojego zawodu, umiejętności. Mam chwile totalnego zwątpienia, depresji… A wtedy wkracza Kuba ze swoim optymizmem i spokojem. Pokazuje mi, co mamy, co możemy mieć, a czego jeszcze nie możemy osiągnąć. Dzięki niemu wracam do równowagi.
Jakub: Ja mam wewnętrzny optymizm wyniesiony z domu i poczucie pewności tego, co chcę robić w życiu. To mi daje pewien dystans. Mówię sobie: dam radę, to jest do osiągnięcia, do przeskoczenia. Może dlatego mam dwa wykształcenia. Skończyłem szkołę muzyczną, komponuję muzykę do przedstawień teatralnych i jestem aktorem.
Martyna: A ja, mimo że skończyłam świetne liceum plastyczne w Bielsku, potem szkołę teatralną, grałam dużo w teatrze, ciągle się konfrontuję, porównuję, zawsze wydaje mi się, że ktoś jest lepszy.
Jakub: To najgorsze, co można zrobić: porównywać się! Ale jak zaczynamy rozmawiać z innymi aktorami, to okazuje się, że wielu to robi. Ja też mam chwile zwątpienia, zastanawiam się, co jest ważne, widzę, jak dużo rzeczy się dewaluuje, traci swoją siłę, wyraz. Nie jestem bezproblemowym wesołkiem. Po prostu staram się chronić Martynę, próbuję niwelować jej lęki czy zwątpienia.

Część IV - Wszystko Mija
Córeczka Mija była absolutnie zaplanowana. W życiu aktorki dziecko może zmienić wiele
na niekorzyść. W przypadku Martyny było inaczej.
Martyna: Kiedy urodziłam Miję, bardzo uwierzyłam w siebie, poczułam się megakobieco, uwierzyłam, że jestem w stanie sobie ze wszystkim poradzić.
Jakub: Dziecko, owszem, zmienia świat, ale bez przesady. Przecież wszystko toczy się dalej tak samo. Pracujemy w tych samych zawodach, mamy te same ambicje, marzenia. Obok nas zjawia się jeszcze jeden człowiek, który nam towarzyszy w tej drodze.  To coś cudownego, że jest osoba, która bezinteresownie powie „kocham cię”. To miłość w czystej postaci. Ale nie przesadzajmy, że dziecko wszystko zmienia.
Martyna: Nie umielibyśmy życia podzielić na czas „przed Miją” i „po Mii”. Między castingiem a teatrem czy planem serialu jest zaprowadzenie dziecka do przedszkola, zrobienie prania… To wszystko się przeplata. Człowiek robi się konkretny. Przed pierwszą premierą teatralną, na długo przed narodzinami dziecka, leżałam w łóżku, płakałam, histeryzowałam, żeby wejść w rolę, skupić się maksymalnie. Przychodziłam na spektakl już nawiedzona, święta. Teraz człowiek nie może sobie pozwolić na takie rzeczy. Rano w dniu premiery załatwiam miliony innych spraw i dopiero godzinę przed mogę się totalnie skoncentrować. Spinam się, gram, brawa, koniec, odhaczone. A wtedy myślę, jak mała zasnęła, czy nie kaszle, czy opiekunka dała wszystkie leki, a może Mija obudziła się w nocy. I pędem do domu.
Jakub:  Martyna miała obsesję, że musimy mieć córeczkę.
Martyna: W wieku 29 lat zdecydowałam, że muszę mieć dziecko. Posunęłam się do tego, że jadąc z Łodzi do Krakowa, wysiadłam w połowie drogi z pociągu, wbiegłam pędem na Jasną Górę, klęknęłam przed obrazem, w 20 minut wyprosiłam córkę, potem z powrotem na pociąg. Byłam spokojna. Pojechałam do Krakowa do Kuby, miesiąc później byłam w ciąży.
Jakub: Mówiłem, że ona szybko chodzi (śmiech)! Poród był też zaplanowany. Pracowałem w tym czasie z Mikołajem Grabowskim nad nowym przedstawieniem w Starym Teatrze w Krakowie. To była pierwsza próba „Wyzwolenia”. Powiedziałem: „Panie dyrektorze, muszę wyjść o dwunastej, bo Martyna idzie rodzić”. „Ale skąd ty wiesz – zapytał reżyser – że akurat teraz?”. „Bo taki jest plan” – odpowiedziałem. I tak było.
Martyna: Powiedziałam lekarzowi, że muszę urodzić we wtorek, bo potem mąż ma ciąg prób (śmiech). Dzień wcześniej zagrałam w „Improwizacjach” u Agaty Dudy-Gracz w Teatrze Słowackiego. Potem jeszcze poszliśmy na imprezę, przed północą powiedziałam do znajomych: musimy już iść, bo jutro rodzę. I tak się stało, pojechaliśmy autobusem do szpitala. Była godzina 15, a o 20.10 już urodziłam Miję. Zjadłam potem dwie duże bułki z szynką i pół czekolady.

Część V - Warszawa
Kilka lat temu Jakub nagle dostał mnóstwo propozycji pracy w Warszawie. Porzucili więc swoje teatry, zamieszkali w stolicy. Wielu osobom przyjeżdżającym do Warszawy trudno się tu zaaklimatyzować. Oni szybko poczuli się jak ryby w wodzie.
Jakub: Uwielbiam zmiany, łatwo podejmuję decyzję o przenosinach i przeprowadzkach, ale Martyna jest szybsza ode mnie. Potrafi spakować się w 15 minut i już rusza w świat. Jest niesamowicie kontaktowa, błyskawicznie zaprzyjaźnia się niezależnie od szerokości geograficznej. Tak naprawdę największy rynek pracy dla aktorów jest tu, w Warszawie. A i tak dojeżdżam nadal do Starego w Krakowie i do Teatru STU, gram w spektaklach u Mikołaja Grabowskiego, Krzysztofa Jasińskiego, Andrzeja Wajdy.
Martyna: Postawiliśmy wszystko na jedną kartę: zwalniamy się z naszych teatrów, osiedlamy się w Warszawie, zaczynamy nowe życie.
Jakub: Przeprowadzka uaktywniła nas do działania, do tego, żeby zdobyć nowe kontakty, nowe miejsca, nową pracę. To szalenie mobilizuje, maksymalnie nas spina.
Martyna: Ja zaczęłam grać, chodzę na castingi. Jak nie ma pracy, dużo czytam, robię inne rzeczy. Kuba jak nie gra, pisze muzykę, mamy plany pracy razem, ale… nie mogę nic powiedzieć, bo Kuba jest niesłychanie przesądny.
Jakub: W tej jednej kwestii bardzo. Na własnej skórze przekonałem się, że dopóki nie zrealizujemy czegoś do końca, nie dopniemy na ostatni guzik, nie warto o tym mówić.

Część VI - Zazdrość, kłótnie, prasowanie
Młodzi, ładni, zdolni. Bywają o siebie zazdrośni. Ale wcale nie to najbardziej im w ich związku przeszkadza.
Martyna: Staram się w ogóle nie oglądać „Na Wspólnej”, bo tam non stop są jakieś pocałunki. Jak zobaczyłyśmy z ciocią, jak Kuba całuje się z Kasią Bujakiewicz w „Magdzie M.”, to omal nie zemdlałyśmy z zazdrości.
Jakub: To są żarty, bo oboje jesteśmy aktorami i wiemy, że widzi się to, co się chce zobaczyć. Ostatnio aktorka, z którą miałem się pocałować, powiedziała, że jej mąż, niezwiązany z zawodem, jest tak potwornie zazdrosny, że ona nie może mu tego zrobić. Postanowiliśmy, że zamarkujemy pocałunek. Pokręciliśmy odpowiednio głowami, między nami był duży dystans, nikt nikogo nawet nie dotknął, ale efekt był taki, że w obrazku wyglądało na jeszcze bardziej namiętny pocałunek niż zwykle. Mąż podobno szalał, cała nasza praca poszła na marne (śmiech).
Martyna: Zdrady bym nie zniosła.
Jakub: Jak Martyna za bardzo kokietuje, to mnie szlag trafia. Potem w domu zaczynamy się z tego śmiać, bo tak naprawdę  mamy do siebie zaufanie, akceptujemy pewien rodzaj dopuszczalnej gry czy flirtu.
Jakub:  Kłócimy się o różne rzeczy, ale to są krótkie spięcia.
Martyna: U nas nie ma cichych dni. Co nam przeszkadza w naszym związku? Ja nie prasuję Kubie koszul. Moja mama też ich nie prasowała tacie. Choć pewnie w śląskich domach  to nie do pomyślenia.
Jakub: Gdybym wiedział o tym przed ślubem, to podpisałbym specjalny cyrograf. A tak już za późno.

Rozmawiała: Monika Stukonis
Zdjęcia: Iza Grzybowska/Makata
Stylizacja: Michał Kuś
Scenografia: Michał Zommer
Make-up: Agnieszka Jańczyk
Fryzury: Anna Orzechowska
Produkcja sesji: Ewa Kwiatkowska
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)